SERYJNY MORDERCA DZIECI ZAKOŃCZYŁ ODSIADKĘ

To istna bestia w ludzkim ciele. Psychopata i dewiant, który ma na sumieniu  cztery młode istnienia ludzkie. 16 maja 2020 roku, po 25 latach spędzonych w Zakładzie Karnym w Rzeszowie,  został skierowany do Gostynina – Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym. I tam już pozostanie. Oby na zawsze.

Gdy Henryk Kukuła urodził się w 1966 roku w Chorzowie, w tamtejszym szpitalu, był już jakby „czymś” naznaczony. Wymagał ciągłej kontroli i obserwacji.

– To zamartwica urodzeniowa, inaczej poporodowe niedotlenienie płodu – wyjaśniali lekarze jego matce, Eugenii, gdy tylko dziecko przyszło na świat. Gdy podenerwowana takim obrotem sprawy kobieta nie wiedziała, co dzieje się z jej nowonarodzonym synem, lekarze udzielali jej dodatkowych informacji. Wynikało z nich, iż w trakcie porodu jej syn doświadczył niedoboru tlenu.

– Noworodek usiłował  uzupełniać go gwałtownymi ruchami oddechowymi, przez co zachłysnął się wodami płodowymi, w wyniku czego doszło do niedotlenienia – dopowiadali zrozpaczonej matce. – Niedotleniony został jego mózg – precyzowali fatalną  wiadomość. – Doznał encefalopatii okołoporodowej, co skutkować może nawet trwałym uszkodzeniem mózgu – stwierdzali. Wody płodowe, w których narodził się mały Henryk, miały być zielonej barwy.

U kilkudniowego Kukuły stwierdzono również nieprawidłową czynność serca. Lekarze przestrzegali, że wskutek niedotlenienia u małego może wystąpić także szereg dodatkowych powikłań.

 – Mózgowe porażenie, opóźnienie umysłowe, a nawet padaczka. I może mieć przez to w przyszłości również problemy z koncentracją i nauką – dodawali. – Może mieć nadpobudliwość psychoruchową, a nawet zaburzenia ruchu… Załamało to matkę przyszłego zabójcy.

– Wymaga obserwacji i stałej kontroli – sugerowali medycy.

Trudno dziś powiedzieć, czy w trakcie dorastania przyszły seryjny zabójca, jakim stał się później Kukuła, zwany nawet „Monstrum z Chorzowa”, był pod stałą opieką lekarską. Może gdyby tak w istocie było, nie doszłoby do tego wszystkiego, co potem nastąpiło?

Urodzony morderca

Ludzie różnie mówili o nim, a to, że gdy dorastał, na podwórzu w centrum Chorzowa zaczepiał chłopców i dziewczynki, że ich podskubywał. I było mu w zasadzie wszystko jedno, kogo obmacuje, Zaczepiał i obmacywał także w szkole.  Jeśli miał przy sobie w szkolnej stołówce nóż albo widelec, to dźgał nimi innych. Dla postrachu. Zdarzało się, że trafiał, ranił.

– To cud, że nikogo wtedy nie zabił, albo komu oka nie wyłupił – mówiono o dorastającym mordercy. Dochodziło do częstych bójek i awantur pomiędzy nim a kolegami. Zarówno w szkole, jak i na podwórzu, pomiędzy familokami. Zauważono również, że kradł. Matka wiedziała, interweniowała. Jednak bez skutku.

– Ale to co kradł, to były drobiazgi  –  machano na to zwykle ręką, aby nie robić przykrości matce Heńka.  Ona tłumaczyła potem, że gdy Henio był jeszcze mały, to spadł ze stołu: – Mocno się wtedy potłukł, stąd to wszystko, te jego zachowanie. Stąd taka dziwna u niego  agresja.

Miał się ponoć leczyć w poradni zdrowia psychicznego, ale nie wiadomo, czy  tak było.

– Odstawił w końcu przepisane leki – przyznawała pani Eugenia.

Może trochę dziwnym był fakt, że dorastający już wówczas 14-latek nadal się bawił w chowanego, z  wiele od siebie młodszymi dziećmi. Jednak otoczenie nie zwracało na to uwagi i aprobowało takie dziwne zachowanie chłopaka.

– Dobrze pamiętam tamte wydarzenia – przyznaje podinspektor w stanie spoczynku Roman Hula, na początku lat 90. ubiegłego wieku Komendant  Główny Policji w Warszawie. – Pracowałem wtedy jeszcze jako funkcjonariusz sekcji zabójstw wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Milicji w Katowicach. Było 23 września 1980 roku. Kończyliśmy akurat pracę i z kryminalnego zadzwonił do mnie Piotr Celiński. Jedźcie do Chorzowa, powiedział, tam w piwnicy leżą zwłoki jakiegoś dziecka. Najprawdopodobniej zabójstwo.

Po tylu latach Hula nie przypomina sobie już dokładnie tego miejsca, adresu.

– Familoków w Chorzowie do dziś jest przecież sporo – wspomina. – To było w każdym razie gdzieś blisko centrum.

Podinspektor Roman Hula wskazał zabójcę fot. Roman Roessler

 

Jak to na Górnym Śląsku, podwórko wokół hutniczo-górniczej dzielnicy. Po podwórku biegało sporo dzieci. – Bawiły się w chowanego – dodaje Hula.

Przy drzwiach do piwnicy stali jacyś starsi ludzie. Wokół milicjanci, by nikt już nie wchodził do środka. Kilkanaście minut wcześniej ktoś z mieszkańców familoka zajrzał i odkrył w głębi piwnicy znieruchomiałe na ziemi ciało kilkuletniej dziewczynki. Była w sukience Nie dawała oznak życia, więc od razu wezwano milicję.

– Tam jest – przybyły wcześniej posterunkowy wskazał ręką i wśród hasającej ciągle na podwórzu młodzieży Hula zszedł do piwnicy.

 – To było przerażające – opowiada były komendant główny policji, jakby to się dzisiaj zdarzyło. I na samo tamto wspomnienie nadal drży mu głos. – Co mnie bardzo uderzyło, pięcioletnia Karina S., nieżyjąca już wtedy dziewczynka była bardzo podobna do mojej pięcioletniej wtedy córki. Aż wstrząsnęło mną, gdy spojrzałem na tę dziewczynkę. Leżała bezwładnie, martwa, na piwnicznym korytarzu. Na szyi miała wyraźne sine ślady od duszenia, o pod głowę podłożone majteczki i kawałek sukienki.

Wśród zgromadzonych przed familokiem gapiów i funkcjonariuszy, nieco dalej, nadal biegała po rozległym podwórzu grupka dzieci, nie zwracając uwagi na to, co się przed chwilą wokół nich wydarzyło, że w piwnicy leżała martwa ich koleżanka.

– Biegali prawdopodobnie również wówczas, gdy doszło do tego nieszczęścia – powiedziano Huli, gdy tylko wyszedł z piwnicy na zewnątrz. – Przyglądałem się więc przez chwilę tym hałasującym dzieciakom.

Byli w różnym wieku. Codziennie spotykali się na tym podwórzu. Chłopcy i dziewczęta. Kilkuletni i nastolatkowie również. Z różnych rodzin. Przesiadywali tam całymi dniami. Gnieździli się także w otwartych korytarzach piwnicznych, Nie mieli własnego kąta. Popijali, podpalali papierosy i oglądali kolorowe pisma z rozebranymi modelkami.  Starsi próbowali seksu.

Pokazał jak  mordował

 – Spojrzałem raz jeszcze, jak tak biegali i hałasowali – opowiada Hula. – Wśród biegających zauważyłem wtedy jednego. Widać było, że jest starszy od reszty. Niewysoki zarazem i raczej drobnej budowy ciała.

Chłopak zachowywał się wesołkowato. Podskakiwał, co raz to jednak rzucając spojrzenia w stronę stojącego przed wejściem do familoka, od strony podwórza, oficera milicji. – Coś mnie wtedy tknęło i go zawołałem. Od razu podbiegł, uśmiechnięty i spode łba spojrzał na Hulę.

Henryk Kukuła trafi do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym fot. Policja

– Czemuś to zrobił? – Hula zapytał w zasadzie intuicyjnie, od razu, jakby z góry wyczuwając, że ma do czynienia z młodym zabójcą. – Jakoś mi się ten chłopak wydawał wtedy dziwnym, a jego zachowanie jakby surrealistyczne w stosunku do całej tej dramatycznej przecież wokół sytuacji.

 Stojący przed Hulą 14-latek zaczął wtedy nerwowo dreptać w miejscu, z nogi na nogę, obgryzając paznokcie u brudnych rąk.

 – Ale ja się z nią tylko bawiłem… – usłyszał policjant kompletnie zaskoczony taką  odpowiedzią. – W chowanego żeśmy się bawili.  Nic złego nie chciałem zrobić…

Usłyszeli to również inni stojący w pobliżu ludzie. Konsternacja była spora.

– Chodź, pokaż, jak to było, co zrobiłeś – zarządził Hula i zeszli do piwnicy.

Kukuła pokazywał, jak zamordował 5-letnią Karinę S.

– To był przypadek – mówił potem nerwowo, nieskładnie, ciągle przerwanym głosem. I nadal, pomiędzy zdaniami, obgryzał paznokcie.

– Bawiliśmy się, po prostu w chowanego. Ja ją tylko położyłem na bok. Uciekłem z piwnicy. Dlatego dusiłem, bo krzyczała, żeby się nie darła. Potem, podniosłem sukienkę, zdjąłem jej majteczki i podłożyłem pod jej główkę, żeby miała miękko.

Obdukcja lekarska zwłok 5-latki wykazała, że miała obrażenia pochwy, rozerwane drogi rodne. Musiał to palcami zrobić  Kukuła.

– To był dramat dwóch rodzin – dodaje dziś Hula. – Brat Henryka Kukuły był bowiem milicjantem.

 Rodzina Kukułów miała jeszcze dodatkowe problemy. Matka rozwodziła się wtedy ze swym mężem, pijakiem. Pani Eugenia broniła swego młodszego syna. Nie wierzyła w fakt, że mógł zabić Karinę, a potem przyznała, że może to wszystko z powodu tej choroby chłopaka, którą przeszedł podczas porodu. Opowiadała o tym, że spadł kiedyś ze stołu, i leczył się w poradni psychiatrycznej. Jednak te tłumaczenia nic nie pomogły. Jedynie ze względu na swój bardzo młody wiek 14-latek nie został zamknięty w zakładzie karnym. W maju 1981 roku decyzją sądu dla nieletnich w Chorzowie skierowano go do zakładu wychowawczego w Krupskim Młynie, niedaleko Tarnowskich Gór na Śląsku.

Bił, aż zabił

 – Różne informacje o 14-latku docierały wtedy z Krupskiego Młyna – dodaje Hula. Również i ta, że Kukuła nie dopuszczał do siebie myśli o zamordowanej Karinie S. Rówieśnikom z zakładu, gdy pytali, za co tu trafił, opowiadał, że znalazł się w Krupskim Młynie jedynie przez głupotę, przez zabawę z dziewczynką.

 – Nie wiem też dokładnie, jak to było, że w zakładzie wychowawczym Kukuła mógł mieć kontakt z jednym z synów wychowawcy – zastanawiał się Hula. – Zakład poprawczy, to przecież dość specyficzne miejsce.

Kukuła miał zostać zgwałcony w Krupskim Młynie, ale czy to prawda, trudno dziś ustalić. Pewnym jest natomiast, że po dwóch i pół roku pobytu w ośrodku miał zaproponować 9-letniemu wówczas Radosławowi, synowi wychowawcy, wspólną ucieczkę.

Wizja lokalna z udziałem Henryka Kukuły fot. Policja

– A może bawili się razem? Trudno powiedzieć?- zastanawia się Hula.

 W każdym razie ich spotkanie 10 stycznia 1984 roku zakończyło się bójką. Bójką 9-latka z 18-latkiem. Trudno było chyba mówić o bójce, skoro różnica pomiędzy nimi sięgała 9 lat. Młodszy chłopak nie miał praktycznie żadnych szans, by przeżyć. Po wielu ciosach zadanych Radkowi przez Kukułę, chłopiec padł na posadzkę w kałuży krwi. Wtedy 18-latek kolanem przydusił jego klatkę piersiową. I tak długo bił 9-latka, po brzuchu i głowie, aż w końcu chłopiec skonał, skatowany. Tego dnia  Kukuła miał się jeszcze pobić z jednym z wychowanków, nim go wreszcie schwytano w kuchni, gdzie  spokojnie obierał sobie ziemniaki.

28 listopada 1985 r. wyrokiem Sądu Okręgowego w Tarnowskich Górach Henryk Kukuła skazany został na 15 lat więzienia.  Trafił do Zakładu Karnego w Rawiczu, gdzie miał być gwałcony i bity przez innych współwięźniów.

Amnestia w grudniu 1989 roku obniżyła mu wyrok do 10 lat, a w końcu postanowieniem Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu warunkowo został zwolniony przedterminowo z Rawicza. I dalej nikt się nim nie interesował, nikt się nie przejmował, że w każdej chwili może zrobić komuś ponownie krzywdę. Nawet zabić.

 Zgwałcił i udusił

28 lipca 1990 roku w Rudzie Śląskiej był pięknym, słonecznym dniem. Jednak Henryk Kukuła miał wtedy zły dzień. Wszystko go denerwowało. Gdy zbliżał się do przystanku w Halembie, południowej dzielnicy Rudy Śląskiej, jego uwagę przykuł stojący nieopodal w krzakach mężczyzna.

– Bo siusiał, a to mnie rozpraszało – opowie potem. A gdy ktoś sikał, jego zawsze podniecało.

 5-letni Radosław W. i  jego 7-letni brat Robert bawili się wtedy obok bloku, w którym mieszkali wraz z rodzicami i dziadkami. Biegali i hałasowali. Coś na pobliskim przystanku autobusowym musiało przykuć ich uwagę, bo obaj tam się skierowali. Nie mieli daleko, zaledwie kilkanaście metrów.

 – Tam ich właśnie zaczepił – mówili potem świadkowie, którzy kojarzyli 24-letniego wówczas Kukułę. Zbliżył się na przystanku do chłopców. Zachowywał się wobec nich dość dziwnie. Zdawało się, że podskakiwał, przebierając nogami, z jednej na drugą. Uśmiechał się do malców głupawo i nerwowo. Gdy z nimi rozmawiał, jak zauważyli świadkowie, obgryzał paznokcie. I co chwilę przesuwał zwisającą mu, przerzuconą przez ramię torbę. Takie właśnie zachowanie Kukuły zwracało przede wszystkim uwagę przypadkowych przechodniów, stojących nieopodal na przystanku autobusowym. I stąd go zapamiętali: – Trochę jak wariat. – tak potem określano zachowanie Kukuły, było to niezwykle istotne w ustaleniach śledczych.

Kukuła jawił się świadkom jako blondyn, raczej w jasnym  ubraniu i z przewieszoną przez ramię torbą, która mu się majdała, gdy niezgrabnie się poruszał. Było po południu. Ludzie wracali akurat z pracy do domów. Coś mówił do tych dwóch malców, do czegoś  ich nakłaniał. Mówiono potem, że obiecywał im ognisko. I przekonał, żeby z nim poszli. Gdy tak sobie szli spacerkiem, oddalając się z wolna od bloku, w którym mieszkali chłopcy, Kukuła  rozmawiał z nimi. Niczego się nie spodziewali. On był wesoły. Wygłupiał się, jak to on, zazwyczaj w takich sytuacjach. Oni się też śmiali i szli w kierunku znajdującego się przy końcu ulicy Zamenhofa zagajnika. I wtedy coś wstąpiło nagle w Kukułę. Rozejrzał się. Byli sami, gdy weszli w zagajnik.

 – Jednego wziąłem i drugiego, obu chwyciłem – zeznawał potem. Chwycił mocno, by nie uciekli. Trzymał ich również za gardła. Miotali się, ale on nie puszczał.

Gdy chłopcy nie wracali na obiad i do 22.00 nie pojawili się w domu, zaniepokojeni rodzice wraz z dziadkami powiadomili komendę.

 – Dzieci nam porwano! – krzyczeli zrozpaczeni na dyżurce. Policjanci przeszukiwali nocą teren, a nad ranem rozpoczęli jeszcze raz. Przeszukiwano głównie południową dzielnicę miasta, Halembę  oraz leśne obszary przy końcu ulicy Zamenhofa. Penetrowano krzaki wokół górniczych osiedli. Bez skutku. Dopiero popołudniową porą jedna ze starszych mieszkanek dzielnicy, wracając ulicą Zamenhofa z Kościoła Bożego Narodzenia, nie wytrzymała i za potrzebą musiała zajrzeć do zagajnika.

– Były do połowy nagie – relacjonowała potem policji cała przerażona i rozemocjonowana, gdy niespodziewanie natrafiła na zwłoki jednego z chłopców. Policjanci stwierdzili, że na odzieży leżącego chłopaka znajdowała się resztka spermy. Odnajdując jednego, spenetrowano kilkadziesiąt metrów dalej teren i odnaleziono również ciało drugiego z chłopców. Także i ono leżało w zagajniku na wznak, do połowy rozebrane.

U obu były pokiereszowane narządy płciowe. Ciała leżały skrępowane.

Wskazał zabójcę

 – Byłem wtedy komendantem wojewódzkim policji w Katowicach – opowiada dalej Hula. – Z komendy w Rudzie Śląskiej otrzymaliśmy informację. Coś mnie tknęło. Od razu jakoś skojarzyłem z tym Kukułę. Nie wiedziałem, co się z nim wtedy działo. Wiedziałem, że siedział, ale czy siedział nadal? Poprosiłem kolegów z Rudy Śląskiej, by sprawdzili, nim będą szukać dalej. No i okazało się, że Kukuła jest już na wolności.

Mieszkał nadal w Chorzowie, kilkanaście kilometrów od ulicy Zamenhofa, gdzie w zagajniku odnaleziono zwłoki chłopców. Komendant wojewódzki trafił więc wtedy bezbłędnie.

Kukuła w Rudzie Śląskiej znalazł nawet pracę, na budowie. Był zaskoczony, gdy w progu mieszkania ujrzał policjantów. I w zasadzie przyznał się od razu. Do wszystkiego. Wesołkowaty, jak zwykle. I nie bronił się specjalnie.

 – Miał chyba na rękach nawet świeże ugryzienia – zauważył potem jeden z funkcjonariuszy. Jak się okazało, ugryzł go przed śmiercią jeden z zamordowanych braci, broniąc się zawzięcie przed napastnikiem.

W wyroku Sądu Wojewódzkiego w Katowicach z 11 lutego 1994 roku stwierdzono, że Kukuła 5-letniego Radosława W.:  „przemocą, przez skrępowanie ruchów i dławienie, doprowadził do poddania się czynowi nierządnemu, a następnie działając w zamiarze pozbawienia życia, włożył mu dłoń do jamy ustnej, czym spowodował jego zgon przez uduszenie”.

 Podobnie było w przypadku 7-letniego Roberta: „przemocą przez przytrzymywanie rąk, uciskanie klatki piersiowej i dławienie doprowadził go do poddania się czynowi nierządnemu, a następnie działając w zamiarze pozbawienia życia włożył mu dłoń do jamy ustnej, a także zacisnął na jego szyi pasek, czym spowodował jego zgon przez uduszenie”. Po tych dwóch zabójstwach, jak wspominał w sądzie Kukuła, błąkał się jeszcze po okolicy, aby w końcu autobusem wrócić do domu. Czuł się zmęczony, coś zjadł, włączył telewizję i zasnął.

Wizja lokalna z udziałem Henryka Kukuły fot. Policja

Gdy wspominał o gwałtach, których dokonywano na nim w ośrodku wychowawczym i zakładzie karnym, to nie było wiadomo, czy opowiadał o tym z poczuciem strachu, czy raczej z zadowoleniem, że „takie coś” mu się  przytrafiło. Sprawiał wrażenie osobnika, któremu w zasadzie było wszystko jedno, kogo gwałcił lub zabijał. Albo robił  jedno i drugie. Lubił się przechwalać, że napadał na chłopców i dziewczęta, że napastował i gwałcił. I zdawało się, że nawet samo takie opowiadanie sprawiało mu sporo przyjemności. Nie podawał miejsc takich zdarzeń. I mogło to wyglądać jedynie na przechwałki.

– Ale czy były nimi w istocie? – zastanawia się dziś Hula. – A może jednak jeszcze kogoś zamordował. Jak to psychopata, który nadal jest niebezpieczny dla otoczenia.

Niejednej przecież zaginionej w tamtych czasach osoby nigdy nie odnaleziono.

 – I mogło mu sporo ujść na sucho – zauważa dziś były komendant policji.

W katowickim sądzie Kukuła wyznał, że wolał świat dzieci: – Bo mniej się go bałem.

Prowadzący sprawę sędzia zauważył, że w czasie zeznań Kukuła zachowywał się nerwowo. Gestykulował i uśmiechał się dziwnie, i cały czas nerwowo ogryzał paznokcie.

 – Chyba znowu bym zabił, gdybym tylko mógł – oświadczył szczerze. Biegli nie mieli wątpliwości, że ma zaburzenia, które w przyszłości ulec mogą jedynie pogorszeniu. – Bez wątpienia stanowi on poważne zagrożenie dla otoczenia – stwierdzono, i skazany został przez katowicki sąd na 25 lat więzienia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Sąd zauważył również, że obu zbrodni w Rudzie Śląskiej Kukuła dopuścił się przed upływem 5 lat od odbycia (w okresie od 10 stycznia 1984 r. do 14 kwietnia 1990 r.) kary pozbawienia wolności orzeczonej wyrokiem Sądu Rejonowego w Tarnowskich Górach za zabójstwo Radosława T. Stwierdzono także, że obu zbrodni dopuścił się w warunkach ograniczonej poczytalności. I za każdą z nich sąd pozbawił go dodatkowo praw publicznych na okres 10 lat.

Jednakże żaden zakład psychiatryczny w kraju nie był przygotowany na przyjęcie zwyrodnialca, jakim był już wówczas Kukuła. Każdy, do którego zwracał się sąd, wyjaśniał, że nie daje gwarancji, aby tego rodzaju niebezpieczny przestępca mógł spokojnie przebywać na jego terenie, i nadal leczyć się.

– Ostatecznie więc skierowany został do Zakładu Karnego w Rzeszowie – przypomina Hula. – I wtedy świat o nim zapomniał…

Już nigdy nie wyjdzie

 Gdy w mediach pojawiły się informacje, że  w 2020 roku ten seryjny morderca może wyjść na wolność, Kukuła  zamknął się w sobie. Z nikim nie chciał rozmawiać, nikogo widzieć. A szczególnie dziennikarzy, których szczerze znienawidził.  Przerwał nawet korespondencję, którą z prowadził z bliskimi. Marzył o wolności, a tymczasem doszło do niego, że nigdy może jej nie zobaczyć.  Od strażników więziennych żądał, aby nikomu o nim nie opowiadali.

– To jest psychopatyczny, zwyrodniały dewiant, który będzie ciągle mordował, jak tylko wyjdzie na wolność, i jak tylko nadarzy się ku temu okazja, i na to pozwolić nie można – twierdził zawsze Roman Hula. – Taki już jest i takim pozostanie jego umysł, a że się obecnie poprawnie zachowuje za kratami? Każdy przestępca zachowuje się w miarę poprawnie, aby wyjść, choćby na chwilę, nawet na przepustkę.

 Kiedyś Kukuła chciał nawet zabić strażnika więziennego, i dostał za to dodatkowo wyrok.

– Dziś Kukuła nauczył się, i już takiego błędu nie popełni, by rzucić się na strażnika więziennego – dodaje Hula. – Moim zdaniem, po zakończonym wyroku bezapelacyjnie powinien zostać umieszczony w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym. Jest ogromnym zagrożeniem dla wszystkich.

19 września 2019 roku dyrektor zakładu karnego w Rzeszowie, w którym nadal odsiaduje wyrok Kukuła, wystąpił do rzeszowskiego Sądu Okręgowego o uznanie Kukuły za osobę stwarzającą zagrożenie w rozumieniu artykułu pierwszego ustawy o postępowaniu wobec osób stwarzających zagrożenie.

– Jednocześnie dyrektor wystąpił do rzeszowskiego sądu o umieszczeniu Kukuły w ośrodku w Gostyninie – przypomina sędzia Tomasz Mucha, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Rzeszowie.

Akta sprawy Kukuły z 11 lutego 1994 roku z Sądu Okręgowego w Katowicach wpłynęły więc do Sądu Okręgowego w Rzeszowie i 20 grudnia 2019 roku – po dodatkowych konsultacjach z seksuologiem, psychiatrą i psychologiem ze specjalistycznego ośrodka w Gliwicach – rzeszowski sąd wydał takie postanowienie.

 – Od pełnomocnika skazanego nie wpłynęło żadne odwołanie i od 22 stycznia 2020 roku postanowienie to jest już prawomocne – dodaje sędzia Mucha.

Zatem w przypadku Kukuły klamka zapadła, i nie będzie już więcej stanowił zagrożenia dla otoczenia. Po zakończeniu swej odsiadki 16 maja 2020 roku, 54-latek przewieziony zostanie do Gostynina. I miejmy nadzieję, że tam już pozostanie.

Roman Roessler

1 Komentarz

  1. Mała poprawka – Radek i Robert nie byli braćmi tylko kuzynostwem. Rodziców Radka wtedy nie było bo balowali za granicą, a Radkiem opiekował się dziadek. Budowa, na której pracował ten śmieć była w Borowej Wsi – dzielnicy Mikołowa (Ośrodek dla Niepełnosprawnych Miłosierdzie Boże) lecz można było do niej dojść z Halemby przez las. Wtedy nie było bezpośredniego autobusu z Chorzowa do Mikołowa tylko do Halemby (linie 98 i 144).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*