ZABÓJSTWO TŁUMACZKI

 W maju 1985 roku niezidentyfikowany sprawca zamordował 33-letnią Małgorzatę Targowską-Grabińską (1952-1985), znaną tłumaczkę, autorkę między innymi  przekładu thrillera szpiegowskiego „Igła” Kena Folletta. Nigdy nie udało się wyjaśnić powodów, dla których ktoś postanowił zaatakować młodą, sympatyczną anglistkę – i to według starannie przygotowanego planu. Przez lata śledczy zastanawiali się, czy sprawca działał z pobudek rabunkowych, odwetowych czy seksualnych. A może jej śmierć była efektem tragicznej w skutkach pomyłki Służby Bezpieczeństwa?

 9 maja był w czasach PRL obchodzony jako dzień Narodowego Święta Zwycięstwa i Wolności – tak było również w czwartek 9 maja 1985 roku. Nie był to wprawdzie dzień wolny od pracy, ale mimo wszystko stanowił ważny moment w kalendarzu Polski Ludowej.

Od wczesnych godzin porannych w szarym, szeregowym domu przy ul. Szczuczyńskiej 6 na Saskiej Kępie w Warszawie, w mieszkaniu na parterze, trwała codzienna, rutynowa krzątanina. 36-letni Aleksander Grabiński (1949-2016) szykował się do wyjścia do pracy – czekał go ciężki dzień w związku z negocjacjami z delegacją ze Szwajcarii. Jego żona Małgorzata także przygotowywała się do pracy – w przeciwieństwie jednak do Aleksandra, nie musiała nigdzie wyjeżdżać; gros swoich obowiązków zawodowych mogła wykonywać na miejscu, w domu. Na jej biurku czekała kolejna partia tekstów literackich do zredagowania.

Państwo Grabińscy cieszyli się bardzo dobrą opinią wśród sąsiadów i znajomych. On – uzdolniony inżynier, matematyk (później prezes stowarzyszenia „Dekretowiec”), ona – wykształcona na Uniwersytecie Warszawskim anglistka i korektorka, rodem z Sandomierza. Żyli, jak na ówczesne warunki stosunkowo dostatnio. Byli zgodnym, ułożonym, wciąż jeszcze młodym małżeństwem (pobrali się w roku 1980), z wieloma planami i marzeniami. Nie mieli dzieci.

Gdy około godziny 8.00 Aleksander Grabiński wyjeżdżał do pracy, nie zdawał sobie sprawy, że po raz ostatni żegna się z małżonką. Nie wiedział, że niespełna 10 godzin później jego życie znajdzie się na brutalnym, tragicznym wirażu.

 Niespodziewana wizyta

 Około godziny 9.15 w domu przy ul. Szczuczyńskiej 6 rozległ się dźwięk dzwonka. Małgorzata od ponad godziny przebywała sama w mieszkaniu (mieszkanie na poddaszu zajmowało starsze, schorowane małżeństwo). Dzwonek do drzwi być może lekko zaintrygował kobietę – gdy je otworzyła, jej oczom ukazał się widok nieznanego, ciemnowłosego mężczyzny w wieku około 30 lat. Mężczyzna trzymał w ręku masywną puszkę lakieru – powiedział, że zgodnie ze złożonym zamówieniem przynosi lakier do okien. Małgorzata nic o żadnym zamówieniu na lakier nie wiedziała. Pomimo pewnego zdziwienia, zdecydowała się wpuścić niespodziewanego gościa do środka – postąpiła tak prawdopodobnie dlatego, iż państwo Grabińscy rzeczywiście w nieodległej przyszłości planowali odświeżanie okien i krat okiennych: kobieta być może pomyślała, że Aleksander mógł zamówić jakiś lakier, tylko nic jej o tym nie powiedział. Poprosiła nieznajomego o chwilkę cierpliwości – podniosła słuchawkę telefonu i wykręciła numer do przebywającego w pracy męża.

Aleksander był w tym momencie bardzo zajęty – właśnie redagował umowę z przedstawicielami delegacji ze Szwajcarii. Do telefonu podszedł dopiero po około 2-3 minutach, i to nie na długo. Gdy usłyszał od małżonki, że przyszedł jakiś mężczyzna z puszką lakieru, był równie zaskoczony, co ona. Absolutnie nic nie wiedział o żadnym lakierze, u nikogo niczego takiego nie zamawiał. Chciał wyjaśnić całą sprawę, ale presja spotkania ze Szwajcarami nie pozwoliła mu rozmawiać dłużej. Obiecał oddzwonić za chwilę – i odłożył słuchawkę.

Po około 4 minutach Aleksander Grabiński, zgodnie z obietnicą, zadzwonił do domu. Chciał rozmawiać bezpośrednio z dostawcą lakieru. Małgorzata przekazała słuchawkę nieoczekiwanemu gościowi, a ten, nie wzbudzając żadnych podejrzeń, przedstawił się Aleksandrowi łagodnym, uprzejmym tonem, wymienił nawet jakieś nazwisko (Aleksander zapamiętał tylko, że końcówka nazwiska brzmiała ski) i wyjaśnił mniej więcej to samo, co powiedział już Małgorzacie, że przywiózł zamówiony lakier do okien. Aleksander, nie mogąc skojarzyć żadnej rozmowy czy sytuacji, w której zamawiałby u kogoś lakier, zamierzał wyciągnąć od mężczyzny więcej szczegółów, ale w tym momencie ponownie musiał zakończyć rozmowę. Poprosił więc rozmówcę o jeszcze parę minut cierpliwości, jednak tym razem ten odparł, że on też nie ma czasu i się spieszy – obiecał wobec tego, że pozostawi na kartce informację z wyjaśnieniem całej sytuacji. Aleksander przystał na to rozwiązanie, odłożył słuchawkę i powrócił do swoich obowiązków służbowych.

Dopiero około godziny 14.00 Aleksander znalazł wreszcie chwilkę, aby zadzwonić do domu i dowiedzieć się czegoś więcej o tej niecodziennej sytuacji związanej z dostawą lakieru. Niestety, tym razem po drugiej stronie już nikt nie odbierał telefonu. Aleksander wprawdzie zdziwił się, ale nie zaniepokoił. Gdy po ponad dwóch godzinach ponowił próbę skontaktowania się z żoną, również nie było żadnego odzewu (w późniejszym śledztwie ustalono, że już od godziny 11.00 próby nawiązania kontaktu telefonicznego z Małgorzatą podejmowali bezskutecznie także inni członkowie rodziny). Nie miał pojęcia, że jego żona już od kilku godzin nie żyła.

Makabryczne odkrycie

 Była godzina 17.30, gdy Aleksander wrócił do domu po skończonej pracy. Był to niewątpliwie najgorszy moment w jego życiu: po wejściu do salonu, ku swojemu przerażeniu, spostrzegł spoczywające na podłodze zwłoki małżonki. Małgorzata leżała na plecach, z rękoma podwiniętymi do tyłu i z rozchylonymi nogami. Twarz miała przykrytą małą poduszką, tzw. jaśkiem. Gdy Aleksander odchylił poduszkę, ujrzał zsiniałą, zastygłą w agonalnym bezruchu twarz kobiety, którą ledwo mógł rozpoznać.

– Wyglądała zupełnie jak kukła – zeznał później w śledztwie. Na szyi denatki były widoczne bardzo rozległe rany cięte (poderżnięte gardło), a wokół niej – obfite plamy zakrzepłej już krwi. Po opanowaniu pierwszego szoku, Aleksander wezwał jednostkę MO, a ta – pogotowie. Przybyły na miejsce lekarz potwierdził zgon kobiety. Nie było najmniejszych wątpliwości, że do jej śmierci przyczyniły się osoby trzecie. W tym momencie rozpoczęło się nigdy nie sfinalizowane śledztwo w sprawie zabójstwa Małgorzaty Targowskiej-Grabińskiej.

Zbrodnia bez motywu?

 Przed detektywami stanęło bardzo trudne zadanie rozwiązania zagadki zabójstwa warszawskiej tłumaczki – czas pokazał, że było to zadanie ponad ich siły. Nie tylko nie zdołano zidentyfikować mordercy, ale nawet nie udało się wyjaśnić – w sposób niebudzący wątpliwości – dlaczego właściwie Małgorzata  została zamordowana.

W trakcie dochodzenia milicjanci zakładali różne możliwe motywy zbrodni. Aleksander Grabiński (pomijając jego stan psychiczny i utrudniony z nim kontakt w pierwszej fazie śledztwa) nie wskazał żadnych konkretnych osób, które jego zdaniem mogły mieć związek z zabójstwem żony, ani wyraźnego powodu, dla którego ktoś miałby targnąć się na jej życie. Przez pewien moment śledczy podejrzewali o sprawstwo zbrodni samego Grabińskiego. W pałacu Mostowskich jeden z przesłuchujących go milicjantów przemocą (bicie po twarzy), groźbami i wulgaryzmami usiłował zmusić go do przyznania się do zabójstwa. Detektywi jednak szybko zrezygnowali z tej hipotezy, gdyż Aleksander miał żelazne alibi – w czasie ataku przebywał w miejscu pracy, co potwierdzili liczni świadkowie. Ewentualność wynajęcia przez Grabińskiego płatnego mordercy także została wykluczona.

A zatem – kto i dlaczego zamordował Małgorzatę Grabińską?

Rabunek?

Pomimo zaginięcia kilku drobiazgów, chęć przywłaszczenia cudzego mienia raczej nie była przyczyną dramatu 9 maja – choćby dlatego, że w mieszkaniu wciąż znajdowały się pieniądze w walucie polskiej, obcej oraz bony towarowe. Nie było też większych śladów plądrowania mieszkania, zabójca niczego nie szukał. Krótko mówiąc, do drobnego rabunku faktycznie doszło (zginął pierścionek i scyzoryki z logo firmy Sulzer), ale nie był to główny motyw działania sprawcy. Zbrodniarz być może chciał jedynie zmylić trop czy utrudnić dochodzenie, bądź też drobnej kradzieży dokonał niejako przy okazji innych, ważniejszych powodów zabójstwa.

Motyw seksualny?

Czy sprawcą kierowały pobudki seksualne? Również jest to mało prawdopodobne. Małgorzata nie została zgwałcona, ani nie odniosła żadnych obrażeń w miejscach intymnych, typowych dla ataku seksualnego. Jedynie porozrzucane elementy damskiej bielizny w sypialni powodowały, że i ten trop musiał być dokładnie zweryfikowany. Dominowało jednak w śledztwie przekonanie, że sprawca powyrzucał z szafek kobiecą bieliznę tylko dla zmylenia tropu i skomplikowania dochodzenia. Aleksander Grabiński nie znał nikogo z odchyleniami seksualnymi, kto mógłby zagrozić jego żonie. Nie rozpoznał także mężczyzny ze sporządzonego później portretu pamięciowego.

Zemsta?

Inny wątek śledztwa prowadził do sprawy rozwodowej, jaką przeciwko swojemu mężowi wniosła pewna znajoma Targowskiej-Grabińskiej. Kobieta, którą nazywano „reżyserką”, skarżyła się na brutalność i porywczość swojego męża (obcokrajowca), a Małgorzata – jako jej bliska koleżanka – miała być głównym świadkiem w sprawie rozwodowej. Czy zatem ów brutal postanowił skierować swoją agresję przeciwko zeznającej na jego niekorzyść Małgorzacie? Też nie. Zabezpieczone na miejscu ataku ślady nie pozwoliły postawić mężowi „reżyserki” zarzutu zabójstwa.

Pomyłka esbeków?

 Jeśli nie mord rabunkowy ani seksualny, czy odwetowy – to w takim razie, co było powodem zbrodni? Tego nie wiadomo, ale wobec małego prawdopodobieństwa wcześniejszych hipotez, pozostaje już chyba tylko jedno, w miarę wiarygodne wytłumaczenie. Niniejsza wersja nie została nigdy dowodnie potwierdzona, ale była brana pod uwagę m.in. przez śledczych z IPN, odbiła się przed kilkunastu laty dość głośnym echem w mediach, a także skłaniał się ku niej sam Aleksander Grabiński.

Otóż, wedle tej hipotezy morderca miał pomylić Małgorzatę Targowską-Grabińską z Małgorzatą Grabińską, inną kobietą. Wyraźne podobieństwo personaliów, zbliżone miejsce zamieszkania (Saska Kępa – aczkolwiek Małgorzata Grabińska wyprowadziła się stamtąd jesienią 1984 r.) wskazują, że mogło dojść do jakiejś fatalnej, błędnej identyfikacji ofiary. Być może właściwym celem ataku zabójcy miała być Małgorzata Grabińska, a nieprecyzyjnie dokonane rozpoznanie przywiodło mordercę pod zły adres – na ul. Szczuczyńską 6. Ale w takim razie, dlaczego ktoś chciałby zamordować Małgorzatę Grabińską?

Powodem mogła być choćby  ta okoliczność, że Małgorzata Grabińska była synową znanego adwokata, mecenasa Andrzeja Grabińskiego (1922-2006), który występował jako oskarżyciel posiłkowy w najgłośniejszym procesie o zabójstwo w PRL, w sprawie śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Jeśli więc trop mordercy rzeczywiście wiódłby do SB, oznaczałoby to, że niepokorny mecenas Andrzej Grabiński miał otrzymać brutalną nauczkę – w postaci fizycznej likwidacji jego synowej.

Dodatkową okolicznością przemawiającą za tą hipotezą jest fakt, iż matka innego mecenasa, Krzysztofa Piesiewicza, który także występował jako oskarżyciel posiłkowy w sprawie zabójstwa księdza Jerzego, została zamordowana przez „nieznanych sprawców”, i to również w dniu komunistycznego święta państwowego, 22 lipca 1989 roku. Ponadto pogłoski o związkach SB ze zbrodnią zaczęły krążyć w gronie najbliższej rodziny już w kilka godzin po ujawnieniu zwłok ofiary. Także na pogrzebie Małgorzaty w Sandomierzu do członków rodziny podeszła podobno jakaś nieznajoma kobieta i po cichu wskazywała na Służbę Bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony, Instytut Pamięci Narodowej weryfikując wątek zbrodni o charakterze komunistycznym, nie znalazł niczego, co w sposób bezdyskusyjny potwierdzałoby odpowiedzialność SB za zabójstwo Targowskiej-Grabińskiej. Bezpośrednich dowodów na robotę „bezpieki” nie było i nie ma. Mimo to, biorąc pod uwagę fakt, że inne hipotezy są jeszcze mniej prawdopodobne, metodą selekcji negatywnej można chyba przyjąć, że jest to najsensowniejsza teoria.

Sama Targowska-Grabińska angażowała się wprawdzie w działalność opozycyjną (w jej mieszkaniu odbywały się spotkania redaktorów „Tygodnika Mazowsze”), ale nie była na tyle groźnym wrogiem ustroju, by mogła paść ofiarą mordu o charakterze politycznym. Z perspektywy reżimu mecenas Andrzej Grabiński mógł wydawać się znacznie poważniejszym przeciwnikiem i to w jego rodzinę oprawcy – być może – chcieli skierować swoje karne ostrze.

Mord z premedytacją

 Przeprowadzona  10 maja 1985 roku w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Warszawie sekcja zwłok Małgorzaty Targowskiej-Grabińskiej nie przyniosła jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co było bezpośrednią przyczyną zgonu kobiety. Lekarz wymienił tu aż trzy możliwe warianty: uduszenie poprzez zacisk pętli na szyi, rany kłute klatki piersiowej zadane ostrym narzędziem lub rana cięta szyi (z uszkodzeniem tchawicy). Na ciele denatki stwierdzono ponadto liczne ślady świadczące o tym, że Małgorzata podjęła desperacką walkę obronną z napastnikiem (liczne otarcia naskórka na całym ciele). Zapewne i sam sprawca nie uszedł z tego dramatu bez fizycznego szwanku na ciele.

Całość stwierdzonych obrażeń, a także charakter i umiejscowienie krwawych śladów i innych dowodów ujawnionych w mieszkaniu Grabińskich, pozwala odtworzyć prawdopodobny przebieg wydarzeń. Napastnik zaatakował kobietę wkrótce po zakończonej rozmowie telefonicznej z Aleksandrem (rozmowa ta upewniła go, że w najbliższym czasie nie będzie musiał obawiać się powrotu męża ofiary do domu). Do pierwszej fazy ataku zabójca użył noża z kuchni państwa Grabińskich. Nożem tym zadał kobiecie rany kłute. Przerażona Małgorzata usiłowała schronić się w sypialni, ale napastnik, przy pewnym wysiłku, sforsował drzwi i kontynuował atak nożem. W trakcie walki udało jej się na krótką chwilę wyrwać napastnikowi i przebiec do sąsiedniego salonu – ale i tam oprawca nie dawał za wygraną. W salonie użył kolejnego narzędzia zbrodni, przyniesionego ze sobą białego sznurka. Przełamał brutalnie opór Małgorzaty, zdołał obwiązać sznurkiem szyję ofiary i z całą mocą zacisnąć – był to moment, w którym kobieta przestała wydawać desperackie okrzyki i wołania o pomoc. Żaden z sąsiadów niczego niepokojącego nie słyszał.

Małgorzata nie poddawała się, rozgorzała walka, w trakcie której oboje – napastnik i ofiara – przewrócili się na podłogę. Niestety, ucisk zabójczej pętli nie ustępował ani odrobinę. Oprawca z pełną determinacją dążył do uśmiercenia kobiety. Gdy doprowadził ją co najmniej do stanu utraty przytomności, zdarł brutalnie pierścionek z palca ofiary, wykręcił jej ręce do tyłu i związał tym samym sznurkiem. Być może Małgorzata na tym etapie ataku dawała jeszcze jakieś oznaki życia, wobec czego sprawca – dla uzyskania absolutnej pewności osiągniętego celu – ponownie sięgnął po nóż kuchenny, przewrócił bezwładne ciało tłumaczki na plecy, a następnie dwoma zdecydowanymi ruchami poderżnął jej gardło. I to był ostateczny koniec. Życie Małgorzaty Targowskiej-Grabińskiej zgasło około godziny 9.35, 9 maja 1985 roku.

Po dokonaniu zbrodni, napastnik przykrył twarz denatki poduszką. Nóż i sznurek pozostawił na miejscu. Postarał się jednak powycierać ślady linii papilarnych ze słuchawki telefonu, ale nie z innych przedmiotów. Wychodząc z domu, zabrał przyniesioną ze sobą puszkę lakieru. Drzwi mieszkania Grabińskich pozostawił zamknięte tylko na klamkę.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że do domu przy ulicy Szczuczyńskiej tajemniczy mężczyzna przyszedł tylko po to, by zabić – a nie w żadnym innym celu. Od samego początku był zdecydowany pozbawić kobietę życia. Było to zabójstwo z premedytacją – starannie przygotowane i wykonane. Oprawca przyniósł ze sobą puszkę lakieru dla uśpienia czujności ofiary i jako pretekst do wejścia do domu. Puszka lakieru prawdopodobnie posłużyła także do sprowokowania rozmowy telefonicznej z Aleksandrem Grabińskim i sprawdzenia, czy mąż Małgorzaty rzeczywiście znajdował się w krytycznym momencie w miejscu pracy. Była to misterna, „hitchcockowska” intryga, wyreżyserowana jako plan zbrodni niemal doskonałej. Sprawca przyniósł też ze sobą sznurek – z pewnością nie w celu innym niż zabójstwo.

Rysopis mordercy

 Nie udało się dotrzeć do świadków, którzy widzieliby mężczyznę z puszką lakieru wchodzącego lub wychodzącego z domu przy ul. Szczuczyńskiej 6 między godzinami 9.00 a 10.00 rano, 9 maja 1985 roku. Nie wiadomo zatem, jak wyglądał morderca. Mimo to sporządzono rysopis i portret pamięciowy pewnego człowieka, poszukiwanego do sprawy. Kim był ów człowiek?

Na 3 dni przed dramatycznymi wydarzeniami, 6 maja 1985 roku, Małgorzata Targowska-Grabińska przekazała za pośrednictwem znajomego ofertę pracy do spółdzielni rzemieślniczej „Zjednoczona” na Solcu. Praca miała polegać na odświeżeniu okien i krat okiennych w domu Grabińskich. Jeszcze tego samego dnia w spółdzielni pojawił się schludnie ubrany, kulturalny mężczyzna w wieku około 30 lat, średniego wzrostu,  z przydługimi włosami, który – zapoznawszy się z ofertą Targowskiej-Grabińskiej – zadeklarował chęć podjęcia tej pracy. Otrzymał więc numer telefonu do Małgorzaty. Mężczyzna ten przykuł uwagę niektórych pracownic spółdzielni swoją nienaganną prezencją, łagodnym, nieprzepitym głosem oraz delikatnymi, niezniszczonymi dłońmi, raczej niespotykanymi u osób wykonujących na co dzień prace fizyczne. Po odebraniu kontaktu do Targowskiej-Grabińskiej opuścił siedzibę spółdzielni i więcej się w niej nie pojawił.

Niedługo po wizycie w „Zjednoczonej” ów człowiek zadzwonił do Małgorzaty. Wedle słów samej poszkodowanej – wypowiedzianych na kilkadziesiąt godzin przez zabójstwem – rozmówca sprawiał wrażenie dziwnego. Wypytywał ją, jaka praca jest do wykonania, ile okien należy odświeżyć, jaką technologią itp. Po dłuższych wyjaśnieniach Małgorzaty, mężczyzna – ni stąd, ni zowąd – stwierdził, że takie zlecenie jednak go nie interesuje i odłożył słuchawkę. Czy to on był odpowiedzialny za śmierć Targowskiej-Grabińskiej? Tego nigdy nie ustalono, ale był głównym, a właściwie jedynym poszukiwanym do sprawy.

Bez epilogu

 W śledztwie sporządzono portret pamięciowy osobnika, który 6 maja 1985 roku w spółdzielni „Zjednoczona” odebrał kontakt telefoniczny do Małgorzaty i później rozmawiał z nią.

Niestety, praktycznie żaden ze świadków, którym okazano ów portret, nie potrafił skojarzyć go z kimkolwiek. Wyjątkiem była jedna kobieta, która wprawdzie wskazała konkretne nazwisko mężczyzny podobnego do poszukiwanego, ale i ten trop nie przyniósł żadnych rezultatów.

Od zbrodni na ulicy Szczuczyńskiej wkrótce upłynie 35 lat. Sprawca mordu dokonanego na młodej, lubianej, bezkonfliktowej tłumaczce nie poniósł i już nigdy nie poniesie żadnej odpowiedzialności. Karalność przestępstwa uległa bowiem przedawnieniu w maju 2015 roku. Istnieje zatem wysokie prawdopodobieństwo, że już nigdy nie poznamy mrocznej tajemnicy Saskiej Kępy. Prawdy o okolicznościach i sprawcy zabójstwa nie pozna też Aleksander Grabiński. Prezes Stowarzyszenia „Dekretowiec” zmarł w dniu 17 sierpnia 2016 roku, po długiej walce z chorobą. Spoczął w grobowcu rodzinnym na Starych Powązkach.

Adam Kwiecień

Zbrodnie z Archiwum X

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*