OBCINACZE PALCÓW: Nie chcę spłonąć w piecu

 Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka  „Komando śmierci” o najgroźniejszym odłamie grupy mokotowskiej.

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

We wrześniu 2018 roku Andrzej K. pseudonim „Koniu” vel “Kobyła” napisał do mnie list z aresztu w Radomiu. Zapraszał mnie do odwiedzenia go i rozmowy o gangu obcinaczy palców: „Brałem udział prawie we wszystkich uprowadzeniach tej grupy i mam wiedzę o zabójstwach, którą podzieliłem się ze śledczymi i zeznaję przeciwko tej grupie” – napisał do mnie. Nie mogłem nie zareagować na takie zaproszenie. Nie wyobrażałem sobie tej książki bez rozmowy z Andrzejem K. Jednak zanim do niej doszło, minęło wiele miesięcy, w czasie których zabiegałem o widzenie. Piętrzono przede mną kolejne przeszkody, tak, jakby komuś bardzo zależało, abym nie spotkał się z „Koniem”. W końcu jednak uzyskałem zgodę na zaledwie godzinne spotkanie z Andrzejem K. Doszło do niego 8 stycznia 2019 roku. Przez całą rozmowę towarzyszył nam szef ochrony Aresztu Śledczego w Radomiu, co  miało wyraźnie negatywny wpływ na  „Konia”:

 –  Pan musi być przy tym obecny? – zapytał poirytowany zza kraty, która odgradzała go ode mnie i strażnika. Potem pytałem już ja.

Przypomnijmy, jaki pan ma obecnie wyrok, i za co właściwie teraz pan siedzi?

Dostałem 12 lat za udział w grupach  ursynowskiej i mokotowskiej.

Co się za tym kryje, jakie zarzuty?

Głównie porwania, strzelanina na siłowni Paker oraz uprowadzenie i współudział w zabójstwie Mariusza Mirkowskiego.

To wszystko, czy ma pan jeszcze jakieś zarzuty?

Jest jeszcze sprawa, którą wcześniej prowadziła sędzia Barbara Piwnik, a dotyczyła ona tak zwanego gangu obcinaczy palców. Ja mam tam jeden zarzut. Natomiast Grzegorz K. „Ojciec”  ma w tej sprawie zarzut  kierowania grupą.

O co oskarża pana prokurator w tamtej sprawie?

O uprowadzenie Sławomira D., dewelopera i właściciela Dolcanu Ząbki. To było w 2004 roku. Pojechaliśmy do  Ząbek, ja miałem być początkowo kierowcą. Jednak  ze względu na to, że nie znałem terenu, prowadził kto inny, a  ja wszedłem z Januszem M. do biura Sławomira D. Brałem zatem czynny udział w porwaniu.

Dużo jeszcze jest zdarzeń z pana udziałem, które nie wyszły z prokuratury do sądu?

Rzeczywiście są takie zdarzenia, które nie ujrzały jeszcze światła dziennego. Ja nie mogę o nich w tej chwili mówić. Jest też sprawa, którą prowadzi sędzia Igor Tuleja.

Sędzia Tuleya zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z pytaniem dotyczącym niezawisłości sędziowskiej. To sprawiło, że proces, który prowadził, został zawieszony do czasu wydania orzeczenia przez Trybunał. Czym upolitycznił wasz proces.

W tej sprawie też jestem oskarżony, podobnie jak Janusz M. i Grzegorz J. Zarzucono nam uprowadzenia dla okupu trzech osób w latach 2002-2003: w Kajetanach, w Raszynie i z restauracji na Mokotowie.

Sprawa waszej trójki miała zostać wyłączona z głównego śledztwa dotyczącego grupy mokotowskiej, prowadzonej przez Prokuraturę Okręgową w Płocku.

Sędzia Tuleja miał co do tego wątpliwości. Chodziło zdaje się o  wpływanie polityczne na sędziów.

Wspomniał pan, że w jednym z postępowań dotyczących gangu obcinaczy palców Grzegorz K. pseudonim „Ojciec” ma zarzut kierowania tą grupą. Wierzy pan w to? To był obcy człowiek, rolnik spod Siedlec. A wy wszyscy znaliście się z Ursynowa i Mokotowa. Kto by mu pozwolił rządzić grupą?

To, że był ze wsi, nie ma znaczenia. „Ojciec” zawsze wybiela się, co do kierowania grupą. Ale ja inaczej na to patrzę. Były osoby mniej ważne, ważne i bardzo ważne.

Ale „Ojciec” nie był bardzo ważny w strukturach „Mokotowa”.

Był ważny w stosunku do swoich ludzi, w odniesieniu do swojej grupy.

On miał jakichś ludzi, swoją grupę?

Oczywiście, choćby braci B. nazywanych „Kozłami”. Oni byli zapatrzeni w „Ojca”, bardziej go szanowali niż siebie wzajemnie. Ponadto w jego grupie byli też między innymi Artur K. pseudonim „Baron”, Tomasz D., czy  Robert B. „Baca”. W Sądzie Okręgowym w Warszawie toczy się też sprawa, gdzie „Ojciec” ma zarzuty zlecania uprowadzeń ludzi. Są tam odczytywane policyjne podsłuchy rozmów, w trakcie których Grzegorz K. instruuje swoich ludzi w sprawie porwań. Ja zeznaję tam jako świadek. Pan naprawdę uważa, że „Ojciec” nie był  żadnym szefem?

Moim zdaniem miał jakieś znaczenie, ale czy był szefem, tego nie wiem.

On miał bardzo duże znaczenie. To wynika z wyjaśnień Roberta B. „Kozła”. On wprost zeznał, że ich grupą kierował właśnie Grzegorz K.

Było ich tam pięciu czy sześciu, ale to niezbyt wielka grupa, raczej gang.

On kierował nie grupką, ale oddziałem ludzi. O roli „Ojca” w grupie świadczą jego czyny. Porwanie Pawła Sz. pseudonim „Siwy”, to między innymi jeden z jego pomysłów. Zresztą usiłowanie porwania „Siwego” to nie jest jedyna próba wyeliminowania niewygodnego świadka przez „Ojca”.

Kogo jeszcze ma pan na myśli?

Chodzi o sprawę Michała Cz. pseudonim „Czyżyk”. On składał zeznania obciążające „Ojca” i inne osoby. Michał wiedział dużo, bo sam brał bezpośredni udział w porwaniach. To on wskazał na Grzegorza K. jako szefa gangu. Zeznał, gdzie i kogo porwano, pokazał miejsce przetrzymywania ofiar. Wówczas prokurator zwolnił go z aresztu. W 2007 roku, kiedy zaczynał się proces, poszedł z sąsiadem do sklepu w Ząbkach. Od tego czasu ślad po nich obu zaginął. A prokurator dostał list podpisany przez „Czyżyka”, w którym przeprasza „Ojca” i pozostałych kumpli oraz odwołuje swoje zeznania, które rzekomo  zostały na nim wymuszone. Tak samo skończyłby „Siwy”. Po tym wszystkim swoje zeznania obciążające „Ojca” odwołał także „Kozioł”.

Mówiło się, że grupa zakupiła rzekomo piec kremacyjny do palenia ciał ludzi.

Nie było niczego takiego.

Ale tak zeznawał „Marcel”.

A skąd on może to wiedzieć?

Może był przy zakupach, a może słyszał, jak „Wojtas” mówił, żeby kupić piec? Bo to podobno  Wojciech S.  wymyślił tę inwestycję.

Nie mam pojęcia, bo wówczas siedziałem.

Pewnie pan nie chce obciążać „Wojtasa”.

A niby dlaczego nie chcę go obciążać?

Znacie się długo, a „Wojtas” może jeszcze panu pomóc i pan może pomóc jemu.

Jak ja mu mogę pomóc, skoro dotychczas od góry do dołu już go obciążyłem? Wracając do pieca, to pojawił się on właśnie przy okazji „Czyżyka”. Ale to był zwykły piec do centralnego ogrzewania i tam zostało spalone ciało, które wcześniej rozczłonkowano. Wspomina o tym w swoich zeznaniach Łukasz A. Ponoć zwłokami  palił w piecu Krzysiek P. „Skrzat”, w worku mu je przywieźli. Jednak taka rzecz miała miejsce w tym piecu tylko raz, a ktoś już legendę zbudował, jakby nie wiadomo ile osób tam spalono.

Według pana wiedzy „Wojtas” miał jakieś nałogi, latał za kobietami?

Wojtek to zawsze był monogamista, był zapatrzony w swoją żonę. Świata poza nią nie widział. W końcu się jednak rozeszli. On nigdy za żadnymi dupami się nie uganiał, nie zadawał się z prostytutkami.

Pił alkohol, brał narkotyki? „Bajbus” nazwał go ćpunem.

Brednia, absolutnie nic z tych rzeczy. Wojtek nigdy nie pił, ani nie ćpał. Jego z domu można było wygonić jednym kieliszkiem wódki. Pamiętam, jak w 2003 roku urodził mi się syn. Siedzieliśmy u mnie na balkonie; ja, „Ternit”, „Morgan” i Grzesiek  J. Skończyła nam się wódka i zadzwoniliśmy do Wojtka, żeby nam kupił  kilka flaszek. Ale on nawet nie wiedział za bardzo, jak się kupuje wódkę i kupił nam jakąś taką, co się do picia nie nadawała. On nigdy w życiu wódki nie kupował.

Wracając do „Bajbusa”, to twierdzi on, że Wojciech S. mógł stać za wyrokiem śmierci na jego żonę. Ponieważ „Bajbus” zeznawał przeciw „Daksowi” w sprawie zabójstwa „Dzika”.

Powiem panu, że niejaki „Bobek” z grupy „Bajbusa” zeznawał, że to „Bajbus” zabił tego „Dzika”. „Bobek” miał być przy tym obecny. Poddał się nawet badaniu na wariografie i wyszło, że nie kłamie, że mówi prawdę. Wychodzi na to,  że  „Bajbus” zwala własne winy na innych ludzi. To jest taka dziwna postać. Ja bardziej znam go ze słyszenia i widzenia. Strasznie najeżdżają na tego „Bajbusa”, że własne winy zrzuca na wszystkich dookoła. Trochę taki drugi „Janek”, co obdarza wszystkich dookoła swoimi przestępstwami. „Bajbus” zawsze był widywany z pięknymi modelkami. On się woził mercedesem okularnikiem, elegancko ubrany, wokół niego piękne kobiety. Kiedyś nawet poszła taka fama, że sam mógł to zlecić.

Co takiego?

Zabójstwo żony, bo w pewnym momencie zaczęła mu ciążyć, wadzić.

Jak pan myśli, czy „Wojtas” dorobił się na gangsterce?

Ależ skąd, to są mity. Nie miał własnej willi z basenem, tylko wynajmował mieszkania. Często je zresztą zmieniał. A taki „Janek” miał dom za milion złotych. Wojtek samochód, to miał używanego passata, którego kupił od „Mołka” za 50 tysięcy.

Może nie chciał się w oczy rzucać?

W życiu się niczego nie dorobił na tym gangsterstwie.

Jednak pan go broni. On też się panu odwzajemnia, i mówi, że jest pan jedyną „sześćdziesiątką”, która zeznaje w miarę uczciwie: nie obciąża innych nadmiernie i siebie nie wybiela.

No i właśnie dlatego dostałem dwanaście lat, bo siebie nie wybielałem.

Jaki wyrok dostał „Janek”?

Osiem i pół roku.

Sporo mniej od pana.

Za same porwania ma ponad osiem lat, a gdzie zabójstwo Mirkowskiego? Gdzie udział w egzekucji w siłowni Paker?  Wywinął się z tego, bo zeznał, że odebrał broń z samochodu, którym ja kierowałem. Tylko, że u mnie w samochodzie nie było broni. Chyba, że w drugim samochodzie. Ja byłem z „Wojtasem”, „Morganem” i „Skrzatem”. Ale pod siłownią był jeszcze drugi samochód. „Janek” miał dużą wiedzę na temat tego, co stało się wtedy w siłowni. Tak jakby był tam w środku. Opowiadał, jak wyglądała cała akcja, na przykład śmiał się z „Morgana”, że jak zobaczył, co się wydarzyło, to uciekał tak panicznie, że mu się drogi pomyliły. No to musiał chyba to widzieć, musiał chyba być w środku?

A może mu ktoś opowiadał o tym, na przykład „Wojtas” albo „Skrzat”?

Nikt rozsądny nie opowiada o takich zdarzeniach osobom, które nie brały udziału w akcji. Poza tym, jeśli ktoś nie ma być wykorzystywany do jakiegoś przestępstwa, to po co jeździ i na przykład mierzy czas przejazdu przez most Siekierkowski?  Ja jako kierowca tak robiłem, gdy  miałem brać udział w jakiejś akcji. Jeżeli czegoś się podejmuję, to chcę wiedzieć, jak to będzie wyglądało, ile to zajmie czasu. Sam zawsze to sprawdzałem. Wiem też, że tak samo robił „Janek” przed  egzekucją w siłowni Paker. Chociaż w tym przypadku było już wszystko przygotowane przeze mnie. „Janek’ opowiadał, że niby jeździł coś tam sprawdzać, ale z drugiej strony mówił, że „Morgan” nie strzelał. Skąd o tym wszystkim wiedział, skoro nie brał w tym udziału?

Rzekomo był też świadkiem wyrzucania broni przez „Wojtasa” do jeziorka wilanowskiego.

To jest bzdura! Kto w październiku wrzuca broń do wody, po czym wchodzi i wyjmuje część jednostek. Jak można wrzucić  i wyjąć broń z wody, gdzie jest metr mułu? Byli tam płetwonurkowie i stwierdzili, że nikt nie był w stanie tego wyjąć. „Janek” konfabulował, oskarżał innych, aby siebie ratować. Prokurator przy mowach końcowych powiedział, że on posługuje się wyuczonymi tekstami.

Ktoś go ich wyuczył?

Sam się wyuczył, bo pomniejsza swoją rolę i opowiada o wszystkim tak, jakby widział to nie swoimi oczami. Jakby stał z boku. Mówił, że był zastraszony, że się bał o siebie oraz rodzinę i rzekomo ze strachu popełniał przestępstwa. To są kłamstwa! Jeżeli ktoś by się bał, to nigdy nie brałby się za coś takiego. Na pewno nikt go do tego nie zmuszał.

Jadąc do Pakera, wiedział pan, że będzie tam miała miejsce egzekucja?

Nie, nie wiedziałem, że jedziemy tam zabijać kogokolwiek. Byłem pewien, że jedziemy kogoś porwać. Tak jak powiedziałem w sądzie, albo ktoś mnie wprowadził w błąd, albo coś wymknęło się spod kontroli i doszło do wymiany ognia.

Czy według pana „Ojciec” brał udział w porwaniu Eweliny Bałdygi?

Oczywiście, że brał. Od samego początku w tym uczestniczył. Ja byłem wtedy na wolności i ja jako pierwsza osoba razem z „Jankiem” jeździliśmy za tą dziewczyną. Obserwowaliśmy ją na zlecenie Tomasza R. „Pikusa”, ale decyzje podejmował „Wojtas” z „Ojcem”. Z pomysłem porwania tej dziewczyny przyszedł „Pikus”. Może dwa – trzy razy jeździłem z Januszem i obserwowałem tę dziewczynę. Wkrótce zostałem zatrzymany w innej sprawie i trafiłem do aresztu. Zresztą „Wojtas” też,  ale mimo tego dziewczyna została uprowadzona.

„Ojciec” był od  początku przy tej sprawie. Przyznał się nawet do tego, a  potem się wycofał. On zawsze i wszędzie był niewinny. On nigdy nic nie zrobił, nie przyznał się do tego, że brał udział w porwaniach. Twierdzi, że  był tego nieświadomy i nie wiedział, że to porwanie.

Mnie też się przyznał do udziału w porwaniu Eweliny. Dlaczego według pana, on w tej sprawie przyznaje się i potem wycofuje?

Nie mam pojęcia, to oszust krętacz. W 2010 roku był oskarżony w Łodzi za kierowanie grupą przestępczą i handel narkotykami. To aby się ratować, pomówił sędziego, że dał mu sto tysięcy złotych łapówki. No to dostał 15 lat później, a w apelacji zdjęli mu do 13 lat.

Czy pana zdaniem „Pikus” był wtyczką CBŚ w strukturach „Mokotowa”?

Tylko „Ojciec” może tak powiedzieć, bo jest na niego cięty. Dlaczego? Bo „Ojciec” oszukał wszystkich na okupie za Ewelinę Bałdygę. Jako pierwszy podjął te pieniądze. Odebrał co było i część tej kasy wziął sobie. Pieniądze nie poszły dalej i nikomu o tym nie powiedział. „Pikus” miał w środku kogoś i doskonale wiedział, ile poszło okupu. Wtedy złapali „Ojca” i mu wpierdolili, trzymali go w komórce. Oddał więcej niż ukradł, i to jest ból „Ojca” do „Pikusa” . Dlatego on tak go nie lubi. Dostał konkretny wpierdol od ludzi „Pikusa”. Ale on się do tego nie przyznaje.  Zadałem mu pytanie na ten temat na sali sądowej. Krzyczał: „To nieprawda, to nieprawda!”.

Mnie również powiedział, że to kłamstwo, gdyż „Pikus” niewiele znaczył w „Mokotowie”, i taka akcja skończyłaby się dla niego tragicznie. Ponoć „Pikus” pieniądze z okupu za Bałdygę zainwestował nieźle w lewe papierosy.

„Pikus” i „Skrzat” mieli  na Mazurach fabryczkę papierosów. W 2003 roku byłem tam. Oni kupili od kogoś  niekompletną maszynę do produkowania papierosów. Musieli to naprawić, dużo części dokupić i coś tam sobie dłubali.

„Ojciec” obciąża pana zabójstwem Harisha Hitange. Twierdzi, że porąbał go pan siekierą.

To jest jego kolejny wymysł. „Ojciec” to bardzo przebiegła osoba. W sprawie, która teraz wróciła do ponownego rozpatrzenia, a wcześniej  prowadziła ją sędzia Barbara Piwnik, zeznawał Stasiek, bliski kolega „Ojca”. On też wskazywał go jako szefa. To „Ojciec” zeznał, że Stasiek robił napady na banki, co nie było akurat prawdą.

Czy „Ojciec” dzielił pieniędzmi pochodzącymi z przestępstw? Bo mi powiedział, że zwykle robił to „Wojtas”.

Są przecież na ten temat zeznania, między innymi Krzysztofa B. „Kozła”, że przy różnych zdarzeniach „Ojciec” dzielił pieniądze i sam brał podwójną działkę.

Jakie to były zdarzenia?

Między innymi uprowadzenie Sławomira  D. z Ząbek.

Jego akurat wykupił syn „Dziada” Paweł N., pseudonim „Mrówa”?  Ile zapłacił za życie i wolność dewelopera?

Sto tysięcy dolarów.

Zdaniem „Ojca” w gangu obcinaczy palców nie było jednego szefa. On  nie wskazywał na „Wojtasa”. Mówił mi, że gdy pojawił się jakiś pomysł, to się go rzucało pod dyskusję i wówczas zapadała decyzja, kto wchodzi w dany temat.

Tak w zasadzie było. Zbieraliśmy się, rozmawialiśmy i popełniliśmy wtedy jakieś przestępstwo. Kto chciał, to w to wchodził,  a kto nie, to nie brał w tym udziału. Nie było takiego przymusu, jak to  opowiada teraz „Janek”,  że na siłę  zmuszano ludzi do popełniania przestępstw. Wiadomo jednak, że pewne osoby były wyżej w hierarchii i określano je jako przywódców.

Na przykład „Arczi”  i „Lepa”?

Oni, to była bardziej grupa mokotowska, a my „Ursynów”.

Ale jak było trzeba, to działaliście razem?

Zdarzało się często, ale czy tak było ze wszystkimi, to ja tego nie wiem. Wiem natomiast, że „Wojtas” i „Janek” mieli dużo wcześniej coś wspólnego z „Mokotowem”, zanim pojawili się tam „Lepa” i „Arczi”. Oni jeszcze na rowerach jeździli, jak Wojtek z Januszem coś znaczyli na „Mokotowie”. To był bodaj 1995 rok, jak ich zamknęli za jakieś wymuszenia rozbójnicze na jakimś alfonsie. Zlecenie na to poszło z „Mokotowa”.

Jak pan ocenia rolę „Wojtasa” w gangu mokotowskim?

Trochę go w tym wszystkim obsrali. „Janek” obciąża go prawie wszystkim. Zeznaje,  że Wojtek zlecił to, zlecił tamto. Pojawiły się też takie pogłoski, że Wojtek zlecił Krzysztofowi  P. pseudonim „Skrzat”, aby  mnie zabił. Ale  to nie jest prawdą. Rozmawiałem z Krzyśkiem, on nawet nie chciał słyszeć o Wojtku. Oni mieli między sobą jakieś brudy, chodziło o pieniądze i inne rzeczy. Krzysztof nie przyjąłby od niego zlecenia na mnie. Ale takie zlecenie na mnie prawdopodobnie było. Ja kiedyś, podczas picia alkoholu, opowiedziałem jednemu z przyjaciół „Janka” o zdarzeniu związanym z Mariuszem Mirkowskim. Powiedziałem, że to Janusz zabił Mariusza. I tu jest pies pogrzebany, to „Janek” namawiał „Skrzata”, żeby mnie zabił.

Jak pan sądzi, dlaczego zależało mu na tym?

Bo ja byłem zagrożenia dla nich. Bali się, że jak podejmę współpracę z prokuraturą, to ich wszystkich ugotuję.

I poniekąd ugotował pan dawnych kolegów, a przy okazji siebie.

Musiałem się bronić w sytuacji, gdy niektórzy z nich zaczęli obciążać  mnie zabójstwami. Była taka sytuacja, że jeden z naszych – Marcin N. „Suchy” siedział  w więzieniu w Piotrkowie Trybunalskim. Jego współwięzień zgłosił się do prokuratury,  że Marcin opowiadał mu o wielu sprawach. Ponoć przyznał się w czasie tych rozmów do zabójstwa Mariusza Mirkowskiego. Ale ja w to nie wierzę, że on to zrobił. Mnie przy tym nie było, jednak uratowała mnie ta opowieść „Suchego”. Była zbieżna z moimi zeznaniami, że ja nie byłem przy zabójstwie Mariusza, gdyż  byłem w samochodzie, gdy wróciłem z samochodu, on już nie żył. Marcin N. w swoich opowieściach potwierdził  to słowo w słowo.

Czy Mariusz Mirkowski był przetrzymywany w wynajętym domu we Władysławowie koło Grodziska Mazowieckiego?

Tak, potem żywego wywieziono go do lasu, gdzie zginął.

Ale przecież Mariusz był kolegą niektórych z was. Było wiadomo, że rozpozna pewne osoby.

Tu jest pies pogrzebany. Janusz M. przyznaje się do tego, że obciął mu palec. Ale Mariusz najlepiej z nas wszystkich znał  właśnie Janusza. Oczywiste, że jak „Janek” wszedł do niego do pomieszczenia, to Mariusz już go rozpoznał. Wtedy było wiadomo, że musi zginąć.

Pan też znał Mirkowskiego.

To prawda, ale ja się tam nawet nie zmierzałem w ogóle zbliżać, aby nie być rozpoznanym.

Ponoć podobnie było z Eweliną Bałdygą. Słyszałem, że zdjęła któremuś z porywaczy kominiarkę i go rozpoznała.

Ale kto opowiada? Pewnie jakaś „sześćdziesiątka”,  która nie ma z tą sprawą nic wspólnego. To jest mało wiarygodne, że niby wie to z opowieści jakiegoś świadka. „Kozioł” się tym chwalił, że brał w tym udział. Ale raczej nie brał.

Czy to znaczy, że „Mokotów” wcale nie brał w tym udziału?  Pana i „Wojtasa” zamknęli, został już tylko „Pikus” z tym tematem.

Gdy mnie zamknęli z Wojtkiem, to przecież porwania były dalej, ktoś to robił.

W ilu porwaniach brał pan udział?

Sporo ich jest. Są takie, jak już panu powiedziałem, podłączane do innych spraw. Nie o wszystkich mogę mówić.

Wszystkich uprowadzeń zrobionych przez grupę było zapewne więcej niż dwadzieścia?

Chyba nawet nie tyle. Kiedyś przypisywano nam także porwania dokonywane przez inne grupy, chociażby przez nowodworską czy grupę „Zwierzaka” z Modlina. W tamtej grupie ktoś poszedł na współpracę i wtedy się wyjaśniło, że znaczna część uprowadzeń, które nam przypisywano, było zrobionych przez inne grupy. A wcześniej wszystko biło w nas.

Wie pan, co się stało z Karinką Surmacz?

Ponoć „Suchy” zeznał, że trafiła do jakiegoś burdelu. Ale nie była wykorzystywana seksualnie, tylko się nią tam zaopiekowano, wychowywano ją po zabiciu jej matki „Andzi” i „Świra”. Ale głębiej się tym nie interesowałem.

Czy była w tamtych czasach w Warszawie jakaś groźniejsza od was ekipa?

Ja się tak w to nie zagłębiałem. Każdy robił swoje. Była współpraca i przecierki były. Zdarzało się, że ktoś jechał na spotkanie z kimś z innej grupy i nie wiedział, czy wróci.

Słyszałem, że wszystkimi żołnierzami „Mokotowa” kierował Sebastian L. „Lepa”.

Jak już mówiłem, w grupie jeden był ważniejszy, a drugi mniej ważny. Trudno powiedzieć, kto kim kierował.

Czy istniała słynna lista śmierci, na której miały znajdować się nazwiska prokuratorów i sędziów do zlikwidowania?

To jakaś bzdura zrobiona pod publikę. Nie było takiej listy. Zresztą śledztwo w tej sprawie zostało umorzone. Gdy pojawiła się informacja na temat listy śmierci, to prokurator, który oskarżał nas w procesie prowadzonym przez Barbarę Piwnik, zaraz zaczął chodzić z ochroną. W końcu odebrali mu tę sprawę.

Pomagają panu obecnie koledzy?

No a niby z jakiej racji?

Z takiej, że pan też może  im pomóc, zeznając trochę inaczej niż wcześniej.

Ja się trzymam cały czas swoich zeznań.

Jak wyglądało przetrzymywanie uprowadzonej osoby w wynajmowanym przez was domu we Władysławowie?

Ja tam nie przebywałem nigdy dłużej, przyjeżdżałem, jak była taka potrzeba.

Na przykład jaka?

Przywoziłem jedzenie uprowadzonym i osobom, które ich pilnowały. Generalnie zarządzałem tą nieruchomością, była wynajęta przez mnie na lewe nazwisko.

Zapewne jednak wiele pan widział. Porwane osoby były tam przetrzymywane w piwnicy?

To był duży dom i miał dużą piwnicę, to była właściwie taka suterena. Jednak osoby uprowadzone były przeważnie przetrzymywane w łazience. W pokoju na górze był trzymany tylko Łukasz K., syn biznesmena z Ostrowi Mazowieckiej. On miał łóżku w rogu pokoju, nie wiem czy był przywiązany, bo tam nie wchodziłem.

Czy porwani byli bici?

Wiem, że zdarzały się takie przypadki, ale nie przypominam sobie jakichś drastycznych tortur. Była taka sytuacja, że  uprowadzono jakiegoś lekarza i w czasie tego porwania ktoś mu  złamał nogę. On ją sobie sam nastawiał.

Wróćmy jeszcze do wewnętrznej struktury „Mokotowa”, na którą składało się wiele drobnych grup, gangów. Spośród których, wyłonił się ten najsłynniejszy i uchodzący za najbardziej bezwzględny.

W ramach „obcinaczy palców” było kilka mniejszych grup. Jak już wspomniałem, swoich ludzi miał  „Ojciec”. Była też ekipa mokotowska, którą kierował Sebastian  L. „Lepa” i Artur N. „Arczi”,  należeli do niej też między innymi  „Mołek” czy „Oskar”. Swoich ludzi miał  też „Wojtas”, który  razem  Januszem M. „Jankiem” rządził „Ursynowem”. Ja byłem w grupie ursynowskiej. Potem te trzy ekipy połączyły swoje siły i powstała jedna grupa.

Wy byliście z Ursynowa, zapewne wszyscy znaliście się od dzieciństwa?

Z Januszem M. „Jankiem” znałem się od dziecka. Byliśmy z jednego podwórka, z jednego bloku. Wojtka znałem z widzenia od dawna, wiedziałem, kto to jest. Ale on wtedy nie był  moim kolegą. „Wojtasa” poznałem, gdy wyszedłem z więzienia na początku dwutysięcznych lat. Dostałem wtedy zaproszenie na jego wesele. Także Sebastiana L. „Lepę” poznałem na tym weselu, to byli wtedy młodzi mokotowscy. Widziałem też tam „Daksa”,  który spotykał się wtedy z Iwoną, siostrą Janusza M. Na tym weselu był także podobno „Korek”,  ale ja go z  niego nie kojarzę.

Z kim w tym czasie  działał „Wojtas”?

On wtedy trzymał się z „Jankiem”, Tomkiem N., „Morganem”, „Ternitem”. Wiedziałem, że oni coś robią, ale z kim i co, to na ten temat nie miałem pojęcia. Zresztą to nie bardzo mnie interesowało. Ja wtedy nie byłem w grupie. Pracowałem w McDonaldzie, potem  na wulkanizacji.

Jak to się stało, że trafił pan do grupy ursynowskiej?

W 2001 roku poszedłem siedzieć, można powiedzieć, że za „Janka” i „Ternita”. Posiedziałem kilka miesięcy. Jak wyszedłem, to  poznałem Marka  W. i zrobiliśmy hurtownia AGD w Jankach. Potem „Janek” zaproponował mi haracze i inne rzeczy, i tak się zaczęło. Na początku chodziłem po haracz do solarium i brałem 400 złotych. Brałem też pieniądze z burdelu „Lidia” na Puławskiej. „Wojtas” też tam brał haracz. W 2002 roku brałem udział w jednym z pierwszych porwań. To było porwanie męża stewardessy w Brwinowie. Wtedy poznałem też „Ojca”,  to on dowodził tym całym zdarzeniem.

Kto, zwykle angażował pana do porwań?

Udział w uprowadzeniach proponował mi zazwyczaj „Wojtas” albo „Janek”.

Po latach dawny kolega z podwórka, Janusz M. bardzo pana obciąża.

Ale sąd „Jankowi” nie uwierzył. Chociażby w związku z porwaniem i uprowadzeniem Mariusza Mirkowskiego, dostałem tylko wyrok za współudział. Tymczasem Janusz M. obciążał mnie zabójstwem.

Podobno po 2010 roku miał pan bardzo brutalną grupę. Rzekomo napadaliście i porywaliście ludzi w Polsce i w Niemczech?

A ja nic o tym nie wiem. To kolejna bzdura „Ojca”, nawet policja w to nie wierzy. Policjanci nazywali to “objawienia Grzegorza K.”.

Powszechnie mówi się o gangu obcinaczy palców, ale pojawiała się też nazwa komando śmierci „Mokotowa”.

Kiedyś też tak mówili na tę grupę. Chyba w latach 2006-2007 pojawiło się określenie „komando śmierci”.

Był pan w komando śmierci?

A dlaczego miałem być? Ja w tym czasie siedziałem w więzieniu.

W tym czasie, gdy pojawiło się komando śmierci, był pan jakby na ławce rezerwowych. Twierdzi pan, że „Wojtas” w ogóle nie kierował tą grupą?

Ursynowską kierował, ale nie mokotowską.

Jednak w 2005 roku dorobił się zarzutu i wyroku za kierowanie grupą mokotowską. Teraz „Wojtas” po raz kolejny ma zarzut kierowania grupą mokotowską.  To kto w takim razie teraz kieruje grupą mokotowską, gdy wszyscy siedzą?

Ja tego nie wiem.

„Korek” siedział także tu w Radomiu, to może on zza krat kierował „Mokotowem”?

A gdzie tam, co pan opowiada?! To są teksty pod publiczkę!

To może nie ma już  grupy mokotowskiej?

Kto panu powiedział, że nie ma? Jak to nie ma?! Cały czas jest grupa mokotowska i to są bardzo poważni ludzie, którzy za tym stoją. Jeśli ktoś siedzi, to nie znaczy, że nie ma wpływu na pewne rzeczy. Cały czas coś się dzieje. Pan próbuje coś na mnie wymusić tymi pytaniami?

Nic nie chcę wymusić, po prostu chcę wiedzieć. Zaś pan jest dobrym źródłem wiedzy na temat grupy mokotowskiej. Nie chcę przypisywać komuś tego, czego nie robił lub kim nie był.

To dziennikarze nazwali „Korka” szefem grupy mokotowskiej. Ale tak naprawdę, to było kilka różnych grup, które działały niezależnie od siebie. Robiły swoje, ale podporządkowano je pod „Mokotów”. Nie była to jednak jedna struktura. Co do „Korka”, to pamiętam taką sytuację, że jedynie on był przeciwny porywaniu ludzi. Ale nikt go nie słuchał, a on od początku mówił, że z tego będą wielkie kłopoty. No i były.

Myśli pan o tym, co będzie, jak pan stąd wyjdzie?

Cały czas się o tym myślę, bo o czym innym mam myśleć? W czerwcu będę miał pięć lat pobytu w więzieniu. Moi adwokaci chcą skierować sprawę do ponownego rozpatrzenia, ze względu na uchybienia proceduralne. Mogą mnie zatem stąd wypuścić.

Wróci pan do zawodu?

Jakiego? (śmiech)

Ma pan chyba jakieś wykształcenie, jakiś zawód?

Ja jestem hydraulikiem.

To raczej popłatny fach w obecnych czasach.

Na razie na zdrowiu szwankuję, nie jestem w stanie zarobkować w  ten sposób.

Nie boi się pan dawnych kolegów, że zechcą się na panu odegrać na wolności?

Prokurator już taki temat rozpoczął ze mną, że jeżeli coś takiego by nastąpiło, to on występuje dla mnie z ochroną.

I chciałby pan mieć ochronę, bo niektórzy nie chcą.

Na przykład „Czyżyk” nie chciał ochrony i już go nie ma. Nie chcę być, tak jak on, spalony w piecu.

rozmawiał: Janusz Szostak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*