UNIEWINNIONY I SKAZANY

Jacek Wach po ogłoszeniu wyrokufot. Stanisław Brzozowski

 Z dożywotnim wyrokiem za zabójstwo biznesmena z Suwałk, Jacek Wach powoli zapominał o wolnym świecie. Odsiedział 15 lat jako zabójca.  Nagle, w 2013 roku, jego kumpla „ruszyło sumienie”. Wiesław S. wyznał, że naprawdę to on zabił, wskazał też miejsce, gdzie zakopał trupa. 

Temida ze wstydem musiała przyznać, że w pierwszym procesie, który przeszedł przez wszystkie instancje, biegli błędnie zidentyfikowali zwłoki, a corpus delicti pochodził z zupełnie innego kryminału. W tej sytuacji Sąd Najwyższy uchylił wyrok skazujący Jacka Wacha i wznowił postępowanie.

Mężczyzna wyszedł na wolność i przez ostatnie lata, w świetle kamer, publicznie piętnował błędy wymiaru sprawiedliwości. W powtórzonym procesie, który 28 maja zakończył się przed Sądem Okręgowym w Olsztynie, 66-letni dziś Jacek Wach zgodnie z oczekiwaniami został uniewinniony od zarzutu zabójstwa mieszkańca Suwałk. Ale skazany został za jego porwanie, na 10 lat więzienia. Wyrok nie jest prawomocny. Mężczyzna raczej nie wróci jednak za kratki; to co odsiedział niesłusznie i możliwość łączenia wyroków, prawdopodobnie pozwolą mu zachować wolność.

Uprowadzenie gangstera

Ta bezprecedensowa sprawa wzięła się z rywalizacji dwóch lokalnych grup przestępczych w Suwałkach.  Miasto było za  małe dla ambicji Tomasza S. „Sadzy” i Krzysztofa A.  W Suwałkach w latach dziewięćdziesiątych kwitł nie tylko handel przemycanymi ze Wschodu papierosami.

Dzień przed wigilią 1997 roku, gdy Krzysztof A., w świątecznym już nastroju zajeżdżał pod dom, jego auto wyleciało w powietrze. Mężczyzna przeżył, choć trzeba było mu amputować część nogi. Cierpiał i miał swoje podejrzenia, lecz z policją współpracować ani myślał. Szukał winnych swoimi kanałami. Trwało to dobry rok, a rolę głównego śledczego wziął na siebie Jacek Wach. Długa lista jego wyroków i kryminalne doświadczenie wyrobiły mu markę w środowisku przestępczym.

Wach znał obydwu suwalskich bossów. Gdy wydało się, że w zamach bombowy zamieszany jest Tomasz S., miał osobisty powód do zajęcia się sprawą. Gdy przebywał jeszcze w zakładzie karnym, tenże Tomasz S. utrzymywał bliskie kontakty z jego ówczesną żoną. W takiej to „rodzinnej” atmosferze w kwietniu 1999 roku w Suwałkach porwany został Tomasz S.

Jacyś wynajęci osobnicy, zaprosili niespodziewającego się zasadzki gangstera do swojego samochodu. Od nich sprawę przejęli główni zainteresowani, Krzysztof A. i Jacek Wach. Założenia były chyba takie, żeby „Sadza” przyznał się do podłożenia bomby i oddał się w ręce sprawiedliwości. Ten najwyraźniej nie miał na to ochoty. Skoro nie udało się po dobroci, spróbowali przemocą.

Wcześniej jednak Jacek Wach zorganizował transport Tomasza S. z Suwałk do Plusek pod Olsztynem. Znał tam niejakiego Wiesława S., o którym nawet sąsiedzi mówili „Czarny Diabeł”. Mężczyzna był prawdziwie szalony, także w medycznym sensie. Tomasz S. trzymany był u niego w metalowej klatce dla psów. Przez kilka przynajmniej dni torturowano go, żeby się przyznał, między innymi  przewiercono mu kolano „żeby poczuł, jak to boli”.

Kto i co? – dokładny podział ról, trudny jest dziś do ustalenia. Każdy z uczestników porwania Tomasza S. i „krwawej łaźni nad jeziorem”, po zatrzymaniu, myślał przede wszystkim o ratowaniu własnej skóry. A „Czarny Diabeł” ze swoimi „żółtymi papierami” mógł gadać, co mu się żywnie podobało, groził mu najwyżej szpital wariatów.

Sądowa pomyłka

Wersja, jaką w 2003 roku przyjął zajmujący się jako pierwszy sprawą Sąd Okręgowy w Suwałkach, była taka, że po wszystkich mękach Tomasz S. został dobity przynajmniej dwoma strzałami z broni palnej, a strzelał Jacek Wach. Sąd w Suwałkach, po nim zaś sądy odwoławcze, przyjęły także, że ciało ofiary zostało poćwiartowane i pogrzebane w różnych miejscach, m.in. utopione w Jeziorze Plusznem. Potwierdzać miał to fakt, że akurat latem 1999 roku w jeziorze w Pluskach przygodny wędkarz natrafił na reklamówkę z fragmentami ludzkiego ciała. Dalsze poszukiwania ujawniły następne makabryczne pakunki w reklamówkach ze Świętym Mikołajem. Wisielczy humor bardzo pasował do przestępczego świata.

Rozpoznanie zwłok i ekspertyza medyczna w tej sprawie była pośpieszna i mocno życzeniowa. Jacek Wach został na jej podstawie skazany na dożywocie. Natomiast zleceniodawca zemsty Krzysztof A. na 10 lat, wykonawcy porwania na kilkuletnie wyroki, zaś Wiesław S. w ogóle nie był sądzony i trafił do szpitala psychiatrycznego w Kocborowie, chociaż bronił się, jak mógł. Już wtedy wykazywał błędy w opinii. Dziś biją one w oczy – chodziło na przykład o stan uzębienia Tomasza S. i głowy odnalezionej w jeziorze – ale wówczas wszyscy (policjanci, prokuratorzy, sędziowie) dali się zasugerować.

Tymczasem zaginięcie Tomasza S. „Sadzy” z Suwałk nie było jedynym niewyjaśnionym epizodem kryminalnym na Warmii i Mazurach. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych toczyła się w Olsztynie krwawa wojna miejscowych gangów, padło kilka trupów. Pierwszą ofiarą, w lutym 1995, był Dariusz R., trafiony serią ze skorpiona pod swoim blokiem przy ulicy Kanta. Sprawca uciekł w stronę lasu, został po nim tylko spalony samochód. Policyjne śledztwo nic nie dało, chociaż jasne było, że brat zabitego, Krzysztof R. (obecnie za granicą – dwukrotne próby jego ekstradycji z Włoch nie wypaliły), który w chwili zdarzenia akurat siedział w areszcie, sprawy nie zostawi. Rzeczywiście kilka miesięcy później zgłoszono zaginięcie podejrzewanego o zamach na Kanta niejakiego Zdzisława K. ps. „Bocian”. Po latach okazało się, że to jego szczątki były w reklamówkach utopionych w Pluskach, błędnie dopasowano je do sprawy suwalskiej. Może dlatego, że olsztyńska wojna gangów – zamachy, porwania biznesmenów, haracze, narkotyki, samochody – akurat (dokładnie 4 stycznia 2001) zakończyła się masowym aresztowaniem członków obydwu zwalczających się grup. Organa ścigania miały przy tym wiele roboty, więc sprawę porwania i zaginięcia Tomasza S. wolały szybko zamknąć.

Epilog „Czarnego Diabła”

 Tymczasem prawdziwy jej epilog, i to dopiero w 2013 roku, dopisał Wiesław S., ów „Czarny Diabeł” z Plusek. Rewelacje osoby niepoczytalnej mogą rodzić znaki zapytania, mężczyzna wskazał jednak prawdziwy grób biznesmena z Suwałk. Wykopane kości – tym razem z zachowaniem podwójnej staranności – biegli rozpoznali jako rzeczywiste szczątki Tomasza S.

Wersja zabójstwa mężczyzny podana przez Wiesława S., wygląda tak. Męczony i torturowany w Pluskach Tomasz S. przyznał się ostatecznie do podłożenia bomby pod autem konkurenta. Kiedy podpisał stosowne oświadczenie, miał zostać wypuszczony. Z Plusek miał go wywieźć właśnie Wiesław S. Nie ujechali daleko. Tomasz S. był poraniony i ciągle miał skrępowane ręce, ale powoli odzyskiwał gangsterski wigor, podobno zapowiadał odwet. Wtedy Wiesław S. zatrzymał samochód, wywlókł mężczyznę do lasu i przywiązał do drzewa. Wrócił do wioski, oznajmiając kolegom, że załatwił sprawę i „Sadzę” zgodnie z umową wypuścił. Tymczasem, gdy towarzystwo się rozjechało, wziął z domu łopatę i na piechotę wrócił do lasu. Stalową linką udusił przywiązanego do drzewa Tomasza K., a potem wykopał mu grób. Nie śpieszył się, zdążył obrócić do domu po worek wapna, który wysypał na zwłoki. Potem jeszcze przyjeżdżał autem, jeździł po mogile, aby uklepać ziemię.

Miejsce jednak zapamiętał dokładnie, po kilkunastu latach wskazał je bez pudła.

Dzięki temu Jacek Wach odzyskał wolność. Sąd Okręgowy w Olsztynie, wyrokiem z 28 maja 2020 uniewinnił go od zabójstwa Tomasza S. Uznany został jedynie winnym udziału w porwaniu mieszkańca Suwałk. Skazując za to Wacha na 10 lat pozbawienia wolności, sąd podkreślił jego pierwszoplanową rolę w porwaniu.

W sumie mała to pociecha i słabe wytłumaczenie jednej z największych w ostatnich dekadach sądowych pomyłek.

Stanisław Brzozowski

 

 

 

Fot 1. Jacek Wach w czasie odbywania wyroku dożywocia

Fot. Marek Książek

Fot 2. Jacek Wach po ogłoszeniu wyroku

Stanisław Brzozowski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*