MAMIE STAŁO SIĘ COŚ ZŁEGO

Nastolatek kilka razy dzwonił do matki, ale jej telefon odbierał ojciec. Mówił, że wyszła do sklepu bez komórki, kąpie się, wzięła proszek i zasnęła. Wyjaśnienia brzmiały niepokojąco. Wkrótce znaleziono ciała obojga.

 O 1.20 w nocy zobaczył na wyświetlaczu jej numer. Nie usłyszał jednak jej głosu. To znowu był ojciec. – Coś złego stało się z twoją matką – powiedział stłumionym głosem i zamilkł, po czym rozłączył się, zanim syn zdążył zapytać o szczegóły.

Życie to nie serial

Swego czasu sporą popularnością cieszył się telewizyjny serial o komisarzu „Alexie” – policyjnym psie tropiącym – i jego przewodniku, oficerze dochodzeniowym. Nie było zagadki kryminalnej, której razem by nie rozwiązali i nie było zbirów, których nie udałoby im się pokonać. W każdym odcinku dobro zwyciężało zło.

Owczarek „Wadul” i jego opiekun, młodszy aspirant Artur M., z komisariatu policji w Terespolu to postacie prawdziwe, a nie wymyślone przez scenarzystów. Jednak mieli na koncie sukcesy nie mniejsze niż serialowa para. Media często donosiły o spektakularnych akcjach, w których brali udział.

W lutym 2010 roku Artur M. i jego czworonożny przyjaciel wytropili bandytów, którzy obrabowali sklep spożywczy w miejscowości Neple. Miesiąc później odnaleźli starszego człowieka,  który wyszedł z domu i zabłądził w przygranicznym lesie. Gdyby nie aspirant M. i „Wadul” mężczyzna zamarzłby na śmierć. W grudniu 2010 roku doszło do włamania do budynku stacji paliw w Terespolu. Sprawcy wybili okienko wystawowe i zabrali znajdujące się w zasięgu ręki papierosy, słodycze i piwo o wartości około 1000 złotych. Daleko nie uciekli. Policja trafiła do nich po wskazaniu tropu przez „Wadula”. Podobnych przykładów było więcej.

Na sukcesach w służbie policyjnej kończą się jednak podobieństwa Artura M. z serialowym detektywem.

Skazani na samotność

Przewodnik „Alexa” zaczyna dzień od wesołej zabawy z psem, potem razem z nim łapie przestępców, a wieczorem idzie na randkę z dziewczyną albo spotyka się z przyjaciółmi w pubie. Jest nieodmiennie radosny i pełen optymizmu.

Artur M. żył i zachowywał się zupełnie inaczej. Na pozór  jednak wydawał się człowiekiem spełnionym. Miał piękną, inteligentną żonę i udanego syna, jego kariera zawodowa w policji nabierała rozpędu. Nie został policjantem z przypadku, zawsze chciał nim być. Pochodził ze wsi Kłoda Duża w gminie Zalesie. Do służby w policji  wstąpił na początku lat 90. Pracował w Wydziale Prewencji w komisariacie w Terespolu. Lubił zwierzęta, miał do nich podejście, został więc przewodnikiem psa tropiącego.

Żona zawsze czekała na niego w domu z gorącym posiłkiem, dogadzała mu we wszystkim i wyręczała w niektórych obowiązkach. Syn dobrze się uczył, nie sprawiał problemów. Zajmowali ładnie urządzone mieszkanie na jednym z osiedli bloków w Terespolu. Mieli przyjaciół.

Artur M. nie był jednak szczęśliwy, nic go nie cieszyło. Po udanych policyjnych akcjach dziennikarze lokalnej telewizji czasami robili z nim wywiady. Artur nie kreował się na super herosa. Do kamery mówił cichym, zmęczonym głosem. Na jego twarzy malowało się przygnębienie.

Serial o komisarzu „Alexie” nie ukazuje prawdy o pracy  przewodników policyjnych psów tropiących. Tylko ktoś, kto nie zna jej realiów, może pomyśleć, że jest łatwa i przyjemna – bo cóż taki gliniarz ma do roboty, przecież wszystko wykonuje za niego pies.

Mało kto wie, że przewodnicy psów policyjnych to ludzie skazani na samotność. Większość służby spędzają z psem i rzadko mają okazję do pogawędki z kolegami. A w policji – jak w każdej innej pracy – są większe i mniejsze problemy, jest zmęczenie, zawiść, intrygi, niesprawiedliwi zwierzchnicy.

– Dobrze jest więc od czasu do czasu wyżalić się kumplowi, co nas boli, co się nam nie podoba, co chcielibyśmy  zmienić. Albo po prostu porozmawiać na inne, luźne tematy. Niestety, przewodnicy zazwyczaj mogą pogadać tylko z psem – powiedział jeden z dawnych kolegów Artura M.

Zwalczał stres alkoholem

Dodatkową niedogodnością jest to, że przewodnicy psów policyjnych pracują w zasadzie w nienormowanym czasie, często w nocy. Na tym między innymi polega specyfika pracy w policji, niedobrze jednak, gdy staje się regułą.

Wielogodzinna służba o różnych porach dniach i nocy utrudnia relacje z najbliższymi. Ileż to razy Artur M. musiał w ostatniej chwili zrezygnować z udziału w rodzinnej uroczystości, albo z wycieczki z żoną i synem nad jezioro, bo coś się wydarzyło, zadzwonili do niego i musiał się stawić w pracy.

Przewodników psów jest niewielu i nie można za bardzo liczyć na zastępstwo.  Artur M. żalił się kolegom, że szefostwo przydziela mu prawie wyłącznie nocne służby, jego prośby o zmiany godzin pozostają bez echa. A gdy go pocieszali, że jest popularny, bo pokazują go w telewizji, mówił, że to nie jest dla niego ważne.

– Od wywiadów wolałbym kasę, ale to marzenie ściętej głowy – tłumaczył zgorzkniały. Chodziło mu o to, że nagrody za jego sukcesy trafiały do przełożonych,  a nie do niego.

Później już się nie żalił, bo zdawał sobie sprawę, że stoi na przegranej pozycji. Koledzy wysłuchają go, ale nic nie zrobią, bo kto się wychyli? Coraz bardziej doskwierało mu poczucie wyobcowania i potęgowało w nim stres. Ludzie różnie radzą sobie ze stresem. Jedni oddają się jakiemuś hobby, inni korzystają z pomocy psychologicznej, a niektórzy w ogóle sobie z nim nie radzą. Artur M. próbował zwalczać stres alkoholem.

– Nigdy nie wylewał za kołnierz, jak zresztą wielu z nas powiedzieli byli koledzy aspiranta. – Taka praca, trzeba czasami odreagować i pójść po robocie na kilka piw. Ale „Łysy” (taką miał u nas ksywę) całkowicie się w tym zagubił. Pił coraz więcej, a ostatnio bez wódki nie potrafił funkcjonować.

Przez nadużywanie alkoholu wielu policjantów – nawet tych z osiągnięciami – musiało pożegnać się ze służbą. Artur M. doskonale o tym wiedział, jeden z jego kumpli właśnie z tego powodu wyleciał kilka lat wcześniej z policji. Podobnie jak on, był przewodnikiem psa. Po kłótni w domu, usiadł w stanie wskazującym za kierownicę i uderzył samochodem w drzewo.

Niestety przypadek kolegi nie był dla Artura przestrogą. Wciąż pił, balansując na krawędzi, czasami przed służbą musiał wypić setkę. Koledzy wiedzieli o jego nałogu. Ostrzegali, że jeśli nie przestanie pić, to zostanie wydalony ze służby. Przyrzekał, że się zmieni, zacznie leczenie – ale brakowało mu siły i motywacji, by nie tylko zerwać z nałogiem, ale nawet próbować z nim walczyć. Miał przy tym sporo szczęścia. Nigdy nie wpadł na piciu w pracy, ani gdy prowadził samochód, udawało mu się więc uniknąć najbardziej dotkliwych konsekwencji służbowych.

 Droga do zatracenia

W pracy jakoś się trzymał. Nie było po nim widać, że wypił, nie popełniał rażących błędów, a jeśli coś skopał, to kryli go kumple. To była źle pojęta solidarność, ale dopiero gdy doszło do nieszczęścia, zrozumieli, że w ten sposób wcale mu nie pomagali, a tylko ułatwiali koledze marsz na dno.

Najbardziej cierpiała rodzina. Wypity alkohol najbardziej uderzał mu do głowy, gdy po pracy wracał do domu. Pretensje, awantury, wyzwiska – to wszystko było stałym punktem jego zachowania wobec najbliższych Wypominał żonie, że go nie rozumie, podejrzewał, że w gruncie rzeczy żałuje, że wyszła za takiego nieudacznika, i że pewnie ma kochanka.

Anna i ich syn błagali go, żeby się opamiętał, poszedł na kurację odwykową, a w ostateczności, żeby zmienił pracę, skoro to przez nią tak pije. Wielokrotnie obiecywał poprawę, przyrzekał, że będzie się leczył i odstawiał wódkę na miesiąc albo dwa. Na dłużej nie był w stanie. Potem cały koszmar wracał ze zdwojoną siłą. Nie dostrzegał, że niszczy swoje małżeństwo. Nie widział spojrzeń syna, gdy po pijanemu kłócił się z matką. A jeśli nawet widział, nic z sobą nie robił. Butelka była dla niego najważniejsza.

Anna cierpiała tym bardziej, że wciąż kochała męża. Wiedziała, że i on w gruncie rzeczy cierpi, szarpie się z sobą i chciałby być taki jak dawniej. Ale z coraz większym trudem tolerowała jego nałóg. Widziała, jaki wpływ ma pijaństwo Artura na zachowanie syna, który ostatnio stał się bardzo nerwowy i zaczął opuszczać się w nauce.  Jego w pierwszej kolejności postanowiła ratować.

Na początku 2012 r.  Anna M. wyprowadziła się z synem na stancję. Po 16 latach małżeństwa z Arturem, znoszeniu jego pijaństwa, i po wszystkich nadziejach, że będzie lepiej, ale nigdy nie było, poddała się.

Artur w tym czasie przebywał od kilku miesięcy na zwolnieniu lekarskim. Koledze, którego raz spotkał na mieście, powiedział, że bierze się za siebie. Najwyższy czas odstawić alkohol, zacząć lepiej się odżywiać i myśleć pozytywnie. Niedługo kończyło mu się zwolnienie, chciał być w formie.

To były jednak tylko słowa. Nie zerwał z nałogiem, chociaż przebywając w domu, nie mógł już tłumaczyć pijaństwa stresem w pracy. Któregoś dnia obudził się skacowany w pustym mieszkaniu.

Odejście Anny odebrał jako ostateczny dowód jej zdrady. Był przekonany, że żona ma kochanka, więc wydzwaniał do niej i żądał, żeby mu powiedziała prawdę. Terespol to niewielkie miasteczko, bez większego trudu wyśledził, gdzie zamieszkała z synem. Zaczął ją nachodzić. Często był tak pijany, że ledwie trzymał się na nogach.

Nie unikała go. Mimo iż się od niego wyprowadziła, nie stał się dla niej wrogiem. Martwiła się o niego, dzwoniła, żeby wiedzieć, jak sobie radzi bez niej. Nie w głowie jej były romanse, musiała zarobić na utrzymanie, wyprawić syna do szkoły, przypilnować go przy lekcjach. Żeby dorobić do skromnego budżetu, sprzedawała na targu słodycze i papierosy przywożone z Ukrainy. Tłumaczyła to wszystko Arturowi, ale on nie przyjmował do wiadomości jej wyjaśnień.

Ponadto żądał, żeby wrócili do niego. Argumentował, że ma prawo do kontaktów z synem. Przecież nigdy nie zrobił mu krzywdy, Anna pomijała milczeniem te argumenty, nie chciała dolewać oliwy do ognia. Odpowiadała, że nie odbiera mu tego prawa. Jednak jak chce się z nim widywać, musi być trzeźwy. Nie wykluczała, że jeśli na serio, a nie żeby znowu ją oszukać, zacznie walczyć ze swoim nałogiem, znowu być może będą rodziną.

Ostatnie spotkanie

 5 marca 2012 roku po południu Anna M. zostawiła syna z babcią i poszła spotkać się z mężem. Co się tego dnia wydarzyło w mieszkaniu policjanta przy ulicy Zygmunta Starego, nie wiadomo. I raczej nikt nigdy się nie dowie.

Sąsiedzi nie słyszeli odgłosów awantury. Ale to nic nie znaczy, kłótnie, nawet te najbardziej zażarte nie zawsze są głośne i nie zawsze towarzyszy im rumor przewracanych mebli. Na pewno spotkaniu małżonków musiały towarzyszyć wielkie emocje.

Anna M. powiedziała do syna, że wróci pod wieczór. Długo jednak nie wracała, zaczął się niepokoić. Próbował porozmawiać z nią przez telefon, jednak odbierał ojciec. Wymyślał różne powody, dla których Anna nie mogła rozmawiać: poszła do sklepu bez telefonu, jest w łazience, zasnęła. Uspokajał syna, że wszystko dobrze, mama niedługo do niego wróci. Muszą jednak jeszcze porozmawiać. W jego głosie było coś złowieszczego.

Dwadzieścia po pierwszej w nocy Artur M. zadzwonił do niego i powiedział, że z jego matką stało się coś złego. Nie wyjaśnił jednak co, zaraz się rozłączył.

Szesnastolatek powiadomił dziadka i policję o dziwnym zachowaniu ojca. Wspólnie udali się do mieszkania Artura M. Drzwi były otwarte. Anna M. leżała w kuchni z zaciśniętą smyczą na szyi, nie dając oznak życia. Lekarz stwierdził zgon 35-letniej kobiety. Przyczyną było uduszenie. Nigdzie nie było Artura M.

Przy zwłokach Anny policja znalazła list pożegnalny napisany przez jej męża. Przyznał się w nim do uduszenia żony i zapowiadał, że nie widzi już sensu dalszego życia po tym, co zrobił, i jedzie na wieś do dziadka, żeby popełnić samobójstwo. Znaleziono go w lesie powieszonego na drzewie.

W kilka dni później w Zakładzie Medycyny Sądowej przeprowadzono sekcję zwłok małżonków. Potwierdziły się ustalenia wstępne: Artur M. udusił żonę smyczą, a następnie powiesił się. Wobec samobójczej śmierci sprawcy zabójstwa prokuratura umorzyła postępowanie.

Przełożeni Artura M. ponoć próbowali mu jednak pomóc. Wiedząc o jego problemie z alkoholem, na początku marca 2012 r., gdy Arturowi M. kończyło się zwolnienie lekarskie, proponowali mu skorzystanie z pomocy policyjnego psychologa. On jednak odmówił, twierdząc, że chodzi prywatnie do psychiatry na terapię.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*