AGNIESZKA JUŻ TU NIE MIESZKA

Agnieszka, atrakcyjna 40-latka, matka trójki dzieci wynajmowała mieszkanie na warszawskiej Białołęce, zaledwie trzy miesiące. Zdążyła się ze swoim najemcą 60-letnim Janem T.  mocno zaprzyjaźnić. Ta przyjaźń miała jednak tragiczny dla niej finał.

W trakcie wieczornego grilla w lipcu 2017 roku, na którym Jan T.  i Agnieszka chcieli uczcić decyzję o wspólnym zamieszkaniu, raczyli się winem, piwem i muzyką. Agnieszka miała się wprowadzić do części mieszkalnej Jana, zostawiając dotychczas wynajmowaną u niego przestrzeń. Zabawę zakończyło morderstwo.

– Jestem niewinny! – krzyczał po wydaniu orzeczenia mężczyzna, którego policja wyprowadziła z sali sądowej. – To nie ja, ja tego nie zrobiłem –  rzucił w stronę rodziców pokrzywdzonej.

To była apelacja od wyroku sądu I instancji, skazującego Jana na 15 lat pozbawienia wolności.

– Wyrok pierwszej instancji był nie lada zaskoczeniem. On powinien siedzieć co najmniej 25 lat. Na dożywocie może jest już za stary – przekonywali w rozmowie  ze mną rodzice zamordowanej.

4 marca 2020 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zmienił pierwotną decyzję i postanowił pozbawić Jana T. wolności na lat 25.

Dobry aktor czy pechowiec

 Jan T. lubi teatralne gesty. W trakcie procesu, trwającego od kwietnia 2018 roku, wielokrotnie przyjmował postawę cierpiętniczą (płacz), a to buńczuczną (pewność siebie). Od początku zaprzeczał swojej winie. Zmieniał własne zeznania. Twierdził, że kobieta w trakcie wspólnej imprezy upadła  na szklany stolik i  nadziała się na ostry przedmiot. Jednak rana nie pozostawiła złudzeń – Agnieszka otrzymała cios nożem.

Biegli stwierdzili, że rana podobojczykowa została zadana ciosem drążącym o bardzo dużej sile. „Przebieg kanału tej rany i brak jakichkolwiek śladów w jej brzegach świadczy o tym, że nie mogła powstać od odłamków szkła” – zapisali. Wykluczyli możliwość samoistnego nadziania się na ostry przedmiot. Ponadto na stoliku, na który upaść miała Agnieszka, nie było śladów jej krwi. Jan T. był badany wariografem, zgodził się na nie, gdyż cały czas podkreśla, że to nie on zabił. Jedyne pytanie w trakcie poligraficznego badania, przy którym zareagował nerwowo, dotyczyło ukrycia w domu narzędzia zbrodni.

Gdy Jan T. prosił o uniewinnienie, rzucił jeszcze: – Teraz już wszystko wiem, dziś stało się jasne, kto za zabójstwem tym stoi.

Czy możliwe, że zabił nie on, a ktoś, kogo do dziś policja nie zatrzymała? Wydaje się być to mało prawdopodobne. Jednak zarówno motywu, jak i  noża, którym miano dokonać mordu, nie ustalono.

Jan T. był wcześniej żonaty, kobieta jednak odeszła od niego, zostawiając go z trójką dzieci, w tym z jednym maleńkim.

 – Jest urodzonym pechowcem, tu coś sprzedał, tu stracił, miał ostry konflikt z sąsiadami. Ale też ciągle ktoś mu pomagał – mówi osoba z jego otoczenia. – Nie byłby w stanie zaplanować zbrodni, ani tak sprytnie ukryć noża – dodaje. Inna osoba, która przyjaźniła się  z Janem T., mówi, że nie mógłby zaplanować zbrodni, a po wszystkim ukryć nóż.

Sceneria dramatu

 Agnieszka wynajmowała mieszkanie u sześćdziesięcioletniego właściciela domu od maja 2017 roku. To osobny pokój z kuchnią i niezależnym  – w stosunku do reszty domu – wejściem przez duży taras. To właśnie taras stanie się scenerią nie do końca do dziś wyjaśnionych, tragicznych w skutkach zdarzeń.

– To ja znalazłam jej to mieszkanie – mówi ze łzami w oczach matka Agnieszki. – Do dziś wyrzucam sobie, że przeze mnie tam zamieszkała.

Mężczyzna, według relacji rodziny, nie wydawał się być agresywny. Agnieszka zamieszkała u niego z synem Filipem  i 9-letnią córką Marysią. Najstarsza córka, Dominika mieszka samodzielnie. Jan T. miał także troje dzieci. Najmłodszy syn  przyjaźnił się z córką Agnieszki  Marysią.

Kobieta miała rzekomo mieć problemy finansowe, nie stać jej było na czynsz.

 – To bzdura – zaprzecza w rozmownie ze mną matka Agnieszki, która dowodzi, że płatność za ostatni czynsz osobiście  przywiozła Janowi T. niedługo przed śmiercią córki. Płaciła mu wówczas do rąk tysiąc złotych w gotówce.

– Według mnie nie chodziło w ogóle o pieniądze, on chciał ją od siebie uzależnić – stwierdza.

Jednak sąd I instancji w swoim wyroku (15 lat) przyjmie wersję o niepłaceniu czynszu. Agnieszka i Jan postanawiają razem zamieszkać. Stąd wspólne świętowanie. Wcześniej z kolei doszło między nimi do zbliżenia seksualnego, które to prokurator Misiewicz (autor aktu oskarżenia) przyjmuje w swojej hipotezie jako formę spłaty czynszu przez kobietę.

Agnieszka i Jan pili alkohol. Syn Filip i córka Marysia spali w pokoju, 2 metry od wspomnianego już tarasu, który stanie się scenerią rodzinnego dramatu. W innej części domu spał także syn Jana T., Dominik. Z którym zaprzyjaźnia się sama Agnieszka, często bowiem razem pili piwo i palili papierosy, o co pretensje miał mieć do obojga Jan. Także syn Agnieszki, Filip zarzucał matce, że ta nie ma pracy, jest niezaradna, nie potrafi o nich zadbać,  że mieszkają w „norze”, jak określa wynajmowane od Jana T.  mieszkanie.

Marysia w trakcie tego wieczoru kilkakrotnie przychodziła do matki: – Chodź już spać – zachęcała. Ale ta jej odpowiadała: – Idź spać, mama musi porozmawiać o naszej przyszłości.

 Jest też inna wersja, według której Agnieszka mówiła  córce:  – Idę walczyć o naszą przyszłość.

Krytyczny moment

 Kiedy Jan wszedł z tarasu do pokoju, pozostawiając kobietę na zewnątrz, miało dojść – według jego wersji – do nieszczęśliwego wypadku. Kobieta potknąwszy się, upadła na stolik pełen szkła.  Wedle prokuratury Jan T. zadał w tym momencie śmiertelny cios kobiecie.  Na żadnym etapie nie udało się jednak ustalić, po co miałby to robić. Jaki był motyw zbrodni? Czy miał na oku nową kobietę, której obiecał mieszkanie zajmowane przez czterdziestolatkę? Był szaleńczo zazdrosny o Agnieszkę, jak z kolei zeznawała  jej starsza córka Dominika: – Widziałam esemesy. Jednego dnia dostała ich aż 48. Wyzywał ją od szmat, potem nagle był miły, po paru dniach wyłączył jej ciepłą wodę zeznawała Dominika.

– Te esemesy faktycznie go pogrążą. Trzeba jednak podkreślić, że kobieta go kokietowała, prowokowała. Do tego leczyła się psychiatrycznie, choć nie wiedziała o tym jej rodzina i biorąc leki psychotropowe, piła alkohol – dodaje obrońca oskarżonego.

Czterdziestolatka nie chcąc nęcić go swoją urodą, zrezygnowała z noszenia sukienek – podkreślali jej bliscy. Oskarżony zaś dowodził, że to Agnieszka go kokietowała, podsuwała plan wspólnego życia.

 

 – Wyobraża sobie pani, że tak piękna i młoda kobieta mogłaby być z tym starym dziadem? – retorycznie pyta matka Agnieszki.

Kiedy dochodzi do zabójstwa, czy – jak twierdzi Jan T. – do nieszczęśliwego wypadku, podbiega do Agnieszki by ją ratować.  – Nic z tych rzeczy – mówi jej rodzina. I przywołuje zdarzenia: – Jan poszedł z drugiej strony domu, umył ręce. Obudził syna Dominika, który przybiegł i zaczął ratować Agnieszkę. W trakcie tego  obudził Filipa, który zadzwonił na pogotowie. Wcześniej Jan dzwonił, ale na policję, co przez śledczych zostanie zinterpretowane na jego niekorzyść.

–  Zostaw, przecież już nie ma czego ratować!  – ma jeszcze  rzucić do Filipa.

Sąd pierwszej instancji przyjął, że gdyby ratował Agnieszkę, byłyby ślady na jego beżowej bluzie. Tej nigdy nie zabezpieczono, nie przebadano. Na podstawie rozprysków krwi można byłoby usytuować, gdzie stał on w momencie, gdy doszło do zabójstwa. Rozmazane ślady na jego spodniach i butach świadczyć miały o nieudzielaniu przez Jana T. pomocy umierającej czterdziestolatce.

W tym czasie Filip, syn Agnieszki, zamawia Marysi taksówkę, by ta odwiozła dziewczynkę do jej siostry Dominiki.

 – To też dziwne. Filip i Marysia śpią dosłownie 2 metry od zdarzenia. I nic nie słyszą, nie budzą się na skutek hałasu – podkreśla mecenas Monika Buchlińska, obrończyni Jana T. – Sąsiedzi też nic nie słyszą, w ogóle ten cios zostaje zadany niemal z chirurgiczną precyzją, jak przez zawodowego zabójcę. Nie ma żadnych śladów szarpania, bójki, obrony ze strony kobiety – podkreśla. – Dziecko, czyli Marysia, za moment odjeżdża taksówką do swojej siostry. Nie czeka na policję, zostaje przez brata wsadzona do samochodu. I ani jej, ani taksówkarza nigdy nie przesłuchano. Wszyscy pamiętają, w co dokładnie była ubrana, ale czy coś dodatkowo przy sobie miała, choćby jakiś plecak, tego już nie – zauważa mecenas Buchlińska.

Czy w plecaku dziewczynki ktoś mógł schować narzędzie zbrodni? Trudno w to uwierzyć, ale noża nigdy przecież nie odnaleziono.

  – Skoro nam nie powiedziała, co się wtedy dokładnie stało, a i dziś nie chce wracać do tamtych zdarzeń, odcina się, kiedy rozmawiamy o Agnieszce, to przecież nie podzieliłaby się szczegółami na temat zabójstwa matki z obcym mężczyzną – mówi dziś babcia Marysi o tamtej sytuacji.

Ale może podzieliłaby się na temat relacji matki z Janem T.? Dzieci Agnieszki i Jana lubią się, a majowy grill nie był pierwszym, te były organizowane raz w tygodniu.

Drwina w oczach

 Pogotowie przyjeżdża paręnaście minut po zdarzeniu. Stwierdza zgon kobiety. Cios został zadany narzędziem o ostrzu co najmniej 15-centymetrowym w okolicę podobojczykową. Z dużą siłą.

Oskarżony wraz z obrońcą z urzędu złożyli siedem wniosków dowodowych, w tym o ponowne jego przesłuchanie za pomocą wariografu, przesłuchanie małoletniej córki pokrzywdzonej, czy poddanie  bluzy oskarżonego analizie.

– Policjant powiedział krótko, że skoro nie ma na bluzie widocznych śladów krwi, to tej krwi tam nie ma – podnosi mecenas Kazimierz Pawelec. – Śledztwo było bardzo niestaranne, prokuratura od początku przyjęła, że zabił Jan T. i wszystkie dowody zbierała pod tę hipotezę – dowodzi adwokat.

Wnioski dowodowe złożone podczas apelacji oddalono w całości.

Rodzina pokrzywdzonej stoi na stanowisku, że pomoc, której udzielać miał Jan T. Agnieszce, była pozorowana. Mecenas oskarżycieli posiłkowych mecenas Anna Rurarz argumentowała wprost: – Nie mamy do czynienia z osobą, do której dociera, co się stało. Zachowania pana po dokonaniu czynu nie można widzieć jako ratowanie życia. Pomimo, że pan współdziałał z organami i wyjaśniał, jak mówi obrońca, ale jak różne są te jego wyjaśnienia? – pytała retorycznie pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych. – Nie on dzwonił po karetkę, a Filip. Nie przyznaje się do czynów, ale szuka motywów u innych osób. Pan nie żałuje tego, co zrobił.

– Sąd stwierdza, że Jan T. „jeszcze wezwał pogotowie”, wskazując na to, że starał się zapobiec temu, co się stało – z kolei podnosiła prokurator.  –  Czy by się pokrzywdzonej pomogło, czy nie, i tak by umarła.

Spokój oskarżonego, sekwencyjność włączania osób, do których dzwoni, reakcje – jak choćby ta, że otrząsa się i podejmuje działania mające prowadzić do ratowania życia, zastanawiają. Oskarżony ma mieć ponadto zdolności manipulacyjne czy po prostu niezwykłego wpływania na ludzi. Nie pomogły mu badania psychologiczne (w jednym biegły wprost ocenia badanego, że jest winny zabójstwa), czy sąsiedzi stawiający się na procesie przed Sądem Okręgowym w Warszawie z okrzykiem „morderca!” na ustach.

– Chciał ukryć to, co naprawdę zrobił – wnosiła o apelację na niekorzyść oskarżonego prokuratura, żądając zmiany kary z 15 na 25 pozbawienia wolności.

 – Sąd pierwszej  instancji wziął pod uwagę zamiar nagły w trakcie zdarzenia oraz brak narzędzia zbrodni. Prawdą jest, że przy zamiarze nagłym (przy zabójstwie) rozważany jest niższy wymiar kary. Jak doszło do tego ciosu? Sąd podkreślał, że nie wie, o jaki motyw mogło chodzić.

– Prawdziwość reakcji, co do przebiegu zdarzeń przez oskarżonego nie została zakwestionowana   – argumentowała z kolei mecenas Monika Buchlińska, adwokat z urzędu Jana T.  – Oskarżony od  początku w pełni współpracował z organami ścigania. Osoba winna nie współpracuje z organami ścigania w takim stopniu.

W ostatnim słowie Jan T. prosił o uniewinnienie.

 – Nie zgadzam się z tym oskarżeniem. Posiadam wszystkie dowody na moją niewinność. Ja pokrzywdzoną podniosłem, miałem ślady krwi. Nie ma narzędzia zbrodni, dowodów.

– Czy Jan T. przeprosił państwa kiedyś za to, co się stało? – pytam rodziców Agnieszki.

 – Śmieszne!  – obrusza się matka.  – On w trakcie rozpraw patrzył mi prosto w oczy, zero skruchy, widziałam w nich tylko drwinę!  – wyrzuca z siebie kobieta.  – Ja krzyknęłam na niego: „Ty morderco!”, to ten  spojrzał  na mnie z politowaniem. Według mnie to bardzo wyrachowany typ.

Gabriela Jatkowska

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*