Ciało Joanny Gibner czeka na dnie jeziora

Ta sprawa trafiła do annałów polskiej kryminalistyki, gdyż był to jeden z pierwszych procesów poszlakowych. Obecnie sądy znacznie częściej skazują w procesach poszlakowych, wtedy był to precedens.

– W olsztyńskim sądzie ten przypadek nazywają „sprawą Świtezianki”, nawiązując tym do ballady Adama Mickiewicza. Ze względu na jej mroczną tajemnicę, skrytą w wodnej toni, z którą do dziś żyje matka Joanny, zamordowanej przez męża. On ciało młodej żony zatopił w jeziorze. Co prawda wyszedł z więzienia, ale szczątków  kobiety do tej pory nie odnaleziono – wyjaśnia Marek Książek, olsztyński dziennikarz, którego reportaż opublikowany przed kilkoma laty w magazynie „Reporter” nie dawał mi spokoju.

Inspiracja do poszukiwań

–  Może twoja fundacja zajęłaby się tą sprawą? – zapytał mnie wówczas Marek.

Nie wiedziałem wtedy, co mu odpowiedzieć. Na co dzień zajmujemy się poszukiwaniem osób zaginionych, często martwych. Jednak, jak do tej pory, zwykle na lądzie. Tym razem chodziło o spenetrowanie niemal 19-hektarowego jeziora. To trudna i kosztowna operacja. Przymierzałem się do niej przez kilka lat, nie do końca wiedząc, jak się do tego zabrać.  Los jednak mi sprzyjał, gdyż na mojej drodze pojawił się Radosław Jurkowski – doświadczony płetwonurek, który wraz ze swoją ekipą z krakowskiego klubu 5 Fal postanowił mi pomóc w poszukiwaniu szczątków Joanny.  Wspólnie przygotowaliśmy plan tej niezwyklej akcji. Opowiem o tym nieco później. Najpierw postanowiłem odwiedzić w Olsztynie Danutę Januszewską,  matkę Joanny Gibner.

W połowie kwietnia 2019 roku zapukałem do jej mieszkania wraz z Pauliną Szulc – ówczesną szefową warmińsko-mazurskiego oddziału fundacji Na Tropie. Gdy już weszliśmy do mieszkania, pani Danuta zapytała Paulinę, ile ma lat. Gdy usłyszała, że 23, powiedziała ze smutkiem w głosie:

– To dokładnie tyle, co moja córka w dniu zaginięcia. 

Ojciec Joanny zmarł w wieku 39 lat, gdy jego córka miała zaledwie 6 lat. Była z nim bardzo mocno związana emocjonalnie, w swoim pokoju nad drzwiami powiesiła zdjęcie taty. To była dla niej najważniejsza pamiątka po nim. Nie tolerowała natomiast kolejnego partnera matki.

Pani Danuta wyszła za innego mężczyznę, jednak ojczym nie był w stanie zastąpić prawdziwego rodzica, którego  bardzo brakowało dorastającej Joannie. Nie da się też ukryć, że dziewczyna nie akceptowała ojczyma.

Z tego powodu Joanna nastręczała matce nieco problemów. Od 1990 roku trzykrotnie próbowała popełnić samobójstwo, biorąc tabletki. O tym jednak natychmiast informowała matkę i udzielano jej  pomocy lekarskiej. Wydaje się, że było to działanie bardziej na pokaz. Dziewczyna chciała zapewne zwrócić na siebie uwagę matki, która była w związku z mężczyzną nieakceptowanym przez Joannę. Rozpoznano wówczas u niej cechy emocjonalnej niedojrzałości.

 Joanna Gibner wydawała się być osobą nieco pogubioną w życiu.

 W aktach sprawy czytamy: „Była postrzegana przez znajomych jako osoba bardzo wrażliwa, zamknięta w sobie, inteligentna i zdolna. Jednocześnie była nerwowa, wybuchowa i buntowniczo nastawiona do życia, o trudnym charakterze. (…) Nie zdarzyło się, aby kiedykolwiek zerwała kontakt z matką. Zawsze informowała, gdzie przebywa. Wobec matki była prawdomówna i otwarta (…)”. Śledczy nie znaleźli danych wskazujących na nadużywanie alkoholu czy narkotyków.

Matka odradzała związek

 Mimo że Joanna ukończyła z dobrymi wynikami  Liceum Ekonomiczne, to w ostatniej chwili postanowiła nie przystępować do matury. Wbrew woli matki, która chciała, żeby córka kształciła się dalej. Joanna zamierzała pracować, myślała też o założeniu rodziny.

– Filigranowa dziewczyna o ujmującej urodzie i stylu bycia, mogła niejednemu zawrócić w głowie. Ale zakochała się w chłopaku, który nie chciał się z nią ożenić. A nawet jakby chciał, to była temu przeciwna mama Joanny  – zauważa Marek Książek.

–  Uważałam, że on nie jest dla niej odpowiedni, gdyż miał skłonności do nadużywania  alkoholu – ocenia Joanna Januszewska. – Na mnie nie zrobił dobrego wrażenia, nieciekawy był i jakiś dziwny. Asia pytała: „Mamo, może być? Może nie jest piękny, ale serce ma dobre”. Co jej miałam powiedzieć? Odradzałam ten związek.

– Ona go wcale nie kochała – twierdzi była koleżanka Joanny. – Cały czas myślała tylko o innym. Tamtego kochała i chciała zrobić mu na złość, wychodząc za Marka.

Tym chłopakiem był Andrzej M., z którym Joanna była związana przez 3 lata. Jednak ten związek rozpadł się, gdyż mężczyzna podejrzewał partnerkę o zdrady. Rozstali się w 1996 roku i wkrótce Joanna poznała Marka W. Nastąpiło to podczas dyskoteki w Dywitach, gdzie wybrała się 1 maja wraz z koleżanką.  Joanna miała wówczas 23 lata, a on był od niej o 2 lata młodszy. Nie wyróżniał się urodą ani inteligencją. Miał zaledwie podstawowe wykształcenie, z zawodu był kuśnierzem. Trudnił się  dorywczymi pracami budowlanymi, jednak niezbyt często.

Mimo widocznych różnic, przypadli sobie do gustu i wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. 24 czerwca 1996 roku doszło do zaręczyn, a termin ślubu został wyznaczony na 24 sierpnia tegoż roku.

Danuta Januszewska od początku była zdecydowanie przeciwna małżeństwu jej córki z Markiem W.

– Przypuszczałam, że ona to zrobiła na pokaz, po rozpadzie jej związku z Andrzejem M. Jakby chciała zrobić mu na złość, a tylko sobie uczyniła krzywdę – mówi Danuta Januszewska. – Być może Marek imponował jej także tym, że jego rodzice mieli dom i mercedesa – dodaje.

Jeszcze przed ślubem dziewczyna postanowiła zamieszkać w Dywitach, w domu rodziców przyszłego męża. Wkrótce zorientowała się, że rodzina jej wybranka jest bardzo zadłużona w bankach. Podejrzewała nawet matkę Marka, że ta wyłudziła kredyt. Tymi wątpliwościami podzieliła się z przyszłą  teściową. Doprowadziło to do awantury, w efekcie której matka Marka kazała Joannie natychmiast opuścić domu. Wówczas 23-latka wróciła do swojej matki. Dwa dni później z bukietem kwiatów w dłoni do drzwi mieszkania Danuty Januszewskiej zastukał Marek. Przepraszał za matkę, obiecywał  miłość aż po grób i życie w szczęściu. Asia uwierzyła w te zapewnienia.

Po tym zdarzeniu Danuta Januszewska wynajęła dla córki i przyszłego zięcia mieszkanie w Olsztynie przy ulicy Partyzantów. Aby w ten sposób zapewnić przyszłym małżonkom samodzielność. Mimo że nie akceptowała przyszłego zięcia, to nie chciała stawać na drodze do szczęścia córki. A ta, szczęśliwa, że zamieszka ze swoim wybrankiem, starała się zagospodarować ich wspólne gniazdko. Było to bardzo małe i skromne mieszkanie na poddaszu. Nie było w nim, poza meblami kuchennymi, żadnego wyposażenia. Joanna przywiozła jakieś stare meble, wersalkę, pralkę, telewizor i wieżę stereo. Nie miały one większej wartości, ale na nowe sprzęty nie było jej wówczas stać. 23-latka zabrała  także  ze sobą niewielkie ilości złotej biżuterii oraz ubrania. W mieszkanku na poddaszu zamieszkał również mały pies, którego kupiła w tamtym czasie.

Był strasznym awanturnikiem

Stosunki pomiędzy rodzinami narzeczonych od początku nie były najlepsze. Co mocno uwidoczniło się podczas przygotowań do wesela, które w całości sfinansowała Joanna, łącznie z alkoholem i obrączkami.

– Rodzina pana młodego czekała jedynie, żeby się napić i pozbyć Marka z domu, bo on był strasznym awanturnikiem. Znęcał się nad rodziną, bił ojca, wyzywał matkę. To małżeństwo było im tylko do tego potrzebne, aby założył rodzinę i poszedł na swoje – twierdzi Danuta Januszewska.

W przyjęciu weselnym, które miało się odbyć w domu rodziców pana młodego, miało uczestniczyć około 30 osób, z  czego ze strony panny młodej jedynie 7. Przed weselem doszło do incydentu, który zburzył radość Asi ze zbliżających się zaślubin. Okazało się bowiem, że rodzina pana młodego jeszcze przed uroczystością wypiła cały zakupiony na tę okazję alkohol.

Mimo napiętej  atmosfery i  wzajemnych pretensji, ostatecznie ślub i wesele odbyły się w planowanym terminie. Joanna przyjęła nazwisko męża, a świadkiem ze strony pana młodego był jego kolega Tomasz H., który kilka tygodni później pomagał przewozić zwłoki Joanny.

Zatrzymajmy się na moment przy Tomaszu H. Jak zeznał w sądzie Marek W., był on w związku homoseksualnym ze swoim przyjacielem.

– To była wielka miłość, która trwała aż do 1996 roku. Dla pozoru spotykaliśmy się w tym czasie z dziewczynami. Spotykałem się z Tomaszem, aż do czasu, gdy poznałem Joannę – wyjaśniał morderca. – Wówczas zerwałem z nim więź seksualną, gdyż stwierdziłem, że czas zacząć normalny związek, z którego będą dzieci. Kochałem żonę i postanowiłem wziąć z nią ślub. Jednak Tomasz mi to odradzał, przekonywał, płakał, czuł się odrzucony. Gdy Joanna zaginęła, Tomasz jak wierny pies pocieszał mnie i  mówił, że na pewno nie wróci, żebym sobie dał z nią spokój. Tomasz miał nawrót miłości homoseksualnej. Mimo że był żonaty, to przychodził do mojego  mieszkania. Nakłaniał mnie do orgii. Na skutek jego perswazji prawie do tego doszło, gdyż tańczyliśmy razem nago.

Według Marka W., to jego kochanek mógł zamordować Joannę z zazdrości.

W okresie przygotowań do ślubu córki  Danuta Januszewska przebywała w szpitalu. W zasadzie chorowała przez cały 1996 rok.  20 sierpnia zabrała ją z domu karetka pogotowia.

– Pękła mi opłucna i zabrano mnie do szpitala – wyjaśnia matka Joanny. – W dzień ślubu udzielono mi przepustki. Jednak jeszcze tego samego dnia musiałam wrócić do szpitala, w związku z planowanymi na rano zabiegami.

Wesele jednak nie ustawało. Rodzina pana młodego nie wylewała za kołnierze na co dzień, a co dopiero od święta. Pili tak, jakby przez całe życie niczego innego nie robili, a wypity alkohol robił swoje.

ZBIÓRKA NA POSZUKIWANIE SZCZĄTKÓW JOANNY GIBNER

Koszmarna noc poślubna

Awantury zaczęły się  w czasie  oczepin. Bo jak to możliwe, żeby rodziny panny młodej nie było w momencie, gdy trzeba dawać pieniądze na wózek. W tym przypadku pewnie i tak poszłyby na wódkę.

Krewni młodego nie zamierzali tego odpuszczać. Wytrząsali się nad Joanną, w rezultacie doszło do szarpaniny między panną młodą a teściową. Matka Marka zachowywała się agresywnie, zrzuciła synową ze schodów i nakazała jej opuszczanie domu. Pan młody wtórował matce i demonstracyjnie rzucił swoją obrączką ślubną w żonę. W tej sytuacji Joanna wróciła do wynajętego mieszkania na poddaszu. Czekała ją jeszcze noc poślubna. Równie koszmarna, jak wesele. Marek bowiem przyjechał do Olsztyna, aby przeprosić żonę za weselne incydenty.

Co prawda Joanna była mocno  rozżalona zachowaniem małżonka oraz jego rodziny, mimo to postanowiła spędzić z nim noc. W czasie której niemal nie straciła życia.

Następnego dnia przyszła zapłakana i rozgoryczona do matki, informując ją, że w nocy doszło do awantury z mężem.

– On w noc poślubną zaczął ją dusić. To trwało dwie godziny. Groził też pozbawieniem jej życia. Asia broniła się, wyrywała. W końcu udało jej się oswobodzić, otworzyła drzwi i wybiegła na klatkę schodową. Krzyczała, wzywała pomocy. Wtedy Marek  przestraszył się i uciekł. Po tym incydencie córka odwiedziła mnie w  szpitalu. Była  mocno podrapana i miał siniaki na szyi. Chciała iść do Urzędu Stanu Cywilnego i anulować to małżeństwo. Ale ja ją powstrzymałam. Poprosiłam, żeby jeszcze trochę poczekała, że jak wyjdę ze szpitala i nic się nie zmieni, to wtedy złoży pozew o rozwód – wspomina mama Joasi.

– Gdy wyszła pani ze szpitala, to córki już nie było?

– Niestety – stwierdza ze smutkiem pani Danuta. – Od początku to nie było normalne małżeństwo. To nie był mąż lecz bandyta, który znęcał się nad Joanną. Po ślubie przez kilka dni go nie było w domu i wtedy Asia zaczęła chodzić swoją drogą. Zastanawiała się, co ma dalej robić. Wówczas spotkała chłopaka, którego wcześniej znała. On był z domu dziecka i bardzo jej pasował. Mieli ze sobą wspólne tematy. On nie miał rodziców, ona straciła w dzieciństwie ojca. Znalazła sobie bratnią duszę.

W kolejnych dniach Joanna codziennie odwiedzała matkę w szpitalu. Skarżyła się, że mąż nic nie robi, tylko pije w domu z bratem i Tomaszem H. Utrzymywał ich właściwie ten ostatni, gdyż przynosił małżonkom jakieś warzywa i owoce ze swojego gospodarstwa. I tym głównie się żywili. Sytuacja finansowa młodego małżeństwa była beznadziejna. Przyszłość rysowała się przed nimi w czarnych kolorach. Marek jednak niewiele się tym przejmował.

– W tym czasie pani córka straciła pracę  i była na zasiłku dla bezrobotnych.

– Nie przedłużono z nią umowy w agencji detektywistycznej. Wcześniej zajmowała się też pisaniem artykułów dla  „Dziennika Pojezierza”  – wyjaśnia Danuta Januszewska.

– Problemy z pracą miał też  mąż Joanny – upewniam się.

– On nigdy nie miał stałej pracy. Pracował na jakichś budowach i przychodził do pracy, gdy potrzebował pieniędzy na wódkę. Zarobił, przepił i potem znowu pracował przez jakiś czas, ale głównie na wódkę. Widać było, że z tego małżeństwa nic nie będzie.

Zwłoki były w wersalce

11 września 1996 roku Joanna przyprowadziła do szpitala Marka. Wówczas oboje zadeklarowali Danucie Januszewskiej, że nie chcą dalej być ze sobą i planują rozwód.

– Jak to możliwe, żeby w tak krótkim czasie rozpadło się małżeństwo? – pytam, chociaż w zasadzie znam odpowiedź.

– Joanna nie poznała go dobrze, nie zauważyła wcześniej tej agresji, którą on w sobie nosił. Córka spotkała go 1 maja, a w sierpniu był już ślub. Nie było czasu, żeby się poznać. Bardzo błyskawicznie to nastąpiło.

–  Pani znała wcześniej swojego zięcia? Jakie sprawiał wrażenie?

– Nie najlepsze. Czasami, gdy przychodził do nas, czuć było od niego alkohol. Mówiłam mu, że jest podpity. A on odpowiadał, że pił poprzedniego dnia. Bardzo odradzałam córce ten związek, ale ona się uparła. W końcu jednak przejrzała na oczy. Ale to jej nie uratowało.

Matka i córka po raz ostatni widziały się 13 września. Joasia przyniosła do szpitala resztę posiadanych pieniędzy: – Przechowaj je mamo, boję się, że Marek je znajdzie i przepije.

Miały się spotkać następnego dnia, ale Joanna już nie przyszła.

„Sąd ustalił, że po wizycie w szpitalu 13 września 1996 roku Joanna wróciła do mieszkania przy ulicy Partyzantów. Następnie pomiędzy 13 a 16 września wychodziła z mieszkania i nie nocowała w nim przynajmniej jedną noc. Z tego powodu doszło do kłótni pomiędzy Joanną a Markiem W. W czasie kłótni Joanna, na pytanie męża, gdzie spędziła noc, prowokacyjnie odpowiedziała, że nie powinno go to obchodzić oraz, że była u swojego byłego chłopaka Andrzeja M. Dodała, że nadal utrzymuje z nim stosunki seksualne. W czasie kłótni zarzucała również mężowi, że jest kiepskim kochankiem i nie zaspakaja jej seksualnie. Wówczas pomiędzy małżonkami doszło do szarpaniny, w trakcie której oskarżony przewrócił swoją żonę na wersalkę i dusił tak długo, aż przestała dawać oznaki życia. Zanim to nastąpiło, broniła się, drapiąc mocno oskarżonego paznokciami. Gdy Marek W. stwierdził, że jego żona nie żyje, wystraszył się tego. Jednak nie próbował udzielić jej pomocy. W obawie przed konsekwencjami swojego czynu, ukrył ciało w pojemniku na pościel wersalki i posprzątał  mieszkanie (…)” – tak opisano zbrodnię w aktach sprawy.

W śledztwie potwierdziło się, że Joanna spotykała się kilka razy z Andrzejem M., który był bramkarzem w jednym z olsztyńskich klubów. Pomiędzy Joanną, a jej byłem partnerem, dochodziło do kontaktów seksualnych już po jej ślubie.

17 września, w przeddzień wyjścia pani Danuty ze szpitala, przyszedł do niej zięć.

– Cały się trząsł i mówił, że Asia poszła z koleżanką na dyskotekę i nie wróciła. Sugerował, że mogła z kimś  uciec – wspomina pani Danuta. – Powiedziałam mu, żeby przestał się denerwować, że będziemy jej szukać.  Jednak i ja nie byłam wówczas spokojna. Asia  miała mnie odebrać ze szpitala, ale się nie pojawiła. Nie odebrała też zasiłku dla bezrobotnych, to był dla mnie sygnał, że stało się coś złego. Gdyż ktoś, kto nie ma pieniędzy i ich nie odbiera, na pewno nigdzie nie wyjeżdża. Wtedy poszłam do mieszkania, które im wynajęłam. Marek leżał na wersalce, w  której prawdopodobnie było ciało Asi. Ja nawet tego wówczas nie podejrzewałam. Jednak policja powinna dokładnie sprawdzać to mieszkanie, a oni w ogóle nic nie robili. Nie wierzyli, że mojej córce mogło coś się stać. Twierdzili, że Asia po prostu uciekła od męża. Powtarzali dokładnie to samo, co Marek. Napisałam wówczas do policji, że podejrzewam, iż  moja córka została zamordowana.

– Jaka była reakcja?

– Opowiedziano mi, żebym się nie przejmowała, że jej szukają.

Żartował z tragedii

Jednak efektów tych poszukiwań nie było widać. Zatem zrozpaczona matka postanowiła działać na własną rękę.  Dzwoniła po szpitalach, komisariatach policji i kostnicach. Rozpatrywała różne scenariusze, łącznie z tym najtragiczniejszym. W końcu pojechała do Człuchowa, do Krzysztofa Jackowskiego. Według wizji jasnowidza 23-latka uciekła z dużo starszym mężczyzną i bawi się z nim w nocnych lokalach w Trójmieście. Inny jasnowidz wskazywał jednak, że kobieta znajduje się w wodzie.

Sprawą zajął się także program telewizyjny „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Marek W. początkowo odmówił udziału w programie, jednak po konsultacji ze swoją matką wziął udział w nagraniu. Bez najmniejszych emocji apelował do rzekomo zaginionej żony, aby wróciła i rozwiązała z nim małżeństwo. Program ten został wyemitowany 8 kwietnia 1997 roku i wówczas został nagrany przez kogoś z rodziny mordercy, a kasetę z nagraniem zatytułowano ironicznie „Debiut Marka”.

W 1998 roku Marek W. wybrał się do Niemiec.

– Twierdził, że jedzie po to, aby szukać Joasi. Ale jak on mógł jej tam szukać, nie znając języka? – zauważa Danuta Januszewska.

Swojej teściowej przesłał kartkę pocztową utrzymaną w konwencji komiksu. Na kartce znajdował się napis: „Pozdrowienia z Niemiec. Szukałem żonki w lokalach, ale bez rezultatu, a na burdele mnie nie stać”.

„Treść tej kartki, w zestawieniu z satyrycznym obrazkiem, Danuta Januszewska uznała za bardzo uwłaczającą i obraźliwą” – czytamy w aktach sprawy.

Minęło pięć  miesięcy od zaginięcia Joanny, gdy jej mąż związał się z Emilią H., z którą znał się od podstawówki. Los tej dziewczyny był także tragiczny.

– Marek zmuszał Emilię do prostytucji, bo sam nie chciał pracować. Mimo że miał z nią dwoje dzieci. Natomiast zawoził ją do agencji towarzyskiej w Olsztynie i odbierał razem z pieniędzmi, które zarobiła. Po czym je przepijał. W tym domu wszyscy pili i po pijanemu wyrzucali sobie różne sprawy. Emilia słyszała o pewnych wydarzeniach między innymi od brata Marka, który pomagał mu ukryć zwłoki.

– Matka mordercy groziła mu w tym czasie, że jeżeli się nie wyprowadzi z domu, to pójdzie na policję i opowie, co zrobił z Joanną. Także brat go szantażował. – pani Danuta objaśnia ówczesną sytuację w domu rodziny W. w Dywitach.

 

Stosunki w rodzinie Marka W. uległy w tym czasie wyraźnemu pogorszeniu.

Jego matka, Elżbieta W. zaczęła domagać się od syna uiszczania czynszu za mieszkanie w jej domu. Przekazała mu nawet formalne wezwanie do zapłaty. Na odwrocie tego pisma Emilia H. napisała: „To wy zabiliście biedną Asię, bo była ładna i skromna”.

W rodzinnym konflikcie po stronie matki stawał starszy z braci – Arkadiusz. Aby nakłonić Marka do opuszczenia ich rodzinnego domu, zaczął go szantażować wyjawieniem, gdzie zostało ukryte ciało Joanny. Na komputerze napisał list zaczynający się od słów: „Kto wie, gdzie teraz przebywa Joanna Gibner?”. Groził, że jeżeli Marek z Emilią nie wyprowadzą się do 15 sierpnia, to opiekę nad nimi „przejmie państwo”. Dołączył też mapkę okolic Dywitów z dopiskiem: „No i gdzie ona teraz jest??????? Zgaduj Zgadula”.

Po otrzymaniu tego listu Emilia opatrzyła go dopiskiem, że zadenuncjuje matkę konkubenta do urzędu skarbowego i zakładu energetycznego z powodu rzekomej kradzieży energii elektrycznej i niepłacenia podatków. List podrzuciła rodzicom swojego konkubenta. Tak toczyła się rodzinna wojna na groźby.

Emilia wiedziała z mediów i od znajomych, że żona Marka zaginęła wkrótce po ślubie. Docierały do niej różne  plotki na ten temat. Początkowo nie drążyła tej sprawy, w końcu jednak zaczęła zdawać pytania partnerowi.

– Co właściwie stało się z Asią?

– Nie chciałabyś wiedzieć – odpowiedział wymijająco podpity Marek.

Ale Emilia nie ustępowała, była namolna, więc w końcu znużony alkoholem i pytaniami partnerki przyznał się, co zrobił z żoną.

– Ta sprawa ruszyła się z miejsca dzięki Emilii – nie ma wątpliwości pani Danuta.

W końcu rodzina W. dopięła swego i we wrześniu 2003 roku Marek W. wraz Emilią ich dziećmi wyprowadził się do Olsztyna. Wówczas mocno popsuły się relacje między partnerami. To, że był niedobry dla swojej ówczesnej partnerki, to mało powiedziane. Znęcał się nad nią psychicznie, zmuszał do prostytucji, a potem z upodobaniem ją katował, że się puszcza. Kobieta znosiła to ostatkiem sił, w końcu nie wytrzymała i poszła do najbliższego komisariatu. Opowiedziała nie tylko o swojej gehennie, ale i o tym, co Marek zrobił z żoną.

Przyznał się do zbrodni

Niezależnie od Emilii, także matka mordercy podzieliła się z policją swoją wiedzą na temat tej zbrodni.

16 września 2003 roku do wynajmowanego przez Marka i Emilię mieszkania przy ulicy Gębika w Olsztynie zapukali policjanci.

– On nie chciał dać się złapać. Zamknął się w mieszkaniu i do klamki podłączył kable pod napięciem, a sam schował się do kanapy – wyjaśnia Danuta Januszewska.

– Przyznał się do dokonania zbrodni?

– Tak, ale później wszystko odwołał. Twierdził, że policja wymusiła na nim zeznania. Zmieniał wersje, ale w końcu okazało się, że ciało Asi spakowane do torby, wywiózł pontonem na jezioro i tam je zatopił. Obciążając  metalowymi przedmiotami. Potem nawet naszkicował mapkę, gdzie to nastąpiło – dodaje matka zamordowanej 23-latki.

Mordercę obciążył także jego kolega Tomasz H., który zeznał, że pojechał z Markiem W. do jego mieszkania w Olsztynie, aby zabrać ciało Joanny.

„(…) Marek W. pokazał mu zwłoki znajdujące się w pojemniku na pościel. Tomasz H. rozpoznał zwłoki Joanny. Wtedy zrobiło mu się niedobrze i wyszedł do kuchni (…) Marek W. przystąpił do pakowania wydobytych z wersalki zwłok żony do dużej torby ortalionowej (…)” – zapisano w aktach sprawy.

Potem obaj pojechali do Dywitów na posesję rodziny W., gdzie Marek przełożył zwłoki do niesprawnego żuka swoich rodziców, a wieczorem wraz z  bratem Arkadiuszem ukryli je w kanale garażu.

– Po pewnym czasie zadzwoniłam do tego Tomasza i zapytałam go, czy według niego jest możliwe, aby Marek zamordował Joasię? Potwierdził, że jest to realne, gdyż jest on człowiekiem nieobliczalnym – dodaje pani Danuta.

Tymczasem morderca i jego brat Arkadiusz wrzucili ciało do mercedesa i zawieźli nocą nad brzeg Jeziora Dywickiego. Tam Marek napompował ponton, na który zapakował ciało żony. Po czym wypłynął na środek jeziora. W tym czasie Arkadiusz ubezpieczał go z brzegu za pomocą linki uwiązanej do pontonu. Po wszystkim  pojechali na piwo do baru w Dywitach.

Mimo zatrzymania mordercy, policjanci nie mogli zakończyć śledztwa, gdyż nie odnaleziono ciała Joanny. W tej sytuacji śledczy zdecydowali się na wizję lokalną. W jej trakcie Marek ze szczegółami opisał, jak zabił swoją żonę. Mówił też o rolach, jakie odegrali jego brat i kolega. Na odręcznym szkicu podejrzany zaznaczył nawet miejsce, gdzie powinna znajdować się torba ze zwłokami.

Wydawało się wówczas, że sprawa zostanie szybko rozwiązana, a morderca przykładnie ukarany. Jednak śledczych spotkała kolejna nieoczekiwana przeszkoda. Emilia H. w toku postępowania odmówiła składania zeznań. Sąd nie mógł zatem brać pod uwagę jej wcześniejszych zeznań. Kobieta zresztą wraz z dziećmi wyjechała z Polski, aby ukryć się przed zemstą byłego partnera.

Akt oskarżenia opierający się w dużej mierze na zeznaniach konkubiny Marka, przestał praktycznie istnieć. Przewód sądowy formalnie utracił rację bytu.

Mimo braku ciała, prokuratura zdecydowała się na oskarżenie Marka W. o zabójstwo Joanny. Śledczy poza przyznaniem się Marka do winy dysponowali jeszcze zeznaniami Tomasza H., który przyznał się do pomocy w ukrywaniu zwłok.

Podczas procesu Marek W. zmienił taktykę. 3 października 2003 roku złożył kolejne wyjaśnienia, w których nie przyznawał się do popełnienia zabójstwa i odwoływał swoje poprzednie wyjaśnienia. Stwierdził, że zostały one na nim wymuszone przez funkcjonariuszy. Przedstawił także hipotezę, że to jego matka z bratem Arkadiuszem zabili Joannę.

Opisując swoje życie z żoną, Marek mówił, że mocno ją kochał: – Nasz związek był wprost  cukierkowy. Joasia miała ze mną jak w bajce. Zawsze zwracałem się do niej z miłością i słodkością. Była kochana i szanowana. Nie wiem, dlaczego mówiła  o unieważnieniu małżeństwa. Sądzę, że to skutek jej fanaberii – wyjaśniał w sądzie.

Wydobyć szczątki z jeziora

Na wniosek obrony w 2006 roku dopuszczono dowód z przeszukania jeziora. Jednak specjaliści z Akademii Marynarki Wojennej przeszukali zaledwie 1,5 hektara akwenu. A i tak wydaje się, że nurkom zabrakło determinacji: „zlokalizowano obiekt podwodny o stosunkowo dużych rozmiarach, cechujący się odbiciem fali i anomalią pola magnetycznego. Ten obiekt znajdował się niedaleko pozycji, którą pokazywał podczas czynności procesowych w postępowaniu przygotowawczym Arkadiusz W. Obiekt ten według specjalistów nie był pochodzenia naturalnego, lecz wynikiem aktywności ludzkiej. Niestety wobec panujących w tym okresie warunków, przede wszystkim znacznego zamulenia, nie można było zidentyfikować zatopionego przedmiotu ani go wydobyć (…)”.

– Wówczas nie było tak nowoczesnego sprzętu, jakim my obecnie dysponujemy – zauważa Radosław Jurkowski, nurek, który kierował akcją poszukiwawczą Fundacji Na Tropie w 2019 roku.

Poszukiwania w 2019 roku

– Czy po takim czasie jest szansa na wydobycie z dna jeziora jakichkolwiek szczątków?

– Z mojego doświadczenia wynika, że szczątki zarówno ludzi, jak i zwierzęce mogą utrzymywać się długo w akwenie. Zwłaszcza, że jest to jezioro, w którym występuje zamulenie oraz możliwość konserwowania zwłok. Jak wynika z opisów w aktach sprawy, worek z ciałem został obciążony elementami metalowymi. Zatem mógł z powodzeniem zapaść się w dno, przez co został częściowo zakonserwowany mułem. Na ślad zwłok mogą nas naprowadzić właśnie te elementy metalowe, którymi je obciążono. Należałoby sprawdzić wszystkie anomalia, które występują na dnie jeziora.

– Jezioro ma ponad 18 hektarów i 7 metrów głębokości. Jak długo może potrwać jego przeszukanie?

Poszukiwania ciała Joanny w 2019 roku

Głębokość tego jeziora jest bardzo korzystna. Nie jest to głębokość, która przysparza jakieś niekorzystne parametry, gdzie musielibyśmy stosować wyszukane techniki gazowe i dekompresyjne. Na tej głębokości możemy w miarę bezpieczne nurkować i pracować. Przy tej głębokości nurek może dość dużo czasu spędzić jednorazowo pod wodą. Nurek na głębokości 10 metrów może przebywać 218 minut, to jest maksymalny czas, w jakim może pracować pod wodą. To jest 3 i pół godziny. Przez ten czas można non stop tam grzebać, nie obawiając się dekompresji. Jeżeli dodamy do tego troszeczkę techniki gazowej, to ten czas bezkompresyjny możemy sobie wydłużyć jeszcze bardziej. Czas pracy nurka zależy też od tego, jaka będzie temperatura w wodzie, a jest ona znacznie niższa niż na powierzchni. Nurek na tej głębokości będzie zatem bardziej ograniczony temperaturą niż czynnikami dekompresyjnymi. Sprawdzanie jeziora może potrwać około 18 dni. Jednak dla nas, jako osób zaangażowanych w tę akcję, nie ma ograniczeń. Będziemy szukali do momentu znalezienia szczątków lub całkowitego wykluczenia, że znajdują się w tym jeziorze – deklaruje Jurkowski.

Gdy pytam Danutę Januszewską, czy  jezioro w Dywitach może skrywać szczątki jej córki, odpowiada bez cienia wątpliwości:

– Jestem o tym przekonana. Codziennie o tym myślę. Trudno jest mi żyć z tym, że Asia nie ma grobu. Modlę się, o to, prosząc Boga  o  cząsteczkę mojego dziecka, żeby je pochować.

Morderca ma grób

9 listopada 2006 roku Marek W. został skazany na 15 lat pozbawienia wolności za to, że „w dniu 16 września 1996 roku, w mieszkaniu przy ul. Partyzantów 12, pozbawił swoją żonę Joannę życia poprzez uduszenie, a także za to, że znęcał się nad swoimi rodzicami (…)” – czytam wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie, który do tej kary włączył także oszustwo wobec PZU. Do wyroku wliczono mu tymczasowe aresztowanie do 2003 roku.

Wyrok usłyszał także brat mordercy Arkadiusz W., za to, że utrudniał postępowanie karne i pomagał sprawcy zabójstwa, został skazany na 2 lata pozbawienia wolności.

Morderca Asi w 2018 roku opuścił więzienie, wkrótce znalazł kolejną partnerkę, której nie przeszkadzała jego mroczna przeszłość. Związek ten jednak nie trwał długo. Pod koniec lutego 2019 roku Marek W. zmarł. Miał wówczas 44 lata. Został pochowany na cmentarzu w Dywitach. Kilkaset metrów dalej, na dnie jeziora spoczywa jego żona.

– W pokoiku Asi urządziłam jej grób, bo nie mam nawet najmniejszego szczątka ciała, aby pochować ją na cmentarzu – wyznaje w poczuciu bezradności Danuta Januszewska. –  Jeśli teraz nie odnajdziemy jej szczątków, to  cierpienie będzie mi towarzyszyć do końca życia. Nigdy nie przestanę myśleć, gdzie jest moja córka.

10 czerwca 2019 roku nurkowie z grupy 5 Fal oraz Fundacja na Tropie przystąpiły do przeszukania dna  Jezioro Dywickiego będzie już przeszukane. Niestety  akcja nie zakończyła się sukcesem. Po raz kolejny Fundacja Na Tropie postanowiła podjąć   poszukiwania Joanny 25 maja 2020 roku, będzie nam pomagał Marcel Korkuś– nurek, który odnalazł ciało 3.5-letniego Kacperka, w rzece Kwisie.

Wierzę, że w końcu szczątki Joanny zostaną złożone w grobie na olsztyńskim cmentarzu, gdzie czeka na nią jej ukochany tata.

Janusz Szostak

Jest to fragment książki Janusza Szostaka “Urwane ślady”.  KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*