Potrójny mord w Wigilię

Mordercy rodziny Gruberów fot Tajny Detektyw

Skądś znał człowieka, z którym minął się na ulicy w dzień morderstwa Gruberów. To był prawdopodobny sprawca. Musiał go już wcześniej gdzieś spotkać, nie miał co do tego wątpliwości, tak samo, jak był pewien, że Lwów leży nad Pełtwią. Tylko gdzie i kiedy?

Męczyła go ta myśl. Wysilał pamięć, ale nie mógł sobie przypomnieć. Prawie się poddał; w końcu od łapania morderców jest policja, a nie tacy jak on. Tyle, że już raz posadzili niewinnych ludzi. Gdyby zatrzymani nie wykazali się żelaznym alibi, sąd jak nic skazałby ich na szubienicę, a w najlepszym wypadku na dożywocie w „Brygidkach”.

„Brygidki”! Popularna nazwa lwowskiego więzienia otworzyła zapadkę w jego pamięci. To było dwa miesiące temu. Przeciekający dach i polecenie naczelnika, żeby załatać dziury. Już wszystko wiedział. Poza jednym: jak ten gość się nazywał?

Masakra w Wigilię

Na Zniesieniu – jednej z najbiedniejszych dzielnic przedwojennego Lwowa – Żydówka Regina Gruberowa prowadziła mały sklepik korzenny i wyszynk alkoholu. Interes mieścił się w podłużnym parterowym domu przy ul. Starozniesiennej 4. Był połączony z mieszkaniem, które sklepikarka dzieliła z córką i zięciem.

Gruberowa miała jeszcze dwóch synów, starszy Herman pracował w Warszawie jako urzędnik bankowy, młodszy Natan  mieszkał po sąsiedzku.

Sklep nie przynosił dużych dochodów. Jednak odkąd na  Zniesieniu została uruchomiona huta szkła „Ceramika”, obroty Gruberowej nieco wzrosły. Wielu robotników robiło u niej zakupy i przychodziło na piwo.

W Wigilię 24 grudnia 1930 roku Herman Gruber przyjechał do rodziny. Nie obchodzili chrześcijańskich świąt, jednakże była to okazja, żeby spotkać się z najbliższymi. Po południu Herman poszedł do kolegi. Nieobecność w domu być może uratowała mu życie. Wrócił około dziewiątej wieczorem. Od frontu było zamknięte, natomiast w oknie paliło się światło. Gruber zapukał, najpierw delikatnie, potem mocniej. Nikt mu nie otworzył. Podszedł do okna.

– Fajge, mach auf! (Fajge, otwórz!) – zawołał do siostry. Znowu nie doczekał się reakcji. Usłyszał natomiast dobiegający z mieszkania dziwny rumor. Wystraszył się: pewnie napad! Pobiegł na pobliski posterunek policji, ale w Wigilię również policja wcześniej skończyła pracę. Poprosił więc o pomoc portiera z huty szkła. Nie mogąc  sforsować drzwi, poszli na tyły domu, gdzie znajdował się mały ogród otoczony parkanem. Z przerażeniem zobaczyli, że okno w mieszkaniu jest otwarte i wyłamano w nim kraty.

Weszli do środka. W sypialni znaleźli zwłoki 35-letniej Fajgi i 39-letniego Maksa Hammerów. W sklepie zaś martwą 65-letnią Reginę Gruber. Wszyscy troje mieli zmasakrowane głowy. Ciała były jeszcze ciepłe. Wkrótce zjawiła się ekipa kryminalistyczna z ekspozytury śledczej policji. Lekarz stwierdził zgon Gruberowej i Hammerów na skutek urazów powstałych po silnych ciosach zadanych twardym, tępym narzędziem w głowę.

Błędny trop

Potrójny mord miał rabunkowy charakter. Świadczył o tym bałagan w sklepie i części mieszkalnej: otwarta kasa, wyrzucona zawartość szaf i szuflad. Herman i Natan Gruberowie zeznali, że ich matka była gadatliwa i łatwowierna.

– Opowiadała ludziom o sprawach, o których nie powinna była mówić. Wszyscy wiedzieli, że pod koniec miesiąca robotnicy z huty szkła płacą w sklepie rachunki – stwierdzili synowie.

Na miejscu zbrodni policja znalazła skórzaną papierośnicę i rękawiczkę koloru żółtego. Zgubił je sprawca – a raczej sprawcy, bo uznano, że było ich co najmniej dwóch. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że mordercy zostali zaskoczeni w trakcie napadu przez wracającego do domu Hermana Grubera. Musieli uciekać inną drogą; wyłamali kraty w oknie i wyskoczyli do ogrodu. Na śniegu widniały ślady ich butów. W pobliżu domu wypadło im prawdopodobne narzędzie zbrodni – osadzony na sztywnym drucie obuch młotka. Pies tropiący Rek doprowadził policję do zabudowań nieczynnej w święta huty szkła.

W dwa dni później śledczy odkryli, że dwaj sezonowi robotnicy  „Ceramiki” Jan Kowalski i Jan Czykiel w okresie świąt wyjechali ze Lwowa. Wyglądało to podejrzanie, rozesłano za nimi listy gończe, a po tygodniu zatrzymano ich w Białymstoku. Zostali aresztowani pod zarzutem zamordowania trojga osób. Przysięgali, że są niewinni. Owszem, znali Gruberową, często robili u niej zakupy lub przychodzili napić się piwa – podobnie jak wielu pracowników huty. Jednak nie zamordowali sklepikarki i jej rodziny. Otrzymawszy przed świętami wypłatę, wyjechali do Białegostoku, bo tam szykowała się lepiej płatna praca.

Alibi Kowalskiego i Czykiela policja bardzo drobiazgowo sprawdziła. Nie wszystko wyjaśniono, niemniej znaleźli się świadkowie, którzy potwierdzili, że w Wigilię mężczyzn z całą pewnością nie było we Lwowie. Byli daleko od miejsca zbrodni, nie mogli zatem jej popełnić. Zostali wypuszczeni na wolność i oczyszczeni z zarzutów.

Złodziej w roli detektywa

Lwowska policja była znana ze skuteczności, chociaż czasami popełniała błędy. Jednak w tej sprawie kluczową rolę w ujawnieniu morderców odegrał człowiek z drugiej strony barykady.

Herman Buchholz był młodym, bezrobotnym pomocnikiem blacharskim. Trochę dorywczo pracował, zasadniczo jednak żył z drobnych kradzieży, za co od czasu do czasu trafiał do więzienia. Buchholz bardzo interesował się zbrodnią na Zniesieniu. Wiedział bowiem o czymś, o czym nie wiedziała policja. W Wigilię przed godziną dziewiątą przechodząc ulicą Starozniesienną, mijał sklepik Gruberowej i zobaczył tam prawdopodobnego zabójcę. Miał wrażenie, że spotkał już wcześniej tego człowieka.

Dopiero po wielu dniach, kiedy Kowalskiego i Czykiela wypuszczono z aresztu, przypomniał sobie w jakich okolicznościach go poznał. To było jesienią. Odsiadywał wtedy na „Brygidkach” swój ostatni wyrok. Pewnego razu naczelnik więzienia zlecił mu, jako blacharzowi, naprawę przeciekającego dachu. Buchholz wziął do pomocy innego więźnia, który także znał się na robocie blacharskiej. Jak on się nazywał?

Tym razem Herman nie czekał, aż wróci mu pamięć. Udał się do administracji więzienia przy ulicy Kazimierzowskiej i poprosił o sprawdzenie, kogo naczelnik przydzielił mu do pomocy. Ponieważ powiedział, że sprawa jest pilna i wielkiej wagi, chodzi bowiem o ujawnienie bestialskiego mordercy, nie odprawiono go z kwitkiem. Pomocnik nazywał się Michał Figurski.

Buchholz miał już z czym iść na policję. 24-letni recydywista Michał Figurski został godzinę później aresztowany. Był zaskoczony zatrzymaniem. Przyznał się do zabójstwa.

Ale jeszcze tego samego dnia nastąpił kolejny zwrot. W czasie przesłuchania u sędziego śledczego Figurski wszystkiemu zaprzeczył. Wyjaśniał, że źle zrozumiał pytania policji. Myślał, że chodzi o inną sprawę, mianowicie o kradzież w dniu 24 grudnia 1930 roku wiktuałów na szkodę niejakiej Racheli Friedman z ulicy Hoffmana.

– Tego się nie zapieram, okradłem tę kobietę, co podałem w swoim czasie do protokołu, pan sędzia będzie łaskaw sprawdzić kwity śledcze. Zaprzeczam natomiast oskarżeniu o morderstwo. Skoro w Wigilię poszedłem na kradzież, to jakże bym mógł w tym samym dniu iść na mokrą robotę? – tłumaczył Figurski.

Wyjaśnienia sprawiały wrażenie naiwnej bajeczki, jednakże po sprawdzeniu policyjnych akt okazało się, że rzeczywiście w Wigilię doszło do kradzieży trzech garnków masła i gęsiego smalcu z mieszkania Friedmanowej, a jeden z podejrzanych w tej sprawie, Michał Figurski, przyznał się do winy i toczyło się przeciwko niemu postępowanie. W tej sytuacji Figurskiego uwolniono od zarzutu potrójnego morderstwa i puszczono wolno.

Nie ze mną te numery

Decyzja o wycofaniu oskarżenia była zbyt pochopna. Okazało się, że papierośnica znaleziona w sklepie Gruberowej należała do Figurskiego. Kilka osób ją rozpoznało. Natomiast właścicielem zgubionej rękawiczki był Karol Mikulak, drugi podejrzany o kradzież u Friedmanowej, a poza tym znany na Zniesieniu brutal, znęcający się nad żoną i dzieckiem.

Zatrzymany Mikulak zeznawał toczka w Toczkę, jak jego wspólnik Figurski: nikogo nie zabił, bo był na kradzieży u innej Żydówki. Rękawiczkę zgubił kilka dni wcześniej. Pewnie morderca przywłaszczył ją sobie i podrzucił do sklepu, żeby zwalić na niego winę. Tyle Mikulak. Figurskiego nie można było ponownie wziąć w obroty, ponieważ po oddaleniu zarzutów wyjechał ze Lwowa w niewiadomym kierunku.

Sklep Gruberów we Lwowie

Po czterech miesiącach okazało się, że przeniósł się pod Przemyśl. Bynajmniej nie po to, żeby wypoczywać na bieszczadzkiej ziemi, ale do „roboty”. Zmontował złodziejską szajkę, która nękała mieszkańców włamaniami i kradzieżami. W końcu powinęła im się noga i policja posłała ich za kratki.

Dochodzenie prowadził kierownik przemyskiego wydziału śledczego, nadkomisarz Olenkiewicz. Interesowały go nie tylko włamania na tutejszym terenie, ale również głośne morderstwo trzech osób we Lwowie, o którym sporo wiedział z informacji przekazanych przez lwowskich kolegów. Jako stary policyjny wyga uważał, że sędzia śledczy popełnił błąd, wypuszczając Figurskiego, który ograł go jak małe dziecko.

Ciężar poszlak był bowiem przygniatający. Po pierwsze zgubiona papierośnica, po drugie wskazanie go przez Buchholza, po trzecie –  i chyba najważniejsze – kradzież u Friedmanowej miała miejsce blisko trzy godziny przed zabójstwem Gruberowej i Hammerów. Jedno nie wykluczało drugiego.

– Przyznajcie się Figurski, co wam innego zostało? Jak wyśpiewacie wszystko od A do Z, nie omieszkam wspomnieć o tym sędziemu. Ale jak będziecie robić ze mnie wała, to pożałujecie, że was matka rodziła. Tu nie Lwów, u nas nikt się nie cacka z takim śmieciem, jak wy! – grzmiał nadkomisarz.

Po kilku godzinach maglowania Figurski przyznał się, że razem z Mikulakiem i trzecim wspólnikiem, 20-letnim Jerzym Piwoniem najpierw okradli Friedmanową, a następnie napadli na właścicielkę sklepu na Zniesieniu. W czasie tego skoku zatłukli młotkiem kobietę i  jeszcze dwie osoby będące w domu.

Figurskiego przetransportowano do lwowskiego aresztu. Pod kluczem znaleźli się także dwaj jego wspólnicy.

Dla odwrócenia uwagi

Figurski, Mikulak i Piwoń jak wielu młodych mężczyzn na Zniesieniu pozostających bez pracy, żyli ze złodziejskiej partaniny. A to oskubali chłopa na targu, to włamali się do czyjegoś mieszkania. Korzystali z każdej nadarzającej się okazji. Figurski w przeddzień  morderstwa ukradł nawet sanki jakiemuś dziecku. Opchnął je później za kilka piw.

Zbliżały się święta, chcieli je spędzić na bogato, zaczęli więc myśleć o jakiejś „robocie”. Figurski oświadczył kumplom, że tym razem to musi być coś grubszego. Przy drobnicy człowiek  tylko się namęczy, a ma z tego  tyle co nic.

Jego wybór padł na sklep Gruberowej. Wiadomo było, że robotnicy z huty szklanej pod koniec każdego miesiąca regulowali u Żydówki należności za zakupy robione na zeszyt. Przed świętami kasa powinna być więc pełna. Poza tym Gruberowa miała syna na stanowisku w Warszawie, który pewnie pomagał finansowo rodzinie. Gra była warta świeczki, trzeba ją tylko rozegrać z głową.

Postanowili zrobić napad w Wigilię. Wtedy ludzie siedzą w domach, dzielą się opłatkiem i śpiewają kolędy. Nawet policja nie pracuje w pełnej obsadzie. Wymyślili coś jeszcze. Zakładali, że podczas napadu zabiją sklepikarkę i wszystkich domowników. Jako recydywiści zdawali sobie sprawę, że policja będzie ich podejrzewać, a na przesłuchaniu któryś z nich może pęknąć. Morderstwo to nie kradzież kostki masła. Za mokrą  robotę idzie się na szubienicę, albo na dożywocie. Jeśli jednak mniej więcej w tym samym czasie popełnią inne, lżejsze przestępstwo, a policja się o tym dowie i umieści to w protokole, znajdą się poza podejrzeniami o mord.

Będą kryci i to przez samych policjantów! Dlatego udali się na ulicę Hoffmana okraść Friedmanową.

 Żelastwem w głowę

Poszło jak z płatka. Chwytali co było pod ręką – masło, smalec, worek kartofli. Wyszli od Friedmanowej około osiemnastej, podzielili ten śmieszny łup, po czym przystąpili do właściwej „roboty”.

Figurski sam przygotował narzędzie zbrodni. Głowicę młotka osadził na sztywnym drucianym pręcie. Dodatkowo wziął rewolwer. Mikulak i Piwoń zaczaili się w pobliżu sklepu Gruberowej w  niewidocznym miejscu, a prowodyr udał się pod posterunek policji, żeby sprawdzić, czy ktoś tam jeszcze jest. Musieli poczekać, dopiero po ósmej ostatni policjanci wyszli z pracy.

Figurski wrócił pod sklep. Wtedy  właśnie, gdy szedł, minął się z Buchholzem, jednak nie zwrócił na niego uwagi. Piwoń został na czatach. W  razie gdyby na zewnątrz ktoś się pojawił, miał zawołać „sztemp”. W bandycko-złodziejskim slangu słowo to było hasłem do natychmiastowego odwrotu. Figurski i Mikulak zastukali do drzwi,  sklepikarka spytała „kto tam”.

– My po piwo, pani Gruberowa – odpowiedział przyjaznym głosem Figurski. Ledwie otworzyła, jeszcze na progu zdzielił ją w głowę żelastwem na drucie. Potem jeszcze parę razy. Gdy była  martwa, wepchnęli ją dalej. Mikulak zaryglował drzwi.

Wiedzieli, że w domu są jeszcze córka i zięć Gruberowej. Zakradli się do pokoju, w którym spali Hammerowie. Figurski zmasakrował im głowy kilkoma ciosami. W szafce znaleźli 700 dolarów, a z kasy w sklepie zabrali około 200 złotych. Naraz zaalarmował ich Piwoń, że do domu zbliża się syn Gruberowej. Byli gotowi i jego pozbawić życia, jednak mężczyzna nie mogąc dostać się do mieszkania, poszedł po pomoc. Woleli nie ryzykować ucieczki drzwiami i wydostali się oknem, po wyłamaniu krat. W nerwach Figurski zgubił papierośnicę a Mikulak rękawiczkę.

Udali się we trzech na Wigilię do mieszkania Figurskiego, gdzie było jeszcze kilka osób. Ucztowali do późnej nocy. Morderca i dwaj jego wspólnicy chwalili się złodziejską robotą u Friedmanowej. Spodziewali się, że ta nowina szybko się rozniesie i dotrze do policji.

Odpowiedzieli za potrójne morderstwo przez Sądem Okręgowym we Lwowie. Oskarżeni ubrani w odświętne garnitury wypierali się zeznań, które złożyli w śledztwie. Utrzymywali, że są niewinni, policja zmusiła ich biciem, żeby przyznali się do zamordowania Gruberowej i Hammerów. Była to rozpaczliwa linia obrony, sprzeczna z materiałem dowodowym. Wyroki zapadły 23 listopada 1931 r. Michał Figurski został skazany na dożywocie, Karol Mikulak na 10 lat więzienia, a Jerzy Piwoń na 8.

Mariusz Gadomski

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*