BANDYCKA EDUKACJA

Piotr G. z Olsztyna swoją karierę rozpoczął i zakończył przed dwudziestką. Żył szybko, nie miał żadnych hamulców. Pieniądze, kochanki, rosnąca ranga w przestępczym światku. A przecież wszystkie bandyckie egzaminy oblał.

Jego kumple w olsztyńskiej dzielnicy Zatorze jeszcze dziś wspominają, jak się kiedyś wesoło żyło. Za komuny to tam najostrzej pili i bili, nie było roku bez zabójstwa, nie było sklepu, który by nie został okradziony. Z „Zatorzaków” co drugi siedział. Piotr G. (ur. 1976) miał się na kim wzorować, choć nikogo za bardzo nie słuchał.

Przestępcze abecadło mówi, że nie kradnie się we własnym domu, na swojej ulicy. Piotr G. miał 18 lat i wiedział lepiej. Postanowił zasadzić się w dniu wypłaty na kasjerkę Zespołu Szkół Handlowych w Olsztynie, dosłownie kilkaset metrów od mieszkania swojej matki. Gdyby działał w pojedynkę, na banalną, szczeniacką „wyrwę”, może by mu się udało. Kompletnie nie wziął pod uwagę, że kasjerka będzie  bronić kasy.

 Znalazł kozła ofiarnego

Do napadu doszło 30 września 1994 roku. Maria Z. z obstawą w osobie szkolnego kierowcy, służbową nysą przywiozła z banku pensję dla nauczycieli, około ćwierć miliarda złotych (starych). Kiedy wysiadała z szoferki, podskoczył do niej zamaskowany rabuś z pistoletem w dłoni. Szarpnął za torebkę z pieniędzmi, ale kobieta nie myślała puszczać, a gdy wystrzelił do niej z bliska, tak się przewróciła, że zagarnęła pieniądze pod siebie. Broń była tylko straszakiem, ale kobieta nie mogła wtedy tego wiedzieć, podobnie szofer, który odważnie ruszył jej na ratunek. Piotr G. był tylko nastoletnim „szczawiem”, raczej nie dałby mężczyźnie rady, poza tym strzał ślepakiem narobił takiego hałasu, że pół szkoły rzuciło się do okien.

Piotr G. miał 18 lat i postanowił zasadzić się w dniu wypłaty na kasjerkę Zespołu Szkół Handlowych

Rad nie rad napastnik musiał zwiewać. Piotr G. zorganizował sobie obstawę, samochód z kierowcą czekał na niego za następnym rogiem. Zdołał się ulotnić, ale ruszyło śledztwo, jeden kumpel powiedział słowo za dużo, drugi się wystraszył i policja dowiedziała się, co i jak. Nastolatek trafił do aresztu.

Wyrobił tam sobie nieprawdopodobne chody, bo kiedy po kilku miesiącach doszło do rozprawy, na sądowej sali nastąpiła nieoczekiwana zmiana miejsc. Oto bowiem chłopak, który podczas napadu stał tylko „na obciachu”, kiedy już minęła kolejka jego świadkowania, nagle wstał i oświadczył, że to on napadł na kasjerkę. Przebieg zajścia mniej więcej znał, był na sali, gdy była o tym mowa, a wzrostem i sylwetką odpowiadał fizjonomii Piotra G.

Kasjerka, która nie widziała przecież twarzy rabusia w kominiarce, nie potrafiła rozstrzygnąć, który z tych dwóch ją zaatakował.

Numer był grubo szyty. Delikwent najwyraźniej dostał rozkaz zza krat, popartą konkretnymi groźbami propozycję nie do odrzucenia. Uznał, że lepiej będzie dla niego niewinnie przesiedzieć pięć czy sześć lat za rozbój z bronią, niż narazić się Piotrowi G. i tym, którzy za nim stali. Szok był straszny. Wszyscy widzieli, że coś jest nie tak. Chłopak zachowywał się w sądzie jak oczadziały, ale zapytany po raz czwarty i piąty potwierdził, że to właśnie on był pod szkołą.

W efekcie sąd musiał zwrócić sprawę do prokuratury, a oskarżony Piotr G. wyszedł na wolność. Był tak bezczelny, że na odchodnym nakrzyczał, że nikt sobie nawet nie wyobraża co on, niewinny człowiek, wycierpiał w kryminale.

W swoim mniemaniu najwyraźniej czuł się przeznaczony do naprawdę wielkich czynów, skoków stulecia.

Porwali Niemców

Nim postępowanie w sprawie napadu na szkolną kasjerkę wróciło na odpowiadające prawdzie tory, nastolatek zyskał kilka miesięcy swobody, podczas których – między wrześniem a grudniem 1995 – dokonał dwóch kolejnych brawurowych napadów.

Celem pierwszego, już tydzień po opuszczenia przez Piotra G. aresztu, był mercedes z campingową przyczepą, parkujący przed skansenem wsi warmińskiej w Olsztynku. Bogu ducha winni niemieccy turyści spokojnie jedli obiad w przyczepie, kiedy cały karawan ruszył z kopyta w kierunku  „siódemki” i Gdańska. Dopiero po kilku kilometrach gdzieś przed Platynami porywacze skręcili w las, odczepiając przyczepę z wystraszonymi śmiertelnie Niemcami, którzy pewnie nigdy już potem nie odważyli się przyjechać do Polski.

Charakterystyczne, że na akcję podwoził Piotra G. i jego kumpli niejaki Janusz L., otyły facet, powiązany z rządzącymi wówczas przestępczym Olsztynem Krzysztofem R. i Alfredem K., z którymi razem sądzony był zresztą potem za wymuszanie haraczy na olsztyńskiej starówce. To mogło być właśnie towarzystwo, które rozpostarło parasol nad Piotrem G. i „wychowywało” go sobie na przyszłość.

Za pieniądze z mercedesa Piotr G. wraz z poznanym w areszcie nieco starszym od siebie Janem P. z Suwałk wynajął mieszkanie na ulicy Dworcowej w Olsztynie i hulał z dziewczynami. Kiedy forsa się skończyła, ruszyli razem na łowy pod Dobre Miasto.

Nocna masakra

Celem mieli być ojciec i bracia S., o których było wiadomo, że sprowadzają samochody z Niemiec, handlują wódką i prowadzą inne ciemne interesy. Do Piotra G. dotarło, że jeden z braci S. wygadał się komuś, że właśnie wpadło mu 200 milionów. Robota wydawała się prosta, zwłaszcza że razem z Piotrem G. i Janem P. na wyprawę na kmiotków do Międzylesia pod Dobre Miasto dał się namówić starszy od nich, niejaki Krzysztof P. (wtedy lat 31), który akurat przebywał na niepowrocie z przepustki z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok za brutalny rozbój.

Krzysztof P. cieszył się sławą specjalisty od mokrej roboty i miał do dyspozycji „tetetkę”.

Bandyci tak byli pewni swego, że już dzień wcześniej pili w Dobrym Mieście na konto spodziewanego łupu. Kiedy koło 22., 2 grudnia 1995 r., stanęli przed zagrodą mieszkających na odludziu S., przywitało ich szczekanie psów. Gospodarze na noc spuszczali psy z łańcucha. Jak ktoś przychodził po wódkę, stał pod płotem i czekał. Tym razem jednak psy szybko umilkły, a kiedy jeden z braci, Mirosław S. wyszedł sprawdzić, co się dzieje, wyrosło przed nim trzech zamaskowanych mężczyzn.

– Policja kryminalna z Olsztyna – usłyszał gospodarz. Rzecz jasna nie uwierzył, policja woli przecież zaskakiwać ludzi o szóstej rano. Zaraz zresztą napastnicy zaczęli bić Mirosława S. kijem bejsbolowym i jakąś żelazną pałką.

– Ratunku zabiją –  krzyknął napadnięty, wyrywając się im i podnosząc alarm. Kiedy wpadli za nim do domu, z taboretem w dłoni zagrodził im drogę ojciec Mirosława S. On też chwycił zaraz wielki nóż, którym matka w kuchni szatkowała kapustę. Oganiając się na oślep trafił jednego z zakapturzonych napastników, jak się okazało właśnie Piotra G.

– Zabij tego s…syna  z nożem – zakomenderował Piotr G. i wówczas Krzysztof P. zaczął strzelać. Mirosław S. dostał najpierw postrzał w nogi, potem w brzuch („Jakby ktoś rzucił we mnie sto kilogramów” – zeznawał, gdy się szczęśliwie  wylizał z ran). Jego ojciec, Roman S. został trafiony raz, ale prosto w serce. Ale był jeszcze młodszy z braci, Jan S., który mieszkał na piętrze ze swoją konkubiną. Już zbiegając ze schodów, zobaczył, że leje się krew, ale nie wahał się ani chwili. Szarpiąc się z bandytami starał się  pościągać im kominiarki, dzięki temu łatwo rozpoznał potem Jana P.

Wszystko działo się błyskawicznie. Jan S. widział, że ojciec nie daje oznak życia, matka lamentuje, a ranny brat resztkami sił odczołguje się z w kierunku włazu do piwnicy. Jan S. jeszcze próbował walczyć. Wyskoczył przez okno, myśląc, że poszczuje napastników psami. Te jednakże były dziwnie ospałe, chyba im coś zadano. Widząc, że sytuacja jest beznadziejna, Jan S. wziął nogi za pas. Strzelali za nim dwa razy, jedna z kul trafiła uciekającego w łydkę, nawet tego nie poczuł. Jednym susem przeskoczył płot i zaległ na skraju lasu patrząc, co będzie dalej.

 Złapani i skazani

Już nie było mowy o 200 milionach. Raniony nożem w pierś Piotr G. tracił co chwila przytomność. I tak miał furę szczęścia, bo w momencie ciosu nóż do szatkowania kapusty wygiął się na jego żebrach jak sprężyna i rana okazała się dość płytka. Ale nie było na co czekać, skoro jeden z napadniętych uciekł, zaraz pewnie pojawi się policja. Musieli się wycofać bez niczego.

Piotr G. do szpitala rzecz jasna się nie zgłosił. Koledzy opatrywali go najpierw w jakimiś domku w Barczewku, a potem wywieźli do Suwałk, gdzie troskliwie pielęgnowały go związane z bandą dziewczyny. Sprawcy zostawili jednak za wiele śladów, za dużo robili szumu przed napadem, za dużo osób o wszystkim wiedziało. Kiedy w dziesięć dni po napadzie Piotr G. został w Suwałkach wytropiony, z fasonem do niczego się nie przyznawał. Jak w przypadku napadu na kasjerkę wynalazł nawet „świadka”, który z własnej woli, pod przysięgą zeznał, że to on skaleczył go w trakcie bójki; w tym samym czasie, ale w innym miejscu i z zupełnie innego powodu. Numer nie chwycił i  Piotr G. przyznał ostatecznie, że pobił się na noże z jakimiś chamem ze wsi, ale na pewno nie w Międzylesiu.

Jego przyjaciel, Jan P., który wtedy uniknął aresztowania, z podrobionymi dokumentami próbował wydostać się za granicę. Dotarł aż do Szklarskiej Poręby. W przeddzień Wigilii 1995 jechał jakąś okazją w kierunku granicy. Spanikował jednak, kiedy auto próbowała zatrzymać do kontroli policja. Wyciągnął pistolet i terroryzując kierowcę, kazał mu zgubić pościg. Setką po karkonoskich serpentynach daleko nie zajechali, wylądowali w zaspie. Jan P. dalej uciekał już na piechotę, docierając na przełaj do jakiegoś domu wczasowego. W kotłowni ośrodka znów wyciągnął broń, zażądał ubrań, ale granicy z Czechami ostatecznie nie przekroczył.

Spotkawszy się na ławie oskarżonych chłopcy dalej kozakowali, gotowi do następnych wyczynów. Chyba nie do końca rozumieli wtedy, co znaczy kara 25 lat więzienia, którą Sąd Okręgowy w Olsztynie, 16 czerwca 1998, ogłosił wszystkim trzem sprawcom zabójstwa i napadu pod Dobrym Miastem. Jeden z nich, Jan P. zmarł młodo w więzieniu. Piotr G. siedzi do dziś, jest już po czterdziestce.

Stanisław Brzozowski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*