Imieninowa egzekucja w mazurskim kurorcie

Zatrzymanie „Tyburka" fot. policja

Publikujemy fragment książki Janusza Szostak „Gangsterskie egzekucje KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Ładunkami wybuchowymi  i bronią handlowało w tym czasie w Warszawie wiele osób. Jedną z nich był  Tomasz  L. „Petarda” vel „Figaro”. To on sprzedał bombę mokotowskim, która miała znieść z powierzchni tego świata Adama K. „Kamyka”. Jednak rozerwała kilera, który miał podłożyć ładunek pod jego samochód. Do tej historii jeszcze wrócę. Tymczasem zatrzymajmy się przy „Petardzie”.

Tomasz L. został świadkiem koronnym, zeznając przeciwko mokotowskim gangsterom, po tym, gdy sprzedał  broń kilerom, z której strzelano na plaży w Wyszkowie w lipcu 2002 roku do „Buhaja” i jego ludzi:  Wiesława K  „Kolarza”, Jacka R.  „Brody” oraz Marka W.

Tak relacjonowali tę masakrę dziennikarze „Gazety Wyborczej”: „Czarne bmw na wołomińskich rejestracjach z czterema mężczyznami w środku, zaparkowane przy samym kąpielisku, nie wzbudzało niczyjego zainteresowania. Do czasu, kiedy na plażę zajechał biały opel i na bmw spadł grad kul. Egzekucja odbyła się na oczach tłumu – część ludzi padła na ziemię, inni umknęli w krzaki. Z relacji świadków wynika, że w oplu siedziało 3-4 mężczyzn, strzelano z karabinu maszynowego. Celnie – kule dosięgły wszystkich pasażerów bmw. Potężnie zbudowani mężczyźni, ok. trzydziestki, nie wyglądali na aniołki. Kierowca Marek W., zginął na miejscu. Drugi umarł podczas reanimacji w wyszkowskim szpitalu. Pozostali odnieśli ciężkie rany. Poważniej rannego Buhaja – do warszawskiego szpitala zabrał helikopter, drugiego karetka (…)”.

Według policji, zaatakowani mężczyźni byli członkami konkurencyjnego gangu, który chciał w tym regionie przejąć interesy grupy „Uchala”.

Mafijnych cyngli znaleziono w luksusowej willi w Rybienku Leśnym pod Wyszkowem, należącej do Marzeny O., pierwszej żony Sławomira O. „Uchala”. Kilerzy ukrywali się w szafie na strychu domu. Wyciągnięto z niej 28-letniego Marcina S. i 21-letniego Włodzimierza B. – doskonale znanych policji.

– „Petarda” sprzedał im broń, o której wiedział, że idzie do egzekucji – twierdzi Mariusz, były członek gangu mokotowskiego. – Ale policja tak poprowadziła sprawę, żeby nie wyszło, że to „Petarda” załatwił tę broń i należał do tej strzelaniny, pomagając kilerom. Następny cwaniak uniknął odpowiedzialności za pomoc w zbrodni, będąc świadomym, po co ta broń jest kupowana. Dla prokuratora było większym kąskiem, że zaoferował zeznania na mokotowskich. To było ważniejsze, niż ukaranie go za udział w tej strzelaninie i pomocnictwo do zbrodni. Prokuratura zrobiła wiele, aby go chronić  –  Mariusz nie kryje złości.

Po strzelaninie na plaży w Wyszkowie zginął także Sławomir K. „Miękki”, gdyż „Buhaj” dowiedział się, że to on kupował od „Petardy” broń dla zamachowców. Zamach na „Miękkiego” opisałem w rozdziale „Nie ma przyjaźni z gangsterami”. „Buhaj” i „Miękki” byli w tym czasie w stanie wojny.

Podobna walka szła między Jackiem K. „Młodym Klepakiem” a Robertem Ł. „Łuckiem”. Jacek K. zginął w dniu swoich imienin, 17 sierpnia 2002 roku w Mikołajkach. „Łucek” niezbyt długo cieszył się zgonem rywala, gdyż zmarł śmiercią naturalną 2 października 2002 roku.

Według mojego informatora „Łucek” wyłożył 100 tysięcy dolarów dla kilera za zabicie Jacka K.

 – Stało to się po tym, gdy „Łucek” dowiedział się, że Jacek daje mokotowskim kilerom 70 tysięcy dolarów za jego odstrzelenie. Wtedy go przebił swoją ofertą – słyszę od „Obucha”.

„Łucek” trzymał z Karolem S. pseudonim „Karol” – rywalem „Klepaka”, a ten był  przekonany, że za śmierć jego ojca w Gamie odpowiada właśnie „Karol”.

Mokotowscy mieli mało wiedzy o „Klepaku” i trudno im było ustalić, gdzie się porusza. Zlecenie na Jacka K. przyjęły też inne grupy. W tym ludzie „Karola”.

–  Jacek był bardzo elektryczny [ostrożny – przyp. aut]. Nawet gdy umawiał się, żeby dać zlecenie na „Łucka”, to przez jakiś czas krążył wokół, aby w odpowiedniej chwili przyjść na spotkanie z mokotowskimi – objaśnia  „Kogut”, były mokotowski gangus. – Ale nikomu od nas to zlecenie nie było potrzebne, bo „Łucek” siedział mocno w prochach i przywoził dobry towar. Nieraz odsprzedawał nam, jak nie było nic na rynku. Więc „Łucek” od razu dowiedział się o tym zleceniu. Podbił stawkę do stu tysięcy dolarów. Powiedział, że zapłaci w towarze, da kokę po cenie, to zarobią trzy razy tyle. Oferta została przyjęta, ale nikt nie wiedział, gdzie szukać „Klepaka”. O tym wiedzieli tylko jego najbliżsi współpracownicy, Robert R. „Rudy” i Jurek B. „Knur”. „Łucek” miał dobre wejście z towarem w Niemczech, ale cena nie była taka, jak w wytwórni pyłu księżycowego, jak mówili na kokainę, bo tam za kilogram płaciło się 3-4 tysiące dolarów. To była cena za dobry koks, plus jego przemyt do Polski. W detalu, jak przywiózł go połykacz, tak zwany wielbłąd, cena wynosiła po wszystkich kosztach 10 tysięcy dolarów. A po zmieszaniu z keratyną, w stosunku 1:3, za 4 kilogramy otrzymywano 120 tysięcy dolarów. W Niemczech „Łucek” miał kilogram czystego towaru po 25 tysięcy dolarów, ale dochodził jeszcze transport do Polski. Trzeba było zapłacić kurierowi i celnikom na granicy. Takie kursy robił dla „Łucka” kolega Andrzej Ś.  „Śliwa”. To był stary recydywista, ale miał dobry wygląd i wiek pasujący, aby jechać drogim samochodem i nie rzucać się w oczy, tak jak jakiś małolat. Andrzej dostawał od „Łucka” mercedesa i jechał do Niemiec. Tam ładowali 15 kilogramów koki, bo tyle wchodziło do schowka. Wracał do Polski o odpowiedniej godzinie, przekraczając granicę w czasie dyżuru opłaconego celnika. Za taki kurs dostawał 5 tysięcy dolarów, co po zliczeniu wszystkich kosztów sprawiało, że przebicie było małe. Co zawsze podkreślał „Korek” i mówił, że trzeba znaleźć dojście w fabryce pyłu i sprowadzić więcej naraz. Po śmierci „Łucka” dostawy się skończyły – wspomina „Kogut”.

Jacek K. „Młody Klepak”

– Wróćmy zatem do zamachu na Jacka K.

– Jak już wspomniałem, problemem było namierzenie „Klepaka”. Ktoś jednak dogadał się z jego wspólnikiem „Rudym”, żeby wystawił  Jacka. „Rudy” miał zawsze zapędy na bossa, więc  chętnie się zgodził.

– To wystarczyło, aby sprzedać kolegę?

– „Rudy” obawiał się także, że Jacek mógł być skłonny zgłosić się do prokuratury na przesłuchanie w sprawie zabójstwa dwojga osób, za które odpowiadał „Rudy”. Ciała tych ludzi znaleziono przy szosie z Marek do Nieporętu. Były zakopane płytko i zwierzęta odkopały zwłoki. Wtedy „Rudy” bał się, że „Młody Klepak” może chcieć pójść na współpracę, bo miał wezwanie na przesłuchanie zaraz po swoich urodzinach, które obchodził w Mikołajkach. I po tej imprezie miał się zgłosić do prokuratury. „Rudy” za tę wystawkę wziął 50 tysięcy dolarów. Później wszyscy się śmieli, że wesele na Majorce wyprawił sobie za te pieniądze. Tam rzeczywiście było jego przyjęcie weselne. Potem i tak kto inny rozkraczył się [poszedł na współpracę z prokuraturą, policją – przyp. aut.] do tych trupów i Robert R. „Rudy” dostał dożywocie.

–  Jacek nie odpuścił jednak „Łuckowi”, mimo że mokotowscy odrzucili jego ofertę.

– Robert cały czas ukrywał się przed Jackiem, do swojego bloku na Targówku podjeżdżał, leżąc na tylnym siedzeniu. Szyby miał przyciemnione, ktoś inny kierował autem. Podjeżdżali pod klatkę schodową i szybko wchodził do bloku. Ale zanim on podjechał pod blok, to inny samochód robił objazd po bocznych uliczkach, czy nie ma kogoś podejrzanego. Sam to widziałem, bo często byłem u kolegi na ulicy Piotra Skargi i on mi pokazał, jak „Łucek” do domu wraca. Bo z balkonu było widać klatkę, pod którą go podwozili. Dlatego wiem, że w tym świecie raz można być wspólnikiem do interesów, a gdy wchodzi w grę kasa lub obawa, że wspólnik może iść na współpracę z policją, to nie ma żadnych skrupułów. Są przejmowane interesy, zabierane pieniądze, nie ma tu litości, że po wspólniku zostały dzieci, czy żona. I to im powinni dać kasę, gdy zginął ojciec, czy mąż. Niektórzy byli gorsi od hien. Żadnych zasad nie mieli. Liczyli się tylko oni, a reszta ich nie obchodziła – „Kogut” nie ma co do tego wątpliwości.

W końcu to jednak kilerzy „Łucka” dopadli „Klepaka” podczas jego imienin obchodzonych w Mikołajkach. Odbywały się one w barze „Okoń”, prowadzonym przez Aleksandrę D. z Sochaczewa. To córka Pawła D., który był oskarżony, wraz z Andrzejem Z. „Słowikiem” oraz Leszkiem D. „Wańką”, o przejęcie w połowie lat 90. klubu  „Dekadent” na warszawskiej Woli. Tę historię opisałem w książce „Bandyci i celebryci”.

Policja na miejscu zbrodni w Mikołajkach fot. Policja

Jednak nie wszyscy, tak jak „Kogut”, są przekonani co do roli „Łucka” w odprawieniu Jacka K. na tamten świat. O tej egzekucji  rozmawiam  z Marcinem Mikszą „Borysem”, byłym oficerem CBŚ, który zajmował się tą sprawą.

– Ta zbrodnia do dziś nie jest do końca wyjaśniona.

– Procesowo sprawa okazała się porażką prokuratury. Gdyby prokuratura zgodziła się na „koronę” [przyznanie statusu świadka koronnego – przyp. aut.]  w  tej sprawie inaczej by się to potoczyło.

– Kto miałby nim zostać?

– Tego nie mogę powiedzieć. Był to  człowiek, który miał wiedzę w tej sprawie.  Chciał iść w „koronę”, ale prokuratura się na to nie zgodziła.

– Wiedzieliście kto strzelał, czy kto zlecił?

– Był jeden strzelec, ten który ich dowoził i kto zlecił.

– Kto według pana strzelał?

– Piotr L. „Janosik” i  Andrzej T. „Tyburek”.

 – Jednak Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał za to Artura S. Czy „Korek” wam wychodził jako zleceniodawca?

– Tak, jako zleceniodawca. W sprawie było siedem wątków, kto mógł zlecać zabójstwo Jacka K. Pomimo tego, że już były sygnały kto to zrobił, to  nie bagatelizowaliśmy żadnej z nich. Byli też na tapecie „Korek” i „Łucek”.  Był też w materiałach sprawy jakiś człowiek  skoligacony z „Korkiem”.

Zwłoki Jacka K. w barze „Okoń”w Mikołajkach

– Raczej to nie „Korek” zlecił zabójstwo Jacka. Takie przynajmniej mam informacje.

– To zależy, kto jest ich autorem. Na drugi dzień wiedzieliśmy od osoby z grupy, kto zlecił, tylko był problem z procesowym udowodnieniem tego.

– Jaki „Korek” miałby motyw?

– Chodziło o kwestie finansowe i wpływy Jacka. „Młody Klepak” poczuł się bardzo pewnym siebie, odgrażał się „Korkowi”.  Jakby chciał iść na wojnę.  Do tego doszły kwestie mniejszej wagi.

– Jacek był za słaby, żeby pójść na wojnę z „Mokotowem”

– W każdym razie wielokrotnie w towarzystwie wyrażał się nieprzychylnie o „Korku”, poniżał go. Jacek czuł się mocny. Dużo nam o nim mówił „Knur”, „Rudy”  oraz jego  żona.

 – Ale chyba nie był na tyle mocny, aby porywać się na „Mokotów”?

– Te podziały wtedy nie były przejrzyste. Tam każdy z każdym biznesy robił: „Mutanci”, „Wołomin”, mokotowscy, pruszkowscy. Oficjalnie byli podzieleni, ale nieoficjalnie nie gardzili wspólnymi interesami. Na przykład „Witek” był od „Rudego”, a bramkę na przejściu na Białoruś załatwiał mu kolega z mokotowskich.

 – Ten „Witek” organizował imprezę imieninową „Klepakowi”.

– Tam były brane pod uwagę dosyć poważne dwie kwestie. Chodziło o syna znanego hotelarza z Mikołajek. Miał on pewnym, charakterystycznym gestem wskazać Jacka K. O czym miała także wiedzieć właścicielka „Okonia” Ola  D. Był to dziwny znak, który innym przy stole się nie spodobał i wzbudził podejrzenie. Druga kwestia to właśnie wątek „Witka”, złodzieja samochodów z grupy wołomińskiej.  Od niego wzięła się  koncepcja imprezy w tym lokalu.  On z Olą układał imprezę. Byli cały czas na telefonie. „Witek” miał tam być, ale dziwnym trafem nie dojechał.

– To chyba nie był przypadek?

– Chłopaki, którzy byli przy stole, też mieli takie zdanie – dodaje  Miksza.

W każdym razie zamach został  przygotowany niemal perfekcyjnie.  Każdy znał swoją rolę, a „Klepak” nie spodziewał się, że śmierć przyjdzie dzięki jego najbliższym kompanom.

Jacek K. zginął w czasie swoich imienin fot. Policja

 „17 sierpnia 2002, około godziny 22, Jacek K. siedział z przyjaciółmi w ogródku baru „Okoń” w Mikołajkach (…) „Klepak” ukrywał się w Mikołajkach przed policją, ale także przed konkurentami, którzy wcześniej zastrzelili jego ojca „Mańka”. Nie przestawał się jednak bawić. 17 sierpnia pływał sobie po Śniardwach. Wieczór tego dnia też zapowiadał się miło. Było ciepło, grała muzyka. Nagle przy stoliku pojawiło się trzech mężczyzn w sportowych dresach (jeden w wędkarskim kapelusiku). Z bliskiej odległości zaczęli strzelać do „Klepaka”. Policja stwierdziła potem, że osiem strzałów padło z pistoletu skorpion, trzy z colta. Kiedy padły strzały, grający w „Okoniu” zespół umilkł, goście w popłochu rzucili się do ucieczki. Zabójcy w dresach pobiegli w kierunku jednego z mostów nad przesmykiem łączącym jeziora Mikołajskie i Tałty (…)” – relacjonował Stanisław Brzozowski w „Gazecie Olsztyńskiej”.

Uciekający bandyci zastrzelili jeszcze Marka C., 33-letniego policjanta, który rzucił się za nimi w pościg. Tu nie było problemu z identyfikacją ofiary. Jednak w przypadku „Klepaka” nie było to takie oczywiste. Gdyż używał dokumentów na nazwisko Pióro. Gdy w knajpie pojawiła się ekipa policyjna, to nie od razu było jasne, kim jest ofiara.  Leżą zwłoki na ziemi, technik wyciągnął dowód z kieszeni denata i stwierdził beznamiętnie: – To jakiś Pióro.

Na to błyskawicznie zareagował komendant komisariatu w Mikołajkach: – Ludzie, to nie Pióro, to poszukiwany Jacek K. On tu często po Mikołajkach spacerował. Nawet koło komisariatu chodził.

 Może, gdyby go wcześniej zatrzymali pod tym komisariatem, to „Klepak” nadal by żył.

– Widać tak chciał los –  komentuje beznamiętnie Marcin Miksza.

W kwietniu 2008 roku Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał Artura S. na karę 25 lat więzienia za zabójstwo domniemanego szefa gangu wołomińskiego Jacka K. oraz uniewinnił go od zarzutu zabójstwa policjanta Marka Cekały. Sąd  uznał niewinnym Piotra L., a także oskarżonych o pomaganie zabójcom Daniela J. i Dariusza M.

Warto przypomnieć, że w czasie procesu zaginęły istotne dla rozwikłania sprawy dowody, między innymi materiał biologiczny. Co miało wpływ na wyrok w tej sprawie.

W zamachu na Jacka K. według śledczych udział brał także Andrzej T. „Tyburek”. Jednak został schwytany przez tak zwanych „łowców cieni” dopiero w 2009 roku. Nie udowodniono mu udział w zamachu na „Klepaka” i zabójstwie Marka Cekały. Olsztyńskie śledztwo przeciwko „Tyburkowi” zostało umorzone. Gangster odsiaduje wyrok dożywocia za zabójstwo Krzysztofa K. „Baniaka” oraz ranienia trzech innych osób, które towarzyszyły zabitemu. Ta zbrodnia została opisana w rozdziale „Masakra w Gamie”.

Egzekucja w barze Okoń nadal czeka na pełne wyjaśnienie.
Janusz Szostak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*