CZY NIUSIA WRÓCI DO MAMY?

W latach osiemdziesiątych dzieci nie były pilnowane z tak dużą starannością, jak obecnie. Nawet kilkuletnie maluchy bawiły się na podwórkach bez opieki osób dorosłych. Taką sytuację wykorzystał porywacz, który 16 sierpnia 1985 roku w Szklarskiej Porębie uprowadził 5-letnią Annę „Niusię” Sapielę.

Rodzina Sapielów nie była zamożna. Brakowało pieniędzy, dlatego Helena Sapiela często podejmowała się dodatkowych zajęć. Na co dzień była zatrudniona przez miejscową spółdzielnię mieszkaniową, na potrzeby której prowadziła prace porządkowe w blokach. W dniu zaginięcia córki postanowiła posprzątać cztery dodatkowe klatki, co wiązało się z wydłużeniem czasu pracy w tym dniu o dwie godziny.

– Mieliśmy dwoje dzieci, a przy dzieciach zawsze brakuje pieniędzy – tłumaczy pani Helena. – Jeśli była taka możliwość, że mogłam zarobić kilka złotych więcej, korzystałam z niej.

 Nie miała się urodzić

Pani Helena przyjechała do Szklarskiej Poręby na początku lat siedemdziesiątych. Kiedy przedwcześnie zmarła jej mama, kobieta wyjechała do swojej kuzynki do Zabrza. W nowym mieście nie znalazła pracy, dlatego krewna pomogła jej w zdobyciu zatrudnienia w sanatorium dziecięcym w Szklarskiej Porębie. Została tam wychowawczynią. Potem podejmowała jeszcze inne zajęcia – pracowała w żłobku, a następnie w przedszkolu.

W czasie wolnym od pracy pani Helena starała się poznać okolicę oraz nawiązać nowe znajomości. Pewnej soboty, w czasie wieczorku tanecznego poznała pana Jana. Tydzień później spotkali się ponownie na podobnej imprezie w tym samym miejscu. Kobieta od razu zauważyła walory przyszłego męża – wysoki, przystojny, a przede wszystkim, zainteresowany jej osobą.

Ślub państwa Sapielów odbył się w 1974 roku. Jeszcze tego samego roku na świat przyszedł ich pierworodny syn, Tomasz. Rodzice byli szczęśliwi. Co prawda mieszkali wówczas kątem u mamy pana Jana, w niewielkim pokoiku 4×2 metry, ale bardzo się kochali i to było dla nich najważniejsze. Wkrótce po narodzinach syna, małżeństwo zapragnęło drugiego dziecka. Pani Helena bardzo pragnęła mieć córkę, a syn chciał mieć brata. Lekarze odradzali kobiecie ponowne staranie się o dziecko, tłumacząc, że niezgodność grup krwi małżonków może być niebezpieczna.

Ania nie miała się urodzić, ale Sapielowie tak bardzo pragnęli mieć córeczkę, że pięć lat po narodzinach Tomasza pani Helena ponownie była w stanie błogosławionym. Upragniona córka przyszła na świat 21 maja 1980 roku. Radość całej rodziny była ogromna. Dziecku nadano dwa imiona, Anna Katarzyna. Pieszczotliwie nazywano ją Niusią. I nawet teraz, po tylu latach w sercach najbliższych Anna wciąż jest Niusią.

 Lubiła dzieci

Gdy dziewczynka miała rok, rodzina wyprowadziła się z mieszkania babci do bloku przy ulicy 1 Maja. Wreszcie mieli więcej przestrzeni dla siebie, a na osiedle, które właśnie wybudowano, wprowadziły się przede wszystkim rodziny z dziećmi. Obok siebie stanęło 6 bloków, w każdym z nich były 24 mieszkania. W każdym mieszkaniu przynajmniej jedno, dwoje dzieci. W niektórych jeszcze więcej.

 

Różnica wieku między dziećmi Sapielów była spora, ale dogadywali się świetnie. Tomasz był bardzo opiekuńczy w stosunku do Niusi. Dziewczynka od maleńkości uwielbiała kontakt z ludźmi. Znała wszystkie dzieci na osiedlu, zagadywała każdego dorosłego. Pani Helena wspomina, że nawet w czasie podróży pociągiem mała Anna nawiązywała rozmowy z przypadkowymi podróżnymi. Bardzo lubiła pogawędki, uwielbiała się śmiać, a jej perlisty śmiech słychać było na całym osiedlu. Niusia znała każde dziecko na osiedlu i z każdym chętnie się bawiła. Nigdy nie było wiadomo, z którym z dzieciaków będzie się bawiła danego dnia. Nie miała ulubionej koleżanki. Uwielbiała wszystkie dzieci.

Rok wcześniej rodzice zapisali dziewczynkę do przedszkola. Ania bardzo chętnie do niego uczęszczała, chociaż logistycznie rodzicom było dość trudno odprowadzać ją do placówki przed pracą, ponieważ znajdowała się ona przy oddalonej o blisko 3 kilometry ulicy Sikorskiego. Pokonywanie tego dystansu dwa razy dziennie w celu odprowadzenia dziecka oraz przyprowadzenia go do domu powodowało pewne problemy.

– Trzeba było iść pieszo spory kawałek – tłumaczy Helena Sapiela. – Dlatego nie zawsze udawało mi się Niusię odprowadzić. Czasem zostawała ze mną, ale swoje przedszkole kochała. Głównie dlatego, że było tam wiele dzieci, z którymi mogła się bawić. Tomasz chodził do szkoły podstawowej, która mieściła się po drugiej stronie ulicy. Raptem 150 metrów.

Język uśmiechu

Lato 1985 roku było bardzo upalne. Ania i Tomek bawili się, jak każdego dnia. Mama pracowała dla spółdzielni mieszkaniowej, a pan Jan, ojciec dzieci, zatrudniony był w hucie szkła, gdzie wykonywał ciężką fizyczną pracę, która w późniejszym czasie odbiła się na jego zdrowiu.

W sierpniu Tomasz pojechał na kolonie nad morze. Wrócił do domu na kilka dni przed zaginięciem siostry. Miał wówczas jedenaście lat, Niusia pięć. W tym czasie, do szkoły, której był uczniem, przyjechała grupa dzieci z Niemiec. Były to zorganizowane kolonie, najprawdopodobniej z Magdeburga. Rodzeństwo zaglądało tam czasami, chcąc poznać przybyszów zza zachodniej granicy. Przychodziły tam również inne dzieci z osiedla. Pewnego dnia Niusia poszła do szkoły sama. Mama była bardzo zdziwiona, że córka bawiła się z dziećmi, nie znając ich języka.

– Mamusiu, to wcale nie jest takie trudne – tłumaczyła z uśmiechem Niusia. – Kiedy oni się uśmiechali, ja też się uśmiechałam.

W piątek 16 sierpnia 1985 roku było upalnie, zanosiło się na burzę. Pani Helena poszła posprzątać klatki schodowe w dwóch sąsiednich blokach. Niusia była z nią. Biegała to po schodach bloku, to na trawniku przed blokiem. W pewnym momencie, chcąc umyć okno, pani Helena nie mogła go otworzyć, ponieważ żelazna krata skutecznie jej to utrudniała. Poszła więc po męża, aby jej pomógł. Został już z nią do końca sprzątania. Rodzice nie chcieli, by Niusia była zbyt długo sama na zewnątrz więc zaproponowali córce, by poszła do ich mieszkania. W tym czasie Tomasz źle się czuł, bolała go głowa i był sam w domu. W pewnym momencie zasnął i obudził się dopiero, kiedy wrócili rodzice. Było chwilę po godzinie 16. Przekonani, że córka jest z bratem, zdziwili się, gdy jej nie zastali. Początkowo pani Helena myślała, że dziewczynka mogła pójść odwiedzić babcię, która mieszka przy ulicy Krasickiego, albo jest u którejś z koleżanek. Pan Jan natomiast od razu miał złe przeczucia.

Około godziny siedemnastej zaczęli się poważnie niepokoić. Zajrzeli do sąsiadów, do rodziny. Niusi nigdzie nie było. O godzinie osiemnastej była już powiadomiona milicja. Sąsiad był milicjantem, jego żona na prośbę rodziców dziewczynki powiadomiła komisariat. Natychmiast zaczęły się poszukiwania dziecka w najbliższej okolicy. Między blokami, u znajomych, w szkole, w lesie. Niusi nigdzie nie było. Milicja, straż, mieszkańcy – wszyscy zebrali się, by pomóc.

Burza zmyła ślady?

Brat pana Jana przyszedł na poszukiwania z psem. Ten natychmiast podjął trop i zaprowadził milicję na rozwidlenie dróg Kasprowicza i Tetmajera, 500 metrów od blokowiska. Był tam niewielki las. W tym miejscu trop się urwał. Tą drogą można było dojechać do Jeleniej Góry. Można też było okrążyć tędy miasto i w kilka minut dojechać do granicy polsko-czeskiej.

– Niusia musiała wsiąść do jakiegoś samochodu – twierdzą zgodnie pani Helena i jej syn Tomasz.

Następnego dnia do milicji dołącza wojsko. Sprowadzony został helikopter, który latał nad okolicą. Nawet ksiądz ogłosił z ambony zaginięcie córki Sapielów. Wojsko otworzyło i przeszukało wszystkie piwnice, wchodziło na posesje. Nigdzie nie było żadnego śladu Niusi. Wyszli do szkoły, gdzie odbywały się kolonie. Tam też jej nie było. Jak kamień w wodę. W toku przesłuchań i rozpytywań wychodzi na jaw informacja, że jedna z sąsiadek widziała zaginioną idącą za rękę z jakąś obcą kobietą. Było to bardzo blisko bloków przy ulicy 1 Maja, ale w przeciwnym kierunku do miejsca, które wskazał pies.

Kobieta, która miała widzieć Niusię, powiedziała pani Helenie, że dziewczynka była uśmiechnięta, zadowolona, dlatego pomyślała ona, że osoba towarzysząca jej jest ciocią Ani. Nie zareagowała. W Szklarskiej Porębie wszyscy się znali chociażby z widzenia. Pani widzianej z Niusią znajoma rodziny nie znała. Musiała być przyjezdna. Milicja szybko sprawdza trasę, na której widziano dziewczynkę. Nie było żadnego śladu. Może śladów nigdy nie było, a może zmyła je ulewa, która rozpętała się wraz z potworną burzą w nocy po zaginięciu Niusi. Tego zeznania nigdy nie udało się potwierdzić.

– Czy mieli państwo jakichś wrogów? – pyta milicja. – Czy ktoś państwu groził? Zadarliście z kimś? Mówcie szybko, to może pomóc w odnalezieniu waszego dziecka!

Ale Sapielowie wrogów nie mieli. Żyli skromnie, spokojnie w swoim trzypokojowym mieszkaniu. Nikomu nie wadzili. Nawet nie pomyśleliby, że ktoś mógłby chcieć ich skrzywdzić. I to jeszcze w taki sposób! Odbierając ich ukochaną Anię.

Słodka przynęta

Pani Helena przypomina sobie, że w ostatnim czasie widywała w pobliżu swojego bloku dziwną parę, Polkę oraz Niemca. Ona – młoda elegancka kobieta. Widać, że zamożna. On, bardzo cichy, małomówny. Zaczepiali Anię. Raz nawet bez zgody mamy Niusi, poczęstowali jej córeczkę cukierkami. Pani Helena natychmiast zareagowała, widząc tę sytuację. Tajemnicza Polka miała jeszcze kilkukrotnie zaczepiać dziewczynkę. Nie pasowała jednak do opisu kobiety, z którą była widziana Niusia. Była młoda, a tamta kobieta była opisywana jako „starsza”. Być może ktoś pomógł w uprowadzeniu, podprowadził dziecko do zagajnika przy rozwidleniu Kasprowicza z Tetmajera, gdzie w samochodzie czekało już małżeństwo?

Para przyjechała do Szklarskiej Poręby na urlop. Wynajęli pokój w prywatnej kwaterze w pobliżu osiedla, na którym mieszkała rodzina Sapielów. Przyjechali czerwonym samochodem, którego marki nikt dziś już nie pamięta. Z tyłu samochód miał naklejkę D. Rejestracji nikt nie zapamiętał, bo niemieckich samochodów sporo się tu kręciło, nikogo nie dziwiły i nikt nie podejrzewał, że może wydarzyć się taka tragedia. Milicja chciała tych ludzi sprawdzić, ale ich już nie było w Szklarskiej. Nie wiadomo, kiedy wyjechali. Może w dniu zaginięcia, a może następnego dnia. Nikt ich pierwszego dnia nie szukał, więc mogli spokojnie opuścić Polskę.

Śledczy przeanalizowali zachowania dziewczynki sprzed zaginięcia. Tego dnia rano mama ubrała Niusię w spodenki i koszulkę. Na krótko przed zaginięciem dziewczynka poszła jednak do domu i przebrała się. Założyła niebieską sukienkę, japonki i korale z bursztynu, które przywiozła jej ciocia z Warszawy. Na szyję zarzuciła sobie malutką torebeczkę na rzemyku. Miała niebieskie oczy, blond włoski. W tym stroju była śliczna jak laleczka. Mógł ją porwać pedofil, albo ktoś do adopcji. Rodzina Niusi ma podejrzenia, że za uprowadzeniem dziewczynki może stać małżeństwo, które częstowało ją cukierkami.

– Gdybym kogoś złapała za rękę, to bym wiedziała, kto to zrobił. Ale nie wiem. Każdego dnia proszę Boga, żeby się odnalazła – płacze pani Helena. – Ani w mojej rodzinie, ani w rodzinie mojego zmarłego męża nigdy nie było takiej tragedii. Byliśmy szczęśliwi. Po zaginięciu Niusi mój mąż się załamał. Bardzo cierpiał. W 2017 roku zmarł po długiej i ciężkiej chorobie. Myślę, że ten ból po stracie dziecka przyczynił się do jego choroby.

 A po co meldować?

Dzisiaj Szklarska Poręba jest jednym z ulubionych celów turystycznych podróży. Polacy chętnie odpoczywają w górach. W czasach PRL większość turystów pochodziła z Niemiec. Było ich na więcej stać, niż Polaków. Pani Helena wspomina, że w latach osiemdziesiątych w Szklarskiej było ponad 30 obiektów noclegowych, w których można było przyjąć ponad 200 gości. Ponadto było wiele niezarejestrowanych prywatnych kwater.

Funkcjonariusze bez trudu dotarli do kobiety, która wynajmowała pokój polsko-niemieckiej parze. Była to prywatna kwatera bez nazwy, zaraz za blokami. Milicjanci prosili, aby przekazała im księgę meldunkową. Powiedziała, że nie prowadzi, bo ufa swoim gościom. Nie sprawdziła również ich dokumentów, nie znała ich nazwisk, adresu, telefonu. Nic. Kiedy zapytano ją, w jaki sposób zarezerwowali pobyt, odpowiedziała, że „ktoś” z Jeleniej Góry ich polecił. Do „ktosia” również nie udało się dotrzeć. Dzisiaj nie ma już możliwości ponownego przesłuchania kobiety. Zmarła przed laty. Jej córka wyjechała za granicę. W dniu zaginięcia Niusi była już dorosła, jednak na pytania Sapielów odpowiada, że gości nie pamięta, ale żal jej rodziny dziewczynki.

Milicja szybko znalazła sobie podejrzanego. Był nim mężczyzna, który przebywał w Domu Nauczycielstwa Polskiego. Obecnie jest to Dom Wypoczynkowy „Świteź”, jednak w latach osiemdziesiątych był to dom wczasowy przeznaczony dla nauczycieli. Milicja uznała, że jeden z gości „dziwnie” się zachowywał. Wielokrotnie go przesłuchiwali, ale nic na niego nie znaleźli. Szybko skreślili go z listy podejrzanych.

Potem pojawił się kolejny podejrzany. Mieszkał na Białej Dolinie. Często pojawiał się na osiedlu, na którym mieszkała Niusia. Zaczepiał dzieci, zagadywał je. Milicja przyjrzała mu się uważnie. Gdy weszli do jego mieszkania, byli zszokowani. Znaleźli u niego kilkadziesiąt sztuk bielizny dziecięcej i damskiej. Natychmiast go aresztowali. Pani Helenie pokazali wszystkie te majtki, kazali dokładnie się przyjrzeć i powiedzieć, czy któreś z nich miała na sobie jej córka 16 sierpnia. Kobieta nie rozpoznała bielizny córki. Mężczyzna miesiąc był trzymany w areszcie. Jemu również nie postawiono zarzutów, ale milicja nie ustępowała.

– Ten nasz sąsiad milicjant szukał naszej Niusi tak, jakby to jego dziecko zaginęło. Bardzo nam pomógł – wspomina pani Helena. – W piątek córka zaginęła, a już w poniedziałek mówili o tym w telewizji. To on nam tak pomagał. A to i tak nic nie dało. Mnie się zdaje, że ktoś ją porwał i to ktoś niegłupi i niebiedny.

 Będą szukać do skutku

Po dwóch latach sprawę zawieszono. Milicja obiecała, że jak tylko pojawią się nowe tropy w sprawie, natychmiast się nią zajmą. Akta trafiły do Jeleniej Góry, pani Helena nie widziała ich od wielu lat. Miała nadzieję, że nadejdzie taki dzień, że sprawa jej ukochanej córeczki zostanie wznowiona.

Trzy lata temu rodzina poczuła, że rozwiązanie jest już blisko. Zgłosiła się kobieta, która nie znała swojej prawdziwej tożsamości i podejrzewała, że może być zaginioną Niusią. Pani miała na imię Jolanta, wiek się zgadzał, na pierwszy rzut oka była nawet trochę podobna do zaginionej Niusi. Pani Helena natychmiast przekazała tę informację policji. Rozmawiali z panią Jolantą. Wiedziała o sobie tylko tyle, że rodzice adoptowali ją z domu dziecka. Chciała poznać swoją tożsamość. Brat Niusi pojechał do miejscowości pod Poznaniem, w której mieszkała, aby się z nią spotkać. Nie zrobiono badań DNA, ale policja wykluczyła, by mogła to być Niusia. I znowu cisza.

Pani Helena uważa, że jej córka żyje, ale nie mieszka w Polsce.

– Gdzieś by przecież do szkoły chodziła, chyba ktoś by ją rozpoznał – zastanawia się. I tak mijają kolejne lata: na gdybaniu i ciągłej niepewności.

U jasnowidzów też byli. Każdy z nich mówił, że dziewczynka żyje, że została uprowadzona do adopcji. Jedna pani jasnowidz powiedziała, że mieszka w Niemczech. Inna uważa, że Niusia przebywa w Stanach Zjednoczonych, ma zamożnego męża i troje dzieci. Tych tropów nie sprawdzono.

Ktoś życzliwy zaproponował rodzinie skorzystanie z usług detektywistycznych, ale ich na to nie stać. 8 tysięcy, to ogromna kwota, dla państwa Sapielów zupełnie nierealna. Pani Helena czeka więc na to, że Niusia przypomni sobie, kim jest, albo ktoś ją rozpozna, dlatego zależy jej na rozpowszechnianiu wizerunku córki również za granicą. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i cierpliwie czeka na powrót córki. Ciągle wraca myślami do tej ostatniej chwili, kiedy widziała córkę bawiącą się między blokami. Ma nadzieję, że po latach zobaczy ją wreszcie jako dorosłą kobietę.

– Ksiądz powiedział, żebym modliła się do Judy Tadeusza, bo to patron od spraw beznadziejnych – mówi pani Helena. – I tak się modlę codziennie już prawie 35 lat.

Tak może wyglądać dziś zaginiona

Jest spora szansa, że Anna Katarzyna Sapiela żyje i mieszka gdzieś spokojnie, nie znając swojej prawdziwej tożsamości. W dzisiejszych czasach, gdy tak wielu Polaków mieszka na świecie, może się okazać, że ktoś spotka Niusię na swojej drodze, dlatego warto dokładnie przyjrzeć się jej zdjęciu, zwłaszcza portretowi progresywnemu. Jeśli ktokolwiek rozpoznaje tę kobietę, proszony jest o kontakt z redakcją lub najbliższą jednostką policji. Warto również przejrzeć zdjęcia z wakacji 1985 roku, bo może jest na nich Niusia. Niekoniecznie w Szklarskiej Porębie.

Anna Strzelczyk

1 Komentarz

  1. Mysle ze te dziecko wyszlo na spacer kiedy brat spal. Mozliwe ze chodzila sama po osiedlu i ktos postanowil zabrac dziewczynke. Wykorzystal okzje ze dziecko bylo bez opieki. Nie ma pewnosci ze zrobila to ta para ktora przyjechala na wypoczynek tym bardziej ze osoba z ktora dziecko szlo byla osoba starsza. No chyba ze dziewczyna zalozyla peruke i zrobila ostry makijarz. Wtedy mogla by wygladac na osobe powyzej swojego wieku. Moze zostala porwana przez kogos ktos dostarczal dzieci do adopcji. Watpie aby ktos z miejscowych pomogl porwac dziecko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*