KULISY MASAKRY W GAMIE

W czasie wielu lat swojej dziennikarskiej pracy  często słyszałem od moich rozmówców, że mokotowscy gangsterzy „zrobili wiele głów, o które nikt ich nawet nie podejrzewa”. To miały być zwykle bardzo głośne, do dziś niewyjaśnione zabójstwa. Jedną z takich nierozwikłanych zbrodni jest masakra w warszawskiej restauracji Gama. Jak się okazuje, po publikacji książki “Gangsterskie egzekucje”  policja wróciła do śledztwa w sprawie tej egzekucji.

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

 Przez wiele lat starałem się ustalić, co było genezą tych krwawych wydarzeń i kto naprawdę za nimi stał. Pojawiające się w mediach spekulacje nie przekonywały mnie do końca. Także śledczy nie mogli się pochwalić sukcesami. Długo nie mogłem trafić na jakikolwiek ślad, który rzucałby nowe światło na tę sprawę. Dopiero przy okazji zbierania materiałów do jednej z  książek, trafiłem na człowieka, który opowiedział mi o kulisach tej zbrodni.

Z zimną krwią

– „Korek” zawsze miał wyczucie, kiedy zrobić coś, gdy mu ktoś zalazł za paznokcie, tak, aby bolało i nigdy się nie wydało – twierdzi Jakub, jeden z byłych mokotowskich gangsterów. – Czekał, aż nadarzy się sprzyjająca okazja. Zazwyczaj działo się tak, że jego wróg zaczynał wojować z kimś innym. „Mokotów” szybko to wykorzystał, robiąc swoje, a podejrzenia padały na tego, z którym ostatnio ofiara miała zatarg – dodaje mój rozmówca.

Rok 1999 na trwałe zapisał się w historii polskiego świata przestępczego. Nigdy wcześniej ani nigdy później w jednej gangsterskiej egzekucji nie zginęło tylu ludzi. W warszawskiej restauracji Gama zostało rozstrzelanych pięciu wołomińskich gangsterów, w tym bossowie „Wołomina” – Marian K. „Klepak” i Ludwik A. „Lutek”.

„31 marca o godzinie 13.00 do lokalu weszło trzech mężczyzn. Byli ubrani na czarno, na głowach mieli kominiarki. Jeden trzymał w ręku pistolet, drugi karabin, a trzeci strzelbę. Zabili całą piątkę gangsterów, nie raniąc przy tym osób postronnych. Zimny profesjonalizm. Potem wyszli z lokalu i odjechali srebrnym polonezem. Kule wystrzelone przez zabójców, przebiły grzejniki i okna lokalu, aż ostatecznie utkwiły w zaparkowanych przy ulicy samochodach. Aby policjanci mogli przeprowadzić oględziny, strażacy przez dwie godziny wypompowywali wodę zmieszaną z krwią (…)” – tak opisał tę egzekucję Bartłomiej Mostek w „Reporterze”.

W Gamie zginęli między innymi “Maniek” i “Lutek”

Bossom w Gamie towarzyszył Olgierd W. „Łysy”, który był ochroniarzem i kierowcą „Klepaka”, Mariusz Ł. „Piguła” i Piotr Ś. „Kurczak”. Wszyscy zginęli na miejscu, a egzekutorzy spokojnie odjechali. Auto porzucili i spalili w lesie pod Otwockiem. To miejsce chyba nie było przypadkowe, na co do tej pory nikt nie zwrócił uwagi. Wiąże się z pewnym incydentem gangsterskiej wojny, o czym będzie w dalszej części.

Tuż po masakrze na Woli dziennikarze prześcigali się w snuciu hipotez. Mówiło się między innymi, że za egzekucją stoi gang markowski kierowany przez Andrzeja Cz. „Kikira”. Sugerowano też, że zbrodnia mogła mieć związek z zabójstwem, latem 1997 roku w Poznaniu, rosyjskiego gangstera „Malowanego”.

Andriej Isajew „Malowany” był najważniejszym przedstawicielem wschodnich grup przestępczych, jakiego zamordowano w Polsce. Z jego śmiercią łączono Ludwika A. „Lutka”, który formalnie był podejrzany o udział w zabójstwie do dnia swojej śmierci w Gamie.

Za tą wersją mogłoby przemawiać także zdarzenie, o którym w magazynie „Reporter” Bartłomiej Mostek napisał: „Pięć miesięcy po zabójstwie Malowanego nastąpiło coś, co wskazywało, że gorzej już być nie może. 17 grudnia w Warszawie zastrzelony został Malarz – wspólnik Lutka. Bandyci przyjechali na miejsce zabójstwa samochodem na poznańskich numerach rejestracyjnych. Policja podejrzewała, że mogła to być zemsta kolegów Roberta S., zastrzelonego wraz z Malowanym. W następnych dniach doszło też do nieudanego zamachu na syna Lutka (…)”.

– Gama nie była za Poznań. To była zemsta za zniewagę, za to, że pobili naszych ludzi wbrew danemu wcześniej słowu. To było ważniejsze od pieniędzy – przekonuje mnie Jakub, były członek „Mokotowa”. Wersja, o której mówi, nigdy jednak nie przedostała się do opinii publicznej. O tym jednak nieco później.

Popularna była teoria  mówiąca, że za tą egzekucją stoją młodzi gangsterzy pragnący przełamać dominację starych. W podobny sposób widział to między innymi dziennikarz Rafał Pasztelański: „Strzelanina w restauracji Gama była punktem kulminacyjnym bratobójczej walki między członkami gangu wołomińskiego. (…) Jesienią 1998 r. Baranina rzekomo znalazł swojego nowego reprezentanta na Polskę. Miał nim być zaufany członek gangu Mańka – Karol S. ps. Karol. Baranina wykorzystał fakt, że część młodych gangsterów skupionych wokół Karola, chciało więcej zarabiać i być bardziej samodzielnymi. Doszło do jakiegoś incydentu między Mańkiem i Karolem, i wojna była już tylko kwestią czasu (…)”.

Pomimo że tę wersję podzielali śledczy, zabrakło jakichkolwiek dowodów, pozwalających sformułować akt oskarżenia wobec Karola S. i jego kompanów. „Karol”, Paweł J. „Japa”, Robert B. „Bieniasty” oraz Andrzej M. „Niuniek” zostali skazani w lutym 2013 roku na kary dożywotniego więzienia za inne strzelaniny – w Aninie i przed restauracją T.G.I. Friday’s w Warszawie, gdzie zabito Piotra W. „Kajtka”, kierowcę „Klepaka” i znanego złodzieja samochodów.

Konflikt między grupą „Karola” a starymi wołomińskimi nie był dla nikogo tajemnicą. Po stronie „Mańka” i „Klepaka” stanął między innymi właśnie „Kajtek”, który ze swoimi ludźmi wspierał bossów „Wołomina” w wojnie z ekipą „Karola”. Dodatkowo postanowił poprosić o wsparcie Krzysztofa K. pseudonim „Baniak” z grupy markowskiej. Gangsterzy umówili się na rozkminkę 6 stycznia 1999 roku w Aninie. Gdy obgadywali polowanie na Karola S. i jego ludzi, podjechał dodge, z jego okien padły strzały z pistoletów automatycznych. „Baniak” zginął na miejscu. „Kajtek” został lekko ranny.

To jednak nie był koniec gangsterskich porachunków.

Była sobota 20 marca 1999 roku. Piotr W. z żoną wybrał się do restauracji T.G.I Friday’s, w alei Jana Pawła II. Ledwie usiedli do kolacji, gdy „Kajtek” zaczął być nękany telefonami. Najwyraźniej ktoś chciał wyciągnąć go z lokalu na ulicę. W końcu Piotr W. podniósł się od stolika i poszedł po śmierć. Na ulicy otoczyło go kilku mężczyzn, seria strzałów z broni automatycznej zmiotła „Kajtka” na trotuar. Zamachowcy postrzelili wówczas przypadkowo Marka W., pięćdziesięcioletniego pracownika Teatru Narodowego, który podobnie jak „Kajtek” zmarł zanim przyjechało pogotowie.

– Czy „Karol” rzeczywiście mógł mieć związek z masakrą w Gamie? – pytam jednego z byłych gangsterów wołomińskich.

– Nie ma takiej opcji, chcieli go w to wpasować. Ale to nie on zrobił. – zdecydowanie zaprzecza mój rozmówca. – To była bardziej dopracowana układanka. Wiele jest osób, które wiedzą, dlaczego tak się stało. Ale nikt nie będzie głośno o tym mówił. Przynajmniej nie ja – zastrzega i kończy temat.

Urażony honor gangstera

Kilka miesięcy później w rozmowie z jednym z mokotowskich gangsterów ten temat pojawił się ponownie. Usłyszana wówczas geneza egzekucji w Gamie kompletnie mnie zaskoczyła. Zapewne ta historia nie jest znana śledczym.

Zaczęło się od tego, że chłopaki „Korka” imprezowali w Nieporęcie w pobliżu Hotelu 500. To było tam, gdzie „Korek” trzymał łódkę, to nie był jednak jacht, jak niektórzy opisują – objaśnia „Pajda” przed laty związany między innymi z grupą mokotowską. – W tym miejscu bawiło się dużo bandziorów. Był tam też „Klepak”, tego dnia mocno podpity i naćpany. Chciał się lansować na gangstera i bujanym krokiem chodził po Nieporęcie, aż trafił na małolatów od „Korka”. Ci nie mieli pojęcia, kto to taki. Nie wiedzieli, że to boss wołomiński. A na dodatek „Klepak” zaczął się do nich pruć i ubliżać, jak jakimś leszczom. Nie wiedział, że to mokotowscy, z którymi zresztą wcześniej pił piwo. Jednym słowem „Klepak” sprowokował awanturę. Mokotowscy, widząc że jakiś stary dziad się nachlał, oprawili [pobili – przyp. aut.] go i skopali. Jak na nieszczęście Marian zapytał Andrzeja, czy nie zna tych dwóch małolatów, którzy byli tej soboty w Nieporęcie. A Andrzej nie krył, że to jego chłopaki. Na co Maniek wyznał, że go skopali.

– Przyślij ich do mnie, chcę się z nimi rozmówić – zażądał wprost od bossa „Mokotowa”. „Korek” czuł, że to się może dla nich źle skończyć. Starał się zatem załagodzić konflikt i kazał swoim żołnierzom przeprosić Mańka K. Żaden z nich nie chciał jechać do „Klepaka” z gołymi rękami. Jednak Marian K. dał rzekomo słowo „Korkowi”, że jego ludziom nic się nie stanie. Zagwarantował to też „Lutek”.

– Mając takie gwarancje, kazał tym dwóm, którzy pobili „Klepaka”, jechać do Wołomina, przeprosić Mańka i zaprosić go na dobry obiad – relacjonuje mój informator. – Chłopaki niechętnie, ale mając takie gwarancje, pojechali i to był błąd. Bo pod domem „Klepaka” w Wołominie czekali jego ludzie: „Oskar”, „Kurczak”, „Łysy”, „Jogi” i kilku innych. Wśród nich był też Darek, ten co dla Mańka otworzył firmę ochroniarską i na Starówce haracze zbierali od restauratorów. Opowiadał potem, jak oprawiali tych chłopaków z „Mokotowa”. W efekcie wylądowali w szpitalu. I to był szok i hańba dla „Korka”, że „Klepak” potraktował go jak frajera. W tamtych czasach słowo dane bandycie było święte, a „Klepak” chyba nie rozumiał, że Andrzej jest starej daty i zawsze słowa dotrzymywał –  mój rozmówca nie ma co do tego wątpliwości. – Po tym pobiciu Andrzej miał jeszcze większego kaca moralnego, że na taką rzeź wysłał swoich ludzi, którym na dodatek dał słowo, że włos im z głowy nie spadnie. Gdy jeszcze ci dwaj leżeli w szpitalu, to już była gotowa ekipa, aby jechać do „Klepaka”. Jednak Andrzej wiedział, że to tylko wywoła wojnę. Było wiadomo, że „Mokotów” to załatwi. Niech tylko trochę ta sprawa przyschnie.

 Idealny moment zemsty

Tymczasem pojawiły się nowe problemy związane z wołomińskimi gangsterami. Okazało się, że chłopaków spod Otwocka związanych z grupą mokotowską  dojeżdża [w tym przypadku: próbować podporządkować, dręczyć – przyp. aut.] znany nam już Karol S. „Karol”.

– Był w grupie „Dziada”, ale wszyscy kojarzyli go z „Klepakiem”, bo to „Maniek” go przyprowadził – wyjaśnia mi jeden z byłych wołomińskich.

– „Karol” miał pretensję do Piotra Z. „Skotiego” i jego brata Pawła o kradzione samochody. Pojechał do nich pod willę, to był taki stary budynek zamieszkały przez kilka rodzin. W lesie te domy stoją do dziś. Ale „Skoti” z bratem nie wypękali na przyjazd „Karola”, bo się go spodziewali. Byli przygotowani – relacjonuje mi „Pajda”. – Wjechali na podwórko w kilka samochodów i wysypali się z nich z bejsbolami i klamkami, aby oprawić braci Z. I wtedy mocno się zdziwili. Napotkali bowiem opór ze strony Piotra i Pawła. „Karola” i jego ekipę powitał świst kul, bo bracia zaczęli do nich strzelać z pompki, czyli ze strzelby maverick i z pistoletu. W tej strzelaninie Andrzej M. „Niuniek”, wspólnik „Karola”, został postrzelony w bark myśliwskim nabojem. Życie uratowała mu  kamizelka kuloodporna, którą miał na sobie. Teraz odsiaduje dożywocie za „Baniaka” i „Kajtka”.

Po takiej ceremonii powitania „Karol” szybko się wycofał, ale pojawiła się policja, bo ktoś zgłosił strzelaninę. Jednak miejscowi policjanci przyjechali dopiero po trzech godzinach, gdy już łuski były pozbierane do torebki i wyrzucone na śmietnik. Dzielnicowy wypytywał mieszkańców, czy coś słyszeli albo widzieli. Ale nikt nic nie widział i nie słyszał. Odruchowo podszedł do śmietnika, podniósł klapę i zobaczył łuski w plastikowej  torbie. Uniósł ją do góry i zapytał gapiów

– Czy tego też nikt nie widzi?

W odpowiedzi usłyszał jedynie śmiech, wsiadł do radiowozu i odjechał z łuskami w torebce.

Incydent pod Otwockiem nałożył się na pobicie chłopaków „Korka”, który wszyscy uznali za najazd na grupę mokotowską. Dlatego też jej członkowie zostali postawieni w stan gotowości bojowej.

– To, że w tym czasie „Karol” wojował z „Klepakiem”, było idealną sytuacją dla odwrócenia uwagi i pozbycia się ich obu. Tylko „Lutek” w tej zemście zginął przypadkiem, bo on także miał żal do „Klepaka”, że tak niehonorowo postąpił z ludźmi „Korka” – zauważa z pewnym smutkiem w głosie „Pajda”. – Przecież on także gwarantował, że chłopakom nie stanie się nic złego. Nasi nie przewidzieli jednak, że „Lotek” będzie w Gamie. Wiedzieli tylko, że „Klepak” przyjedzie tam ze swoimi ochroniarzami, a oni również stali za pobiciem naszych chłopaków .

Informację o tym, gdzie porusza się „Klepak” i co robi w ciągu dnia, przekazał nieświadomie mokotowskim gangsterom Krzysztof M. „Fragles” z Serocka. Powiedział o tym Robertowi P. „Bobkowi”.

– „Fragles” nieświadomie przyczynił się do śmierci swojego idola. Bo kimś takim był dla niego „Klepak” – słyszę od „Obucha”. – Tak chciał należeć do jego grupy, że nawet odbierał „Klepaka” spod bramy aresztu w listopadzie 1997 roku.

– Kto zatem strzelał w Gamie?

– O to nigdy nie pytałem, ale pompki [broń gładkolufowa – przyp. aut.] z jakiej tam strzelano, zawsze używał „Skoti”. Także wtedy, gdy „Karol” najechał jego dom pod Otwockiem. Wiem też, że po akcji w Gamie samochód zamachowców wrócił w okolice Otwocka tylko z kierowcą, który znał dobrze te okolice. Reszta wysiadła w Warszawie.  

 Byłem  z „Klepakim”

Wersja, którą przedstawiłem powyżej, znalazła się w mojej książce „Gangsterskie egzekucje”. W kilka tygodni po jej ukazaniu się otrzymałem maila tej treści:

„Dzień dobry, piszę do Pana odnośnie opisu zdarzeń zawartych w Pana książkach. Miałem przyjemność przeczytać najnowszą książkę Gangsterskie egzekucje i z całym szacunkiem do Pana pracy, ale historia odnośnie konfliktu Andrzeja „Korka” z Marianem „Klepakiem” i  „Lutkiem” jest przekręcona i mija się z prawdą. Nie wiem, kto był Pana informatorem i skąd on miał te informacje, ale tak się składa, że ja akurat byłem przy całym zajściu i moim zdaniem, ta wersja przedstawia Mariana w bardzo złym świetle, jako człowieka niesłownego i łamiącego sztywne zasady. Nie wiem, czy zrobił Pan to specjalnie, w celu podkręcenia emocji, ale do tej pory sądziłem, że zależy Panu na pisaniu prawdy… Paweł”.

Oczywiście nie mogłem  odmówić spotkania z osobą, która była uczestnikiem incydentu z udziałem „Klepaka” oraz  ludzi „Korka”. Czego konsekwencją, według moich informatorów,  miała być egzekucja w Gamie.

W sobotnie, styczniowe przedpołudnie umówiliśmy się na rozmowę  w kawiarni  „Mozaika” na ulicy Puławskiej w Warszawie. Ten lokal z 60-letnią historią, zachował do dziś klimat czasów PRL, co być może sprawia, że już przed godziną 11.00 był wypełniony gośćmi i z trudem udało nam się znaleźć wolny stolik.  Bez trudu natomiast wyłowiłem wzrokiem  z zatłoczonej sali Pawła. „Jestem łysy i dobrze zbudowany” – pisał do mnie w mailu. Wszystko  się zgadzało. Widać było, że ten 60-latek nie opuszcza treningów na siłowni.

Na przywitanie wymienił swoją ksywkę, którą pamięta się jeszcze w  Warszawie.

Ale nie pisz, że gadałeś ze mną, nie chcę mieć problemów. Nie podawaj moje ksywki. Bo psy będą mnie ciągać, a po co mi to. Możesz nazwać mnie „Słoniną”.

– Byłeś przy tym, gdy doszło do bójki „Klepaka” z młodymi mokotowskimi?

– Też się tam biłem. Nas było może ze trzech, łącznie z Marianem, a ich wyskoczyło z sześciu lub więcej. Robiłem co mogłem, ale oni mieli przewagę.

– I co potem, „Korek” wysłał ich do domu „Klepaka” z przeprosinami?

– Nie było takiej sytuacji, zresztą Marian nie dałby się przeprosić za obiad. „Korek” sam  tych chłopaków przywiózł do Nieporętu, tam, gdzie się ta awantura zaczęła. A my już  na nich czekaliśmy. Andrzej wiedział doskonale, po co wiezie tam swoich ludzi, że ich oprawimy. Być może naopowiadał im o jakiś gwarancjach, że nic się im nie stanie. Bo co miał mówić, że wystawia własnych chłopaków, aby ich Marian oprawił?

– I co tam się działo?

– Napierdalaliśmy ich, a „Korek” siedział w samochodzie i się przyglądał.

– Gdzie to było, na ulicy?  

– W jakichś krzakach, bo tam Marian kazał „Korkowi” ich przywieźć.  Powiem ci, że krew się lała strumieniami. Bo „Fragles” miał siekierkę, i ciął nią mokotowskich.

– Też ich biłeś?

– Miałem się przyglądać, jak „Korek” ?

–  Co  się stało z  waszymi przeciwnikami?

– Zabrali ich do szpitala.

–  „Korek” nie próbował ich bronić?

–  A skąd, siedział i gapił się , jak ich oprawiamy.

– Może potem ruszyło go sumienie i stąd ta krwawa zemsta w Gamie?

– Tego nie wiem, bo już mnie nie było w Polsce w tym czasie.

– A gdzie byłeś?

– Siedziałem w więzieniu za próbę  przemytu 24 ton haszyszu – wyjaśnia „Słonina” i sięga do leżącej na stole koperty. – To jest nakaz aresztowania mnie. Zobacz tu jest napisane, za co – pokazuje mi palcem papier: contrebande de 24 tonnes de haschisch….

Marian wysłał nas we dwóch samolotem do Rygi. Tam przesiedliśmy się na kuter i popłynęliśmy do Maroka, gdzie załadowali nam ten towar na paletach. Nikt tego specjalnie nie maskował, to leżało na wierzchu, na rybach.  I Francuzi nas zgarnęli. Miałem mieć ze sto koła papieru, a dostałem sześć lat.  Siedziałem cztery i pół roku. Gdy wróciłem do Polski, to od razu z lotniska z torbami zabrali mnie na przesłuchanie, wypytywali o Gamę, ale co ja mogłem wiedzieć na ten temat, jak w tym czasie siedziałem. Słyszałem jedynie, że nas ktoś sprzedał, a w tym czasie poszedł inny, duży transport. 

– Podejrzewasz kogoś?

– Według mnie to robota „Baraniny”, on stawiał na „Karola” w walce z Marianem i mocno go wspierał. A do tego były potrzebne pieniądze. No to nas sprzedał, a sam zalał rynek swoim towarem. I miał pieniądze na wojnę „Karola” z Marianem. 

– Sądzisz, że to jednak „Karol” stoi za Gamą?  

– Jak mówiłem, nie było mnie tu, ale pewne fakty za tym świadczą.  Jak tę jego zgraję zatrzymali po podwójnym zabójstwie w  T.G.I Friday’s, w alei Jana Pawła II, to oni się po dwóch dnia rozpruli i jeden obciążał drugiego.  Ale prokurator nie pytał ich zupełnie  o Gamę.

– Jak myślisz, dlaczego?

– Może było mu na rękę, że bandziory wybijają się sami. A może „Karol” był im potrzebny do czegoś.

– To żaden dowód.

– Wiesz, co stało się z Cezarym P. „Popo” takim cherlawym cynglem od „Karola”?

Powiesił się w celi aresztu na Rakowieckiej.

A dlaczego to zrobił? – zapytał „Słonina” i odpowiedział – Bo zamknęli go w celi obok młodego „Klepaka”. Jacek jak się dowiedział, że „Popo” jest jego sąsiadem, to wykrzykiwał, że nie daruje mu śmierci ojca.  Strasznie mu złorzeczył.

– Według ciebie te groźby  wystraszyły takiego kilera, jak Cezary P. i postanowił rozstać się życiem?

– Nie wiem, a może ktoś mu pomógł.

– Jesteś przekonany, że to „Karol” i jego ludzie stoją za masakrą w Gamie?

– Słyszałem też, że „Mokotów” również dołożył się do tego. Może kiedyś ta zbrodnia się wyjaśni, bo znowu wrócili do tej sprawy. Kilka tygodni temu byłem na przesłuchaniu w sprawie Gamy. Ale co im miałem powiedzieć, jak nic nie wiem – kończy „Słonina”.

Janusz Szostak

 

 

         

         

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*