Policjant zabił taksówkarza dla opla

Nie zawsze aby zabić po broń sięgają jedynie zdeklarowani bandyci. Czasami w kilerów zamieniali się z pozoru normalni ludzie, a niekiedy nawet policjanci. Tak było w przypadku Zbigniew B. młodego policjanta z Mokotowa, który dopuścił się zbrodni z niskich pobudek. 18 października  2002 roku zabił taksówkarza, Kazimierza Koseckiego dla jego białego opla vectry.

Dzielnicowy z Mokotowa postanowił zorganizować sobie auto. W 2001 roku kupił rozbitego opla vectrę. Zarejestrował go, jednak zachował tylko tablice rejestracyjne. Szukał identycznego aut, aby przebić w nim numery.

Marzenie do spełnienia

Zbigniew B. przed dokonaniem zbrodni spotkał się z praskim recydywistą  Markiem G. Policjant liczył, że dzięki niemu zdobędzie upragnione auto.

Dotarłem do Marka G., który opowiedział mi o kulisach tej zbrodni. Są to informacje dotychczas nieznane.

– Dwa miesiące przed zabójstwem taksówkarza nasze drogi się przecięły. – opowiada mi Marek G. –   Pewnego dnia ten policjant przyszedł na bazar Różyckiego i tam  szukał kogoś, kto załatwi mu kradziony samochód. Tam  trafił na moich kolegów, braci Krzyśka i Grześka A. Oni  zwykle stali tam w bramie i zaczepiali  każdego kto wchodził  na bazar, i pytali co potrzeba? Każdy  był dla nich potencjalnym klientem. A oni potrafili załatwić wszystko co nielegalne. Krążyły o tym legendy. Podstawowy asortyment to był świadectwa szkolne, jakieś legitymacje studenckie, dowody osobiste.  Ale za to było  małe zagrożenie, nawet jakby ktoś ich złapał. Większy wyrok mogli na przykład dostać za  broń, którą też handlowali. Ale tu byli ostrożni, klient musiał  być im znany albo mieć poręczenie kogoś kogo oni znali. Wtedy załatwili co trzeba. Ale jeśli przyszedł ktoś nieznany, to był traktowany jak potencjalny leszcz do wywalenia. Tak było też z tym policjantem.

– Co potrzeba? – zagadał  Krzysztof A.

– Szukam białego opla vectrę, może być kradziony –  nie krył Zbigniew B. i podał rocznik wymarzonego samochodu.

– Da się zrobić, ale to z tydzień potrwa i jak musi dać zadatek.

– Ile?

– Zostaw tauzena, to załatwimy –  usłyszał policjant i przybił ten układ. Dał tysiąc złotych i zostawił numer telefonu: –  Gdyby był szybciej ten samochód, to zadzwońcie.

– Otoczka była dorobiona na biegu, ale tylko na początku liczyli na tego tysiąca. Potem mówią skoro jest chętny, to trzeba go wywalić na całą kasę za takie auto. Zadzwonili do niego i powiedzieli, że auto będzie kosztowało siedem tysięcy złotych. I jak mu pasuje to oni zlecą to złodziejowi – Marek G. kontynuuje opowieść.

Policjant bardzo się ucieszył, że tak szybko będzie miał upragnione auto. Przebije numery i będzie jeździł jak swoim.

Oszukany policjant

–  Po tym jak on się złapał na te siedem tysięcy zadzwonili do mnie żebym odegrał złodzieja i wziął kasę od leszcza za samochód. Znaleźli na parkingu takiego opla, którego ktoś tam parkował, bo dojeżdżał na bazar. I  ten samochód stał na strzeżonym parkingu codziennie od rana do południa – opowiada mój rozmówca. –  Zorganizowali papier, kwit taki, jaki wydawał cieć, gdy się zostawiało samochód na tym parkingu. Wpisali numery tego opla. Dali mi kluczyk i ten kwitek. Jak przyjechał ten typ, to pokazali mu mnie.

– Idź do niego i z nim załatwiaj resztę – usłyszał policjant  i podszedł do Marka G. Ten natomiast wskazał mu stojącego na parkingu białego opla vectrę.

– Masz  kwit parkingowy i kluczyk, możesz śmiało zabrać auto  z parkingu – zakomunikował złodziej i przeliczył banknoty. Było dokładnie siedem tysięcy. Przybili sobie piątkę i rozeszli się.  Policjant poszedł na parking, a złodziej  na bazar.

– Po wręczeniu kwitu cieciowi został pogoniony, bo to była całkowita lewizna. Moi koledzy już tego dnia nie stali na bazarze, ale policjant wrócił  za parę dni i ich namierzył. Chcąc zwrotu, ale oni mu ściemniali, że będą szukać złodzieja, bo on ich też oszukał. A żeby nie miał pretensji oddali mu tysiąc złotych, które dał im jako  zaliczkę – objaśnia Marek G.  – Liczyli, że ten  leszcz nie będzie ich więcej nękał. Ale ten  policjant się zawziął i dopominał się reszty hajsu. Wtedy dostał parę strzałów od braci A. Gdy się przewrócił  zobaczyli kaburę z bronią przy pasku. Wyjęli mu  portfel, a tam była blacha policyjna. Po tej akcji zerwali się z bazaru, aby przycichło, bo myśleli, że to jest prowokacja policyjna. Byli bardzo czujni. Odetchnęli dopiero, gdy  w mediach wybuchło, że ten policjant zabił taksówkarza dla samochodu. Gdyby nie to, że został okradziony z tych pieniędzy pewnie próbował by kupić gdzieś indziej kradzionego opla. Nie miał już pieniędzy i nie ufał złodziejom. Postanowił sam sobie zorganizować auto.

 

Wytypował ofiarę

Tym razem  Zbigniew B. szukał auta  korzystając z dostępu do zastrzeżonych baz danych. Wytypował kilkanaście białych opli. Ostatnia na liście była vectra Koseckiego.

„Kazimierz Kosecki w ostatni swój kurs wyruszył 18 października 2002  r. Żonie powiedział, że jedzie na zlecenie detektywa. Zostawił jego numer komórki. Policja po billingach odkryła, że telefon należy do dzielnicowego Zbigniewa Bednarza (28 lat). Został zatrzymany, potem jego brat. Były dzielnicowy wskazał garaż w Stalowej Woli, gdzie ukrył opla vectrę taksówkarza, a także miejsce przy szosie, gdzie leży jego zakrwawiony sweter. I tyle.

Oskarżenie opiera się na pierwszym przesłuchaniu Pawła Bednarza (22 lata). Ten opisał podróż z Koseckim. Jak brat Zbigniew kazał taksówkarzowi zatrzymać się przy lesie. Wysiadł. A potem strzelił przez szybę do kierowcy. Ciało zakopali. Gdzie – nie powiedział. Potem wszystko odwołał. Zdaniem sędziów Paweł – uzależniony emocjonalnie i całkowicie podporządkowany bratu – celowo kłamał w śledztwie. Ale nie w pierwszych zeznaniach, gdy podał kilka szczegółów, które mógł znać tylko świadek, uczestnik zbrodni. Proces miał więc charakter poszlakowy. Przed sądem bracia nie przyznali się do winy” – relacjonował proces w „Gazecie Wyborczej” w listopadzie 2005 roku Bogdan Wróblewski.  Ciała 55-letniego Kazimierza Koseckiego  nigdy nie odnaleziono.

Sąd skazał Zbigniewa B. na dożywocie a jego młodszego brata Pawła na 15 lat więzienia. Obaj przyjęli werdykt bez emocji.

– Tylko on sam wie dlaczego był tak zdesperowany, aby dal samochodu  zabić człowieka. Nawet bandzior nie wpadłby na pomysł  jeżdżenia autem,  którego właściciela zabił. Ale w życiu nie ma sytuacji zero-jedynkowych. – zauważa praski recydywista.  –  Nawet praworządny obywatel, zmuszony niezależnymi od niego okolicznościami jest w stanie popełnić najcięższą zbrodnię z tak niskich pobudek. On nie miał noża na gardle. Miał  co jeść, miał  pracę. Idąc do  policji  jego główną wartością powinna być  praworządność. A jednak dokonał  zbrodni. Ja, złodziej nie rozumiem jego motywów. Nie wiem co mogło go skłonić do takiego czynu. Chociaż sam  uczestniczyłem w łańcuszku  zdarzeń,  po części przyczyniając się do zbrodni. Bo, co by się wydarzyło, gdyby w tym łańcuszku nie było mojego ogniwka? – zastanawia się Marek G. – Nikt tego nie wie, ale na pewno byłoby inaczej, gdyż nie byłoby ciągłości zdarzeń, które to poprzedzały, ale do tego doszedłem już po tej zbrodni. Niestety nie da się tego odwrócić, ponieważ w życiu nie ma powtórek.

Janusz Szostak

Jest to fragment książki Janusza Szostaka “Gangsterskie egzekucje”.

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*