PODWÓJNA ZBRODNIA KRWAWEGO KAZIKA

Krwawy Kazik przed sądem fot. Express Lubelski i Wołyński

Wszystko wskazywało na Ogrodowskiego. Podejrzany sam się pogrążał swoim zachowaniem i pokrętnymi wyjaśnieniami. Sensacyjna prawda wyszła na jaw, gdy prokurator szykował się do sporządzenia aktu oskarżenia.

 Podwójne morderstwo, do którego doszło w 1933 roku w Poznaniu, przez kilka miesięcy było na czołówkach wszystkich gazet w Polsce. Pełne nieoczekiwanych zwrotów śledztwo przyćmiło nawet słynną sprawę Gorgonowej.

Zwłoki w kuchni

W środę, 4 października 1933 roku, w trzecim komisariacie Policji Państwowej w Poznaniu zjawił się urzędnik kolejowy Stanisław Ogrodowski, i poinformował, że od kilku godzin nie może dostać się do mieszkania. Ogrodowski miał żonę Marię i siedmioletniego syna Stasia. Idąc rano do pracy, zapomniał zabrać kluczy. Mieszkanie jest zamknięte i nikt mu nie otwiera.

Na uwagę policji, że nie powinien martwić się na zapas, bo żona zapewne wyszła gdzieś z synem i tylko patrzeć jak wróci, Ogrodowski odparł, że tak początkowo myślał. Ale ich nieobecność trwała  już kilka godzin. Obawiał się, że stało się coś złego.

– Gdzie by tak długo byli? Sąsiedzi, z którymi rozmawiałem, powiedzieli, że nie widzieli dziś Marii ani Stasia tłumaczył zdenerwowany mężczyzna.

Ogrodowscy zajmowali mieszkanie w czteropiętrowej kamienicy przy ulicy Przemysłowej 30. Policja po wyważeniu drzwi weszła do środka i znalazła w kuchni leżące na podłodze zwłoki kobiety. Jej głowa była zmasakrowana od uderzeń twardym przedmiotem. Dopiero po dłuższych oględzinach Stanisław Ogrodowski stwierdził, że to jego żona Maria.

Wezwano ekipę śledczą. Na podstawie oględzin zwłok lekarz orzekł, że przyczyną zgonu Ogrodowskiej było uduszenie ręcznikiem, który sprawca zacisnął na szyi kobiety, uprzednio ją pobiwszy. Do morderstwa doszło w dniu dzisiejszym, lekarz przypuszczał, że kilka godzin przed znalezieniem zwłok.

Ogrodowska w chwili zgonu była w domowej sukience. Nic pod nią nie miała. Stanik i majtki leżały obok ciała. Nasuwało się przypuszczenie, że została zamordowana na tle erotycznym. Sekcja zwłok wykluczyła jednak gwałt. Kobieta z całą pewnością nie odbyła przed śmiercią stosunku seksualnego. Zabójca po zamordowaniu Ogrodowskiej zdjął z niej bieliznę, żeby upozorować zbrodnię erotyczną. Najprawdopodobniej chciał zmylić policję.

W mieszkaniu nie było charakterystycznego dla napadów bandyckich bałaganu. Stanisław Ogrodowski stwierdził, że nic nie zginęło. Później okazało się, że morderca ukradł 150 złotych.

Gdzie jest Staś?

Kto i dlaczego zabił Marię Ogrodowską? Przed taką zagadką stanęła poznańska policja. Ale pojawiło się też inne, niemniej ważne pytanie: gdzie jest synek Ogrodowskich? Siedmioletni Staś udał się rano do szkoły. Lekcje skończył około południa i wtedy widziano go po raz ostatni.

Chłopiec mógł wrócić do domu i doznać szoku na widok zmasakrowanych zwłok matki. Być może uciekł przerażony i błąkał się gdzieś po mieście. Jednak taka wersja – mimo iż życzono sobie, żeby okazała się zgodna z prawdą – była wątpliwa. W jaki sposób siedmiolatek wszedłby do zamkniętego mieszkania? Był za mały, żeby rodzice dawali mu klucz. Zawsze pukał i otwierała mu matka, która o tej porze gotowała obiad.

Bardziej prawdopodobne było, że Staś podzielił los matki. Wprawdzie w mieszkaniu nie natrafiono na ślady drugiej zbrodni, jednak sprawca nie musiał go zabijać tutaj. Mógł zaczaić się na niego w pobliżu domu, wyprowadzić w jakieś odludne miejsce i tam pozbawić go życia. Może Staś znał mordercę matki i tamten bał się, że chłopiec wskaże go policji?

Staś Ogrodowski fot, Tajny Detektyw

Albo inna ewentualność, trochę bardziej optymistyczna. Dziecko z jakichś powodów zostało porwane i jest gdzieś przetrzymywane. Może zabójcy Ogrodowskiej chodziło nie o nią, lecz o Stasia, i zabił kobietę, żeby nie przeszkadzała w uprowadzeniu jej syna? Tak czy inaczej, to nie mogły być dwie odrębne sprawy, zaginięcie chłopca musiało być powiązane z zabójstwem jego matki.

Poszukiwania Stasia Ogrodowskiego były prowadzone na terenie całego Poznania. Potem rozszerzono je na ościenne wsie i osady. Wywiadowcy policyjni odtworzyli przypuszczalną drogę powrotną chłopca ze szkoły św. Marcina do domu i pytali o niego przechodniów, ulicznych handlarzy, właścicieli sklepów i warsztatów rzemieślniczych. Nikt go nie widział.

 Szokujące ustalenia

Po trzech dniach od zaginięcia po mieście rozeszła się wiadomość o zwłokach dziecka, rzekomo znalezionych w kanale za stadionem Lecha Poznań na przedmieściu Dębiec. Okazało się jednak, że była to plotka. Mijały dni, potem tygodnie, ale nie natrafiono na żaden ślad Stasia. Prasa publikowała zdjęcia chłopca i komunikaty o zaginięciu, co się jednak z nim stało, wciąż pozostawało zagadką.

Bardziej owocne było śledztwo w sprawie zabójstwa Marii Ogrodowskiej. Tak się przynajmniej wtedy wydawało. Ze statystyk policyjnych wynika, że sprawcami morderstw nader często okazują się członkowie najbliższej rodziny ofiary. Zwrócono baczniejszą uwagę na Stanisława Ogrodowskiego.

Kierownik warsztatów kolejowych, a także sekretarz związków zawodowych, na pierwszy rzut oka prezentował się jako sumienny, troskliwy mąż i ojciec. W rzeczywistości nie był wcale taki nieskazitelny. Znajomi rodziny powiedzieli policji, że 41-letni Ogrodowski często kłócił się z żoną, podejrzewał, że go zdradza, dopuszczał się wobec niej rękoczynów.

Policja przeprowadziła u niego rewizję. Jej plon był szokujący. W biurku kierownika warsztatów znaleziono tekturową teczkę z plikiem artykułów wyciętych z gazet; wszystkie dotyczyły zabójstw popełnionych przez mężów na żonach.

– Kiedyś po kłótni z Marią, Ogrodowski odgrażał się, że ją zabije. Mówił, że czytał w gazecie, że jakiś zbrodniarz został skazany za zamordowanie żony tylko na dwa lata, i twierdził, że on też więcej by nie dostał – powiedzieli policji znajomi Ogrodowskich.

I jeszcze jedna znamienna rzecz z czasów dzieciństwa Stanisława Ogrodowskiego. Jako chłopiec łapał koty, wypalał im oczy i patrzył, jak się męczą. Świadczyło to, że był zdolny zarówno do zabójstwa żony, jak i synka.

Policja aresztowała go. Mężczyzna utrzymywał, że jest niewinny. Mówił, że ma alibi. Całą noc z 3 na 4 października pracował w warsztatach. Do domu wyszedł o godzinie czwartej nad ranem. Twierdził, że już wtedy drzwi do mieszkania były zamknięte i nie mógł się dostać do środka. Ale niczego jeszcze nie podejrzewał, myślał, że żona i syn śpią. Przez dwie godziny chodził po mieście, zaszedł do portierni w zakładzie pracy, po czym znowu udał się do domu i ponownie nie mógł wejść. W tej sytuacji odwiedził szwagra. Przesiedział u niego do godziny piętnastej. Gdy za trzecim razem nie dostał się do mieszkania, powiadomił policję.

Osoby, z którymi widział się tego dnia Ogrodowski, potwierdziły jego wersję,  co jednak nie świadczyło, że był niewinny. Między jednym a drugim spotkaniem z całą pewnością mógł dopuścić się morderstwa. Żonę podejrzewał o zdradę, więc motyw zbrodni był jasny. A co ze Stasiem? Czy byłby zdolny zabić własnego syna?

– Nie zrobiłem tego, nie zamordowałem, ani żony, ani Stasia. Jak możecie w ogóle myśleć, że mógłbym pozbawić życia tych, których kochałem? – bronił się uparcie.

Dziesiątego dnia śledztwa nastąpił przełom. Ogrodowski najpierw mówił policji, że po nocach prześladuje go zjawa Stasia. A potem oświadczył, że przyznaje się do zabójstwa żony.

To nie były włosy męża

Co prawda, po kilku minutach odwołał zeznanie, tłumacząc, że powiedział tak, bo był zmęczony przesłuchaniem i chciał, żeby policja dała mu wreszcie spokój, jednak dla prokuratora nie miało to znaczenia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przyznałby się do zabójstwa, którego nie popełnił.

Ale to jeszcze nie oznaczało końca śledztwa. Wciąż nie odnaleziono Stasia. O ile można było sobie wyobrazić, że Ogrodowski zamordował żonę na tle zazdrości, to zabójstwo dziecka jakoś do niego nie pasowało. Nawet biorąc pod uwagę jego sadystyczne skłonności. Gdy znęcał się nad kotami, sam był chłopcem. Teraz był dojrzałym mężczyzną.

27 listopada 1933 roku powiadomiono władze śledcze o znalezieniu na przedmieściu Sołacz szczątków małego chłopca. Zwłoki leżały twarzą do ziemi. Były nadgryzione przez dzikie zwierzęta. Stan rozkładu uniemożliwiał identyfikację. Jednakże kilka kroków dalej znaleziono zeszyty szkolne podpisane „Staś Ogrodowski”. Krewni rozpoznali też buciki chłopca. Z powodu zaawansowanego rozkładu ciała patologom trudno było ustalić przyczynę zgonu, niemniej ślady sugerowały uduszenie gwałtowne.

W tych dniach nastąpił nieoczekiwany zwrot w śledztwie. A w zasadzie dwa zwroty. Podczas sekcji zwłok Marii Ogrodowskiej zabezpieczono kosmyk włosów, trzymanych przez kobietę w chwili śmierci w zaciśniętej dłoni. Słusznie przyjęto, że pozostawił je zabójca. Tyle tylko, że nie były to włosy Stanisława Ogrodowskiego. Jak wykazały wyniki badań, które właśnie przyszły, włosy należały do innego mężczyzny.

I druga sensacja. 30 listopada policja zatrzymała pod zarzutem kradzieży Kazimierza Łabędziewicza, ślusarza w warsztatach kolejowych w Poznaniu – a zatem podwładnego Stanisława Ogrodowskiego. Nie byłoby w tym niczego osobliwego, gdyby nie kilka faktów. Łabędziewicz zakończył niedawno we Wronkach odsiadywanie kary 15 lat za zabójstwo. Był dobrze znany policji i w przestępczym półświatku Poznania. Nie bał się mokrej roboty. Nosił ksywę „Krwawy Kazik” i słynął z tego, że dusił swoje ofiary.

Łabędziewicz miał charakterystyczny, przenikliwy wzrok. Amatorsko zajmował się hipnozą. Okazało się, że mężczyzna o takim właśnie niepokojącym spojrzeniu odwiedzał w ostatnich tygodniach sąd w Poznaniu i prosił do wglądu akta sprawy Ogrodowskiego.

To nie mógł być przypadek. Drobne oskarżenie zamieniło się w zarzut podwójnego morderstwa, kiedy ustalono, że włosy, które ściskała w dłoni Maria Ogrodowska, ponad wszelką wątpliwość pochodziły od Łabędziewicza. Gra była skończona. Stanisław Ogrodowski został oczyszczony z podejrzeń i wypuszczony na wolność. Jego miejsce w celi aresztu zajął „Krwawy Kazik”.

Przypadkowa znajomość

Początkowo Łabędziewicz zaprzeczał, że zamordował Ogrodowską i Stasia. Jednak dowody coraz bardziej go pogrążały. Zdecydował się więc przyznać do winy.

Po opuszczeniu więzienia we Wronkach zatrudnił się w warsztatach kolejowych. Poszedł do pracy, żeby policja się go nie czepiała, ale nie zamierzał w niej długo zagrzać miejsca. Uczciwe zajęcie nie było dla niego.

Znajomość z Marią Ogrodowską zawarł przez przypadek. 12 września 1933 roku w Poznaniu bawił z wizytą państwową prezydent RP  Ignacy Mościcki. Z tej okazji Stanisław Ogrodowski poszedł z kolegami na wódkę. Gdy pijany do nieprzytomności wracał do domu, zauważył go na ulicy Kazimierz Łabędziewicz i zaopiekował się nim. Odprowadził go do mieszkania i przekazał żonie.

– Przypominam sobie! Rzeczywiście upiłem się wtedy strasznie. Jakiś mężczyzna mnie odprowadził do domu. Nazajutrz Maria mówiła mi, że ten człowiek przedstawił się jako ślusarz, chociaż jej zdaniem nie wyglądał na robotnika, miał delikatne ręce. Nigdy bym nie pomyślał, że to on… – zeznał Ogrodowski.

Łabędziewicz uznał, że przysługa, jaką oddał kierownikowi, i nawiązanie znajomości z jego żoną, mogą mu się przydać. Zaczął przychodzić do Marii i przy pomocy swoich hipnotyzerskich zdolności wyciągał ją na zwierzenia.

– Żaliła się, że źle żyje z mężem, który podobno ją bił. Powiedziała mi, że myśli o tym, by się go pozbyć. Pytała, czy nie załatwiłbym jej trucizny – zeznawał Łabędziewicz. Czy rzeczywiście Ogrodowska chciała zabić męża, nie wiadomo. Nie żyła, więc nie mogła potwierdzić, ani zaprzeczyć.

Po kilku tygodniach „Krwawy Kazik” zaplanował, że ją zabije. Był w sytuacji podbramkowej, jego kochanka oznajmiła mu, że jest w ciąży. Nie chciał dziecka i zdecydował, że powinna usunąć płód. Obiecał, że zdobędzie pieniądze na pokątną aborcję.

Bez okoliczności łagodzących

3 października wziął ze sobą młotek i przyszedł do Ogrodowskiej wczesnym rankiem, gdy mąż był w pracy, a synek w szkole. Wiedział, że znajdzie pieniądze, bo dzień wcześniej mąż Marii brał pobory.

Po przywitaniu się z nią, ogłuszył ją dwoma silnymi ciosami młotka w głowę. Następnie udusił ręcznikiem. Zdjął z niej bieliznę, pozorując mord na tle seksualnym. Z szafki w pokoju zabrał 150 złotych. Udał się nad Wartę i wrzucił do rzeki poplamiony krwią młotek oraz klucze, którymi zamknął mieszkanie.

Pomyślał, że musi jeszcze pozbyć się chłopca. Staś go znał. W  razie przesłuchania na policji powiedziałby o jego wizytach. Czekał na niego pod szkołą św. Marcina. Gdy Staś skończył lekcje, Łabędziewicz udając, że to przypadkowe spotkanie, namówił chłopca na spacer. Wyprowadził go na przedmieście Sołacz. Za barakami cegielni udusił Stasia i porzucił zwłoki.

Kilka dni później ku swojemu zaskoczeniu dowiedział się, że aresztowano Ogrodowskiego. Był jednak ostrożny i na razie nie ruszał zrabowanych pieniędzy. Nie miał pewności, czy policja rzeczywiście podejrzewa męża Marii o morderstwo, czy też puściła w obieg tę informację, żeby zmylić prawdziwego sprawcę. Dlatego chodził do sądu i przeglądał akta tej sprawy.

„Krwawy Kazik” odpowiadał w trybie doraźnym za zabójstwo Marii i Stasia Ogrodowskich. W zasadzie nie miał nic sensownego do powiedzenia. Przyznał się do winy i prosił o łagodny wymiar kary. Żadne okoliczności łagodzące  nie zostały zastosowane wobec podwójnego mordercy. 29 grudnia 1933 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał Kazimierza Łabędziewicza na karę śmierci przez powieszenie. Prezydent RP nie skorzystał z przysługującego mu prawa do ułaskawienia zbrodniarza. Egzekucję wykonano następnego dnia.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*