Seryjnie rabował banki

 Był grzeczny, kulturalny, lubił się dobrze ubierać. Był też wykształconym, i nikogo nie obrażał. Miał jednak jedną słabość – banki. Lubił na nie napadać. Zastraszał obsługę  i zabierał pieniądze. Robił to wyjątkowo  skutecznie.

 37-letni Waldemar K. pochodzi z Tychów, gdzie do dziś mieszkają jego rodzice. Był informatykiem, człowiekiem elokwentnym. Od wielu lat pracował w zawodzie, choć nie założył działalności gospodarczej. Miał też hobby – piłkę nożną. Grał w nią namiętnie, choć nie zawodowo. W jednym ze śląskich klubów prowadził nawet młodzieżową szkółkę piłkarską. Waldemar ma też małoletnią córkę. I wprawdzie nadal jest żonaty, ale – jak  sugeruje obecnie gliwicka prokuratura-  toczy się w jego sprawie postępowanie rozwodowe. Rzadko kiedy mówił też prawdę o sobie, jak się nazywa, czym się zajmuje i gdzie mieszka.

Debiutancki skok

– Kiedy zaświtał w jego głowie pomysł, aby rabować banki, trudno określić – zastanawia się prokurator Joanna Smorczewska z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. – Chciał w ten sposób podnieść standard życia.

Trzeba przyznać, że skutecznie udawało mu się to przez 11 lat. Na to, co zrobi, był już zdecydowany w grudniu 2008 roku. Jak potem zeznawał, na początku działał spontanicznie. 18 grudnia 2008 roku, nic nie mówiąc żonie, ubrał ciemne spodnie, czarną puchową kurtkę, a na głowę włożył czapkę. W takim stroju wsiadł do auta pożyczonego od swoich rodziców. Ruszył w kierunku Zagłębia, w województwie śląskim. Znalazł się nieopodal placówki Invest Banku S.A. w Dąbrowie Górniczej, przy ul Sobieskiego 3. Zaparkował kilkadziesiąt metrów dalej. W zaułku. Aby nie rzucać się w oczy. Przez pewien czas obserwował drzwi banku. W końcu wciągnął na głowę czapkę, aż na oczy. I dodatkowo jeszcze zaciągnął wysoko na twarz szalik. Założył też przeciwsłoneczne okulary i wydobył z torby atrapę pistoletu. Również ciemnego koloru, by pasował do reszty. Atrapę kupił w jednym ze sklepów, wyglądała jak prawdziwy pistolet. Z daleka nie różniła się specjalnie od oryginału. Wdział rękawiczki, aby nie było śladów. Spojrzał na zegarek, była 8.40. Wtedy ruszył w kierunku oddalonych o kilkadziesiąt metrów drzwi oddziału.

Na sali, przy okienkach dla klientów nie było żadnego interesanta. Na dwóch stanowiskach za okienkiem siedziały kobiety. W pobliżu byli jacyś bankowi pracownicy. Bez pośpiechu podszedł do stanowiska bliżej drzwi. Pochylił się nad ladą.

– Dawaj kasę! – krzyknął w stronę obsługującej kobiety, aby go wokół słyszano. Sam był zdziwiony, że słowa te zdołały przejść przez jego gardło, ale potem było już tylko lepiej. Pracownica banku drgnęła na jego okrzyk i z niedowierzaniem spojrzała na zamaskowaną postać. Spod ciemnych okularów, naciągniętej na twarz czapki i szalika mało co było widać. Potem spojrzała na wycelowaną w jej kierunku broń.

 – Dawaj kasę – powtórzył zdecydowanie. – To jest napad!  

Spojrzała na niego z lękiem: – Przy moim stanowisku nie ma pieniędzy – odparła szybko. Wtedy skoczył w kierunku drugiego z okienek, a stojąca za nim pracownica nie mogła wprost uwierzyć w to, co się dzieje.

Co się tak gapisz! – krzyczał na nią, wymachując przed jej nosem „bronią”. – Dawaj kasę, bo cię rozwalę! – powtarzał kilkakrotnie. Nikt nie reagował, a jego okrzyki słyszeli wszyscy. Odwróciła się więc do sejfu i wyciągnęła na biurko kasetkę z pieniędzmi.

– Otwieraj! – ponownie zagroził bronią, a potem wyciągnął z kasetki 20 750 złotych, które włożył natychmiast do reklamówki. – Nic więcej nie masz, bo cię zastrzelę?! – zagroził. Odpowiedziała, że nie, wtedy odwrócił się i uciekł.

Nim wezwano policję, po bandycie nie było śladu.

Od tego czasu starał się poznawać struktury banków i zasady ich pracy, szukał słabych punktów. Odczekał prawie dwa lata, zanim znowu zaatakował. 17 września 2010 roku podjechał autem także pod oddział Invest Banku S.A. Ale tym razem w Nysie, w województwie opolskim. Filia banku znajdowała się przy Rynku Garncarskim. Oprócz czarnej puchowej kurtki, którą miał na sobie, ubrał czerwoną czapkę z daszkiem. Do tego miał ciemne okulary i tę samą „broń”, co poprzednio. W nyskim banku przy biurkach siedziało dwóch pracowników. Był też dyrektor. Gdy Waldemar K. wpadł do środka o 12.45, w banku znajdowała się dwójka klientów, których przy biurku obsługiwał jeden z pracowników. Podszedł do drugiego biurka.

 – Dawaj kasę! – zawołał, podobnie jak w Dąbrowie Górniczej. I skierował atrapę pistoletu w stronę siedzącego za biurkiem mężczyzny. – Otwieraj szufladę multisejfu! – krzyczał. Mężczyzna nie ociągał się, od razu polecenie to wykonał. A napastnik przeskoczył przez biurko, sięgając po pieniądze i wsadzając do kieszeni dżinsów. Podszedł do kolejnego pracownika.

– Dawaj pieniądze! –  zarządził w podobny sposób. I z kolejnego multisejfu banknoty powędrowały do kieszeni jego spodni.

 – Głowy w dół… – krzyknął jeszcze na odchodnym. Ukradł wówczas 12 900 złotych oraz 1500 euro.

Nie potrafiono go namierzyć. To motywowało go do dalszego działania. Czuł się nieuchwytny.

 Za skokiem skok

 21 stycznia 2011 roku podjechał blisko placówki banku PKO BP w Katowicach przy Placu Miarki 6. Uderzył o 17.15. Było już ciemno. Spodnie dżinsowe, ciemna kurtka do pasa, kapelusz w beżowo-brązową kratkę, biały szalik, owinięty wokół szyi. I te same, ciemne okulary. Nie zapomniał o rękawiczkach. Ta sama atrapa pistoletu.

 – Dawaj kasę, to nie jest zabawa! – zawołał na głównej sali obsługi do jednej z pracownic. Groził jej pistoletem. Zażądał, aby używała dyspensera – urządzenia do szybkiego, automatycznego i bezpiecznego wydawania banknotów. Od dwóch pracownic banku pobrał w ten sposób pieniądze.

 – A ty się nie ruszaj, niczego nie naciskaj, bo wezmę cię za zakładnika! – krzyknął do dyrektorki, po czym wybiegł, zabierając z sobą 32 870 złotych. Następny napad przeprowadził 15 lipca 2011 roku w Raciborzu. I znowu był to Invest Bank. Tym razem placówka przy ulicy Długiej 1. Wszedł tam o godzinie 15.35. Był w kapeluszu, spod którego wystawała blond peruka. W eleganckiej marynarce. W wyprasowanych na kant czarnych spodniach. I w czarno-białej apaszce, która zasłaniała mu usta. Miał czarne okulary. Na rękach ciemne rękawiczki, a w dłoni parasol, choć nie padało. Nie zamknął go po wejściu do placówki. Na pierwszym biurku leżało właśnie 800 złotych. Spostrzegł je.

– Wyciągaj­ wszystko! – zawołał, gdy pracownica chciała szybko schować tę kwotę. – Zostaw, bo którąś z was zastrzelę – zagroził, po czym wyciągnął z torby coś, co przypominało pistolet. – Otwórz kasę – warknął w kierunku kasjerki i zaraz zabrał z biurka te 800 złotych.

 – Pospiesz się, bo dostaniesz kulkę – ryknął. Otworzyła podręczny multisejf. – Tylko tyle? – zdziwił się i odwrócił w kierunku pozostałych pracownic oddziału. – Gdzie klucze do bankomatu? – zawołał. Znajdowały się na zapleczu.

 – Pójdziemy tam razem! – rozkazał. Do pomieszczenia z sejfem wszedł tylko z jedną z pracownic banku. Z wyjętej z bankomatu kasetki zapakował pieniądze do swej czarnej torby.

– A ty mnie odprowadzisz! – wskazał na kolejną pracownicę. – Wy pozostajecie na miejscach, nie ruszacie się, bo wiecie…? – dodał. Przez jakąś chwilę szli razem ulicą wśród innych ludzi. Nie odzywali się do siebie.

– Możesz już wrócić – niemal krzyknął i lekko pchnął swą zakładniczkę. Nim się odwróciła, jego już nie było. Ukradł  91 390 złotych.

Czekał niespełna rok. 18 kwietnia 2012 roku wybrał bank w Bytomiu. Ponownie Invest Bank S.A, przy ulicy Rycerskiej 4. Kiedy o 10.25 chciał wejść do środka, drzwi filii banku zastał zamknięte. Zdziwiło go, bo o takiej godzinie instytucja ta powinna przecież pracować na dobre. Jak się potem okazało, zamknięto je z powodu przesunięcia środków finansowych z multisejfu do skarbca, ale on o tym nie mógł wiedzieć i tłukł się nadal. Walił w drzwi i z nimi szarpał. Z powodu jego awanturniczego zachowania dyrektor placówki zdecydował, aby go jak najszybciej wpuszczono do środka. Był w kaszkiecie. Usta miał zasłonięte chustą. Szyję białym szalem. Był w przyciemnionych okularach oraz w rękawiczkach koloru kawy. Uprzejmie wprowadzony przez jedną z pracownic banku, wydobył z kieszeni atrapę broni. Dyndały mu też u boku przedmioty przypominające granaty.

– Ręce do góry, to jest napad! – ryknął. – Pójdziecie ze mną na zaplecze, też kiedyś pracowałem w banku – kłamał. – Nie oszukacie mnie. Dawać mi tu zaraz pieniądze ze skarbca, bankomatu oraz te, które znajdują się na sali.

A gdy na podłogę upadła mu atrapa granatu, tocząc się w kierunku pracownic oddziału, wrzasnęły z przerażenia. Nadal jednak żyły, i szybko otworzyły mu wszystkie multisejfy. Skoczył ku bankomatowi. Z trzech kaset zabrał pozostałą resztę pieniędzy.

– Nie oszukacie mnie, wiem że do otwarcia skarbca potrzeba dwóch osób równocześnie – powiedział i z sejfu w kasetach przyniosły mu pieniądze, które to od razu powrzucał do plastikowych worków z napisami EURO 2012. Potem kazał wszystkim wrócić z powrotem do skarbca.

 – A teraz ustawcie się w szeregu –  związał im z tyłu ręce jasnymi plastikowymi opaskami zaciskowymi. Odpiął również od przewodów rejestrator monitoringu, chowając go wraz z pieniędzmi do torby. Na drzwiach wejściowych do banku umieścił kartkę z napisem „Awaria systemu”, po czym wyszedł. Wtedy włączyły się system alarmowe i powiadomiły policję. Łup był solidny: 264 680 złotych, 5715 euro, 2228 USD oraz 2110 GBP.

Grasował po bankach

Czekał ponad rok by dokonać kolejnego skoku. Tym razem wybrał filię banku w Częstochowie, jak zwykle Invest Bank. Ten miał siedzibę przy ulicy Kilińskiego 42/44. Był 10 październik 2013 roku, godzina 9.45. W placówce w środku znajdowało się czterech pracowników. Trzech praktykantów kręciło się po zapleczu. Było też dwóch klientów.

Waldemar K. miał na głowie czapkę z daszkiem koloru czarno-białego zaciągniętą głęboko na czoło. Na sobie czarną, błyszcząca kurtkę ze ściągaczami i kolorową apaszkę, która zasłaniała mu usta. Na rękach jasne rękawiczki. Na twarzy wąskie okulary, używane do jazdy na rowerze. Sportowe obuwie na nogach dopełniało całości.

 – To jest napad, ręce do góry – oświadczył tradycyjnie. – I nie włączać mi tu cichego alarmu, przez kilka lat pracowałem w banku i wiem, jak to działa – znowu kłamał. A potem wycelował  we wszystkich pistolet.

– Otwierajcie, dawajcie kasę, to nic się nikomu nie stanie – skinieniem głowy wskazał na stojących przy okienku dwóch starszych, przerażonych mężczyzn.

 – Mam jeszcze dwa granaty, jeżeli by komuś coś przyszło do głowy – zakomunikował i delikatnie wysunął spod kurtki dwa przedmioty, by były widziane.

– Zamknąć mi tu bank i do roboty – zażądał, co też szybko uczyniono. – Idziemy do tylnego wyjścia – rzucił jeszcze w stronę pracownic i dwóch klientów. I gdy spostrzegł praktykantów, oni też dołączyli do grupki zakładników.

– Nie przyglądać mi się – wydał polecenie. Na wysokości bankomatu nakazał praktykantom oraz klientom, aby położyli się na wznak, twarzą do podłogi, z rękoma na plecach. Praktykantom dodatkowo związał ręce plastikowymi opaskami.

Pracownice poszły z nim do skarbca. Nawet nie zauważył, jak atrapa broni wysunęła mu się na biurko, obok którego właśnie przechodził. Dwie kobiety poszły do multisejfów na sali operacji bankowych i otworzyły je. Potem otworzyły pomieszczenia znajdujące się przed skarbcem. Opróżnił je również. Z dużą czarną torbą podróżną w ręku ruszył w kierunku głównego skarbca, zabierając stamtąd, z kaset i ze znajdujących się tam sejfów, wszystkie pieniądze.

– Mało – oświadczył jednak, niezadowolony z łupu i zaczął otwierać bankomat. Zabrane z niego pieniądze również wylądowały w jego czarnej torbie. Wtedy z opaski oswobodził się jeden z praktykantów. Natychmiast do niego podbiegł i w tym momencie zauważył, że zgubił gdzieś swój pistolet.

– Ty mi go na pewno ukradłeś?! – krzyknął do praktykanta, odsunąwszy poły kurtki, grożąc dwoma zawieszonymi na pasku przedmiotami przypominającymi granaty. Odchodziły z nich jakieś przewody. W zdenerwowaniu kopnął jeszcze w kark praktykanta. Nadepnął na jego głowę, podwinął nogawki spodni i wydobył ze skarpety nóż.

– Potnę cię, jak mi jeszcze raz podskoczysz – zawołał, przystawiając nóż do twarzy mężczyzny. Potem rozejrzał się i spojrzawszy na jednego ze starszych mężczyzn dodał: – Albo ciebie potnę, dziadku.

 Ruszyli gęsiego w stronę sejfu. Oddawali telefony i na jego polecenie weszli do sejfu. Wyrywał kable z komputera połączonego z monitoringiem. Zabrał również komputer. Zażądał otwarcia tylnego wyjścia, co też zaraz uczyniono. Jednej z pracownic odebrał jeszcze torebkę z jej dokumentami.

– Jeżeli zostanie sporządzony mój rysopis, to cię znajdę – zagroził wystraszonej kobiecie i kazał jej wracać do skarbca. Co natychmiast uczyniła. Wtedy zamknął główną kratę i wyszedł z banku, zabierając komputer z monitoringiem. Włączono alarm, przyjechali ochroniarze wraz policją. Ukradł 322 968,89 złotych oraz 850 euro.

Zbierał na dom

 Prawie trzy lata czekał, aby powrócić do Dąbrowy Górniczej. W miejsce swego pierwszego napadu, z 2008 roku. Był 11 sierpnia 2016 roku. Tym razem wybrał ING Bank Śląski przy ulicy Armii Krajowej 40. W szarej marynarce, jasnej koszuli, pomarańczowym krawacie, w apaszce pod szyją, z nałożonym na twarzy podkładem ruszył na oddział. Miał na głowie szaro-beżowy kaszkiet, spod którego wystawała peruka. Na dłoniach brązowe rękawiczki. Przyjechał motocyklem po 16.00.

– Chcę rozmawiać z dyrektorem – oznajmił, ale dyrektora nie było. Mógł rozmawiać jedynie z zastępującym go koordynatorem. Kobieta akurat rozmawiała z klientem. – To poczekam – odrzekł. –  Podać coś do picia? – zaproponowano. Oczekując, z papierowego kubka popijał herbatę, obserwując krzątających się wokół pracowników. Gdy zbliżała się 17, czas zamknięcia oddziału, jego nie wypraszano. Wstał więc od stolika dla gości i wyciągnął z kieszeni „broń”.

 – To jest napad, oddajcie pieniądze! – krzyknął. – Mam jeszcze przy sobie granat! – dodał. Poskutkowało.

– Żeby mi nikt nie wciskał przypadkiem kodu przymusu, nie dam się nabrać, pracowałem kiedyś w banku – znowu łgał. Zaciągnął pracowników do skarbca i zażądał otwarcia szafy głównej. Pieniądze lądowały w jego torbie. Przyszła kolej na pieniądze z kaset, określanych fachowo jako TCD. Potem na tak zwane. „drzwiczki boczne”, gdzie znajdowały się wpłaty klientów.

– Proszę mnie wypuścić tylnymi drzwiami – zorientował się, że przed bankiem stoi ochroniarz. Zabrał z sobą 258 570 złotych, 7025 euro oraz 2485 USD. Lecz potrzebował coraz więcej pieniędzy. Planował bowiem kupno domu.

Po ponad rocznej przerwie, 2 października 2017 roku ponownie uderzył. Celem był Plus Bank S.A. w Bielsku-Białej przy ulicy Warszawskiej 2. Wystylizował się na sportowo: czapka z daszkiem koloru czerwonego, Okulary przeciwsłoneczne, typu rowerowego, czarna apaszka, kurtka o jaskrawozielonym kolorze, szare trekkingowe spodnie do tego rękawiczki z cielęcej skóry. Dla bezpieczeństwa dokleił sobie czarną brodę. Posmarował też twarz grubą warstwą pudru kosmetycznego. I o 15.40 wszedł do filii banku.

 – Mam tu konto osobiste, a także lokaty i w związku z tym chciałbym wypłacić 180 tysięcy złotych, a z reszty założyć lokaty – kłamał kobiecie przy okienku.

– Taka gotówka musi być wcześniej awizowana – usłyszał, i bank w tym dniu nie dysponuje takimi pieniędzmi. Zdziwił się: – Kiedyś było inaczej – mruknął. – Ale mam rozwiązanie, znam dobrze właściciela banku, jeździmy razem na nartach, więc tylko do niego zadzwonię, i będzie po sprawie.

  Mówiąc tak, bawił się trzymanym w ręku telefonem komórkowym.

– Pieniądze są mi potrzebne, aby z zagranicy ściągnąć kolegę – dodał jeszcze. Lecz pracownica banku zaczęły mu się podejrzliwie przyglądać: – To poproszę pana o dowód osobisty – zasugerowała, pochylając się równocześnie ku koleżance z drugiego okienka, by ta sprowadziła kogoś z ochrony. Dochodziła już 16., bank zamykano i w ostateczności ochrony nie sprowadzono. Tymczasem Waldemar K. ociągał się z okazaniem dokumentu, zerkając chyłkiem w stronę wiszącego na ścianie zegara.

– Zostawiłem dokument w samochodzie – oświadczył w końcu, wstając z krzesła. – Trzymać ręce na stole i dawać kasę!  – krzyknął nagle i z plecaka wyciągnął pistolet, grożąc nim wokół. Potem kazał wszystkim zejść do skarbca i po drodze  dodał, że w plecaku ma dwa granaty: – Albo was odstrzelę, albo  wysadzę – straszył. Zamknięto bank. Pieniądze lądowały w jego czarnej torbie. I znowu porwał pracownicę, która sama zgłosiła się na zakładniczkę. Razem opuścili oddział. Potem ją wypuścił i wróciła do banku. Tym razem zgarnął 240 860 złotych. Już niemal mógł zakupić swój wymarzony dom w Tychach, tam gdzie mieszkają jego rodzice. Dom luksusowy, wart, bagatela, jedynie dwa miliony złotych, Ale brakowało jeszcze do tego trochę kasy.

Zgubiła go rutyna

Uznał, że na kolejny skok najlepszy będzie początek 2019 roku. Napadnie w Rybniku, gdzie aktualnie mieszkał. Będzie szybciej. Ruszył więc we wtorek, 12 lutego. Miał czapkę nasuniętą na oczy, kurtkę, ciemne spodnie i duże, słoneczne okulary. W ręku trzymał turystyczną torbę ciemnego koloru.

– Chcę rozmawiać z dyrektorem – domagał się, ale i w tej placówce dyrektora akurat nie było. – Chcę dokonać wymiany walut – oświadczył osobie, do której go skierowano. Przedstawił się pod fałszywym nazwiskiem.

 – Zamierzam kupić milion dwieście tysięcy franków szwajcarskich – dodał, czym kompletnie zaskoczył pracowników oddziału. Również oświadczono mu, że w tym konkretnym dniu nie mogą przeprowadzić transakcji na taką skalę.

 – To wymienię 20 tysięcy euro – zaproponował już podenerwowany nieco. Na co bankowcy zaczęli go uspokajać, przyglądając mu się uważnie.

– Nie mogę zdjąć okularów ze względu na zabieg oczu, który niedawno przeszedłem – zaczął  kłamać, widząc zainteresowanie swoją osobą. Również w tym banku jedna z pracownic poprosiła dyskretnie o ochroniarza, nadal jednak prowadząc jakąś nieklejącą się z nim rozmowę. Dołączyli inni. Także „doradca klienta zamożnego”, która to umówiła się z nim na kolejny dzień. I ochroniarze odprowadzili Waldemara K. do drzwi. Był wściekły, ale nie odpuścił, następnego dnia jednak nie przyszedł. Zastanawiał się, jak rozwiązać problem. I wpadł na pomysł. Wrócił trzy dni później, 15 lutego 2019 roku. Elegancko ubrany, na nadgarstku miał drogi zegarek, a w ręku kwiaty. „Doradczyni klienta zamożnego” oświadczyła jednak, że byli umówieni kilka dni temu, a teraz nie ma już dla niego czasu.

 – Ale mimo wszystko, nalegam, tylko kilka słów –  ponownie przedstawił się pod fałszywym nazwiskiem, i że prezesuje zagranicznej firmie. Ale nic nie wskórał. Wyszedł zatem. Przebrał się i poszedł do innego bankowego oddziału w pobliżu. Równie elegancko ubrany. W płaszczu, kapeluszu na głowie i w korekcyjnych okularach i rękawiczkach.

Poprosił o spotkanie ze starszym doradcą bankowości osobistej.

 – Musi pan poczekać w kolejce, ale najpierw trzeba pobrać numerek – usłyszał, po czym grzecznie czekał. A gdy nadeszła jego kolej, wraz ze starszym doradcą finansowym wszedł na rozmowę do jednego z pokoi. Również i tu przedstawił się pod fałszywym nazwiskiem. Nie zdjął nakrycia głowy, na co mu pozwolili, i zaczął wypytywać kobietę o produkty dla firm. A gdy odparła, że specjalizuje się w obsłudze klientów indywidualnych, zapytał o lokaty.

– Chciałbym założyć ich cztery, każdą na 200 tysięcy franków szwajcarskich.

A z torby wyjął w pewnym momencie dwa przedmioty przypominające granaty.

– Wie pani, co to jest? – zagadnął i nie czekając odpowiedzi poinformował, że właśnie trzyma w ręku jeden granat. – To jest napad, i mam przy sobie broń – dodał spokojnie i dopowiedział, by go wyraźnie usłyszała: – Czy może mi pani wypłacić w tym pokoju pieniądze?

Niewzruszona kobieta, spokojnie jednak zaprzeczyła ruchem głowy. Wtedy zaczął wypytywać o bankowy monitoring, pracowników w oddziale banku, skarbiec oraz liczbę zgromadzonych w oddziale pieniędzy. Milczała.

– Sądzę, że będzie tego z 600 tysięcy, prawda? – naciskał, ale kobieta nie odzywała się. – Jak tam dotrzeć? – ciągnął, też bez efektu. Zerkała na dwa granaty, które miał przy sobie. Nie wiedziała, że to atrapy.

 – Niech mi pani opowie coś o swoich dzieciach – próbował „psychologicznie”, jakby z drugiej strony. W końcu się odezwała:  – A co to ma do rzeczy?

Zależy mi na pieniądzach i jestem tak zdesperowany, że mogę kogoś zabić. Mam raka trzustki i pieniądze są mi potrzebne, na leczenie – nawijał, jak z nut. – I niech mi pani nie patrzy tak w oczy – zaczął się denerwować i wyszedł z pokoju na korytarz. Zaczepił i sterroryzował przechodzącą tamtędy inną pracownice i z atrapą broni w rękach nakazał, by wezwała dwie koleżanki. Gdy weszły do pokoju, w którym nadal siedziała za stolikiem starsza doradczyni finansowa, krzyknął: – To jest napad!

 Jak się okazało, jedna z nich była skarbnikiem, więc odetchnął z ulgą.

 – Teraz wszystko w pani rękach – odrzekł. – I jakby co, nie zawaham się wobec pani użyć broni.

 Po czym zamarkował dla postrachu, że przeładowuje broń. Dał jej 15 minut, aby poszła do skarbca.

– Jeżeli jednak nie wrócisz, stanie się coś złego – zagroził. Poszła i zapakowała do torby gotówkę. Postanowiła równocześnie, że kiedy będzie wracać z pieniędzmi, i będzie to tylko możliwe, zajrzy do pomieszczenia, w którym znajdowała się jej prywatna komórka. Tak też uczyniła. Waldemar K. nie zachował czujności, a ona zadzwoniła do znajdującego się gdzieś poza bankiem kierownika tej placówki.

– Mamy napad – zaczęła nerwowo opowiadać,  a potem jeszcze zatelefonowała na salę operacyjną klientów, skąd włączono antynapadowy przycisk. Odczekała. Szybko zawyły policyjne sygnały. Nie spanikował jednak.

– Widzicie te granaty? – oświadczył tylko, pokazując atrapy pozostałym kobietom w pokoju. Po czym zdjął rękawiczki. – Już mi nie będą potrzebne – oświadczył cynicznie. – A miała ta kurwa nie wzywać policji – powiedział jakby do sobie. Próbował jeszcze zaszantażować funkcjonariuszy, nie miał o nich dobrego zdania: – Bo zdetonuję granaty! – wrzeszczał zdesperowany, grożąc, ale tylko zerknęli na atrapy. Właściwie to się nie bronił. Znaleziono przy nim dwa przedmioty przypominające broń. W torbie i w nogawce. Miał również jeden prawdziwy granat. Były też 3 miotacze gazu pieprzowego, 10 jednorazowych plastikowych kajdanek, a także kluczyki do samochodu swej matki. W aucie znajdowały się jeszcze 2 prawa jazdy 37-latka, jak również lornetka z futerałem. Była nawigacja oraz zestawy startowe, telefon, dwa przedmioty przypominające granat, a także opaski zaciskowe.

W prokuraturze nie przyznawał się do winy, choć go obciążało dodatkowo jego DNA z kubka z banku, w którym poczęstowany został herbatą. Nie był dotychczas karany. Teraz zajął się nim Sąd Okręgowy w Częstochowie. Pierwsza rozprawa odbyła się 16 stycznia 2020 roku.

Roman Roessler   

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*