Wyznanie seryjnego podpalacza samochodów

Policjanci z warszawskiego Śródmieścia zatrzymali w maju mężczyznę podejrzanego o podpalenie dwóch samochodów osobowych w centrum miasta. Jacek T. jest znany warszawskiej policji i sądom z podpaleń samochodów. 31-letni Jacek T. spędził w więzieniu ponad 7,5 roku za swoje uczynki. Jednak sądy nigdy nie uznały go za piromana.

W kwietniu 2011 roku za jego sprawą spłonęło dziewięć aut w Śródmieściu  oraz w Ursusie.  W 2012 roku został zatrzymany w związku z podpaleniem 10 aut. W 2014 roku został skazany na 5 lat więzienia. Rok później usłyszał kolejny wyrok 2,5 roku więzienia. W październiku 2018 r. Jacek T. wyszedł z więzienia po odsiedzeniu  całej kary – blisko siedmiu lat. Dzień po odzyskaniu wolności, został ujęty za podpalenie dwóch samochodów na Grochowie.

W połowie maja tego roku doszło do dwóch podpaleń przy ul. Chmielnej i w Alejach Jerozolimskich. Sprawca najprawdopodobniej za pomocą zapalniczki najpierw podpalił hondę CR-V, od której zajęły się dwa inne zaparowane obok pojazdy: volkswagen LT i skuter. Kilkanaście minut później w Alejach Jerozolimskich płonął już kolejny samochód, tym razem hyundai i30. Uszkodzeniu uległa także elewacja budynku, przy którym był zaparkowany jeden z samochodów. Pokrzywdzeni oszacowali swoje straty na co najmniej 45 tys. złotych. Na wniosek policjantów i prokuratury sąd podjął już decyzję o tymczasowym aresztowaniu 31-latka na 3 miesiące.

W kwietniu opuścił areszt, gdzie oczekiwał na proces za podpalenie samochodów w 2018 roku. Po wyjściu na wolność udzielił obszernego wywiadu naszej redakcji, którego fragment zamieszczamy.

 

Z Jackiem Tomczakiem rozmawia Janusz Szostak

 Jak to się stało, że syn szanowanego warszawskiego adwokata zszedł na drogę przestępstwa?

Na drogę przestępstwa zszedł Jacek Tomczak, a nie syn szanowanego warszawskiego adwokata. Moja ówczesna buta była raczej związana z protestem przeciwko wartościom świata, z którego tata się wywodzi, niż efektem przypisywanej mi demoralizacji związanej z pochodzeniem społecznym. Gdybym słuchał bardziej ojca niż siebie, zapewne bym na drogę przestępstwa nie zszedł.  Role, jakie przypisywano mojemu tacie w tym wszystkim były dwie, skrajnie odmienne zresztą – albo że tak mnie wychował, albo że odciął się ode mnie, bo jest mu za mnie wstyd. Nie było ani tak, ani tak. Mamy bardzo dobre relacje i przetrwaliśmy ten również dla nas trudny czas. Różnimy się oczywiście w wielu kwestiach.

Co zatem sprawiło, że stał się pan piromanem?

Dokonałem podpalenia kilkunastu samochodów w Śródmieściu Warszawy. Wydaje mi się, że zatraciłem racjonalność i odróżnianie tego, co dobre od tego, co złe, bo byłem pod znacznym wpływem alkoholu. Szukałem wrażeń, to był taki stan, że się chce, by coś się działo, choćby nie wiem jak bardzo było to głupie i jak bardzo by się później tego żałowało. To że w tym stanie zaatakowałem samochody, jest nieszczęściem również w tym sensie, że całkowicie zafałszowano intencje, jakie przyświecały mi przy dokonywaniu czynów i utrudniło uznanie całkowitej przypadkowości tychże czynów.

Wydaje mi się, że trudno w tych czynach doszukiwać się dobrych intencji.

Mogę powiedzieć, że przeprosiłem osoby poszkodowane i moją postawą w więzieniu, w tym pomaganiem osadzonym, którym napisałem kilkaset pism prawniczych, starałem się doprowadzić do własnego wyrównania rachunku dobra ze złem. W więzieniu ratowałem kawą i papierosami wiele osób, które nie miały pomocy. Z obrazem zdegenerowanego syna z dobrego domu chyba to nie współgra. Może się mylę, bo nie bardzo wiem, co mieli na myśli ci, którzy ten obraz próbowali wykreować. Raz jeszcze wyrażam najgłębsze ubolewanie nad tym, co zrobiłem.

Jednocześnie uważam, że to niedobrze, że sprawa stała się sprawą publiczną, bo to przede wszystkim sprawa między mną a osobami poszkodowanymi. Dlatego też zdecydowałem się na ten wywiad, bo skoro wszyscy mogą mówić o mnie, to ja też mogę mówić o sobie. Skoro wszedłem między wrony, to muszę krakać, jak ja sam.

Czuje się pan pokrzywdzony przez sąd?

Wyroki w podobnych sprawach były 3-4 razy mniejsze. Według mnie w moim przypadku zadziałało coś w rodzaju prawa odwróconej sugestii – skoro w tak zwanej przestrzeni społecznej rozeszła się plotka, że jestem chronionym synem adwokata, to sądy odczuły konieczność udowodnienia, że tak nie jest. Zatem dostałem wyrok taki, a nie inny. Jeśli siedzenie łącznie 8 lat w więzieniu i areszcie to ochrona, to rzeczywiście byłem chroniony.

W pana przypadku na opinię publiczną zadziałało nie tylko pochodzenie.

W mediach pojawiały się też informacje o tym, że jestem pseudokibicem, sprawą zajmował się wydział do spraw zwalczania przestępczości kibiców. Myślę, że jak już się chce robić raban, to pseudodziennikarz się nie ogranicza. Umysł analityczny jest bezradny i ustępuje robieniu wrażenia.

Jak Pan myśli, dlaczego zdjęcia ludzi z psami dostają najwięcej lajków na facebooku? Z tego samego powodu, z którego syn adwokata niszczący cudze mienie jest najbardziej znienawidzony. Bo ludziom coś kojarzy się dobrze albo źle. Rzeczywistość i rzeczywistość w naszym odbiorze, to dwa różne światy. Nie musimy wiedzieć, ważne, że nam się kojarzy.

Przejeżdżając rowerem koło przejścia przez tory na Półwyspie Helskim, zatrzymałem się koło krzyża upamiętniającego chłopaka skatowanego w tym miejscu 10 lat wcześniej. Zrobiło to na mnie duże wrażenie, więc sprawdziłem, czy w internecie jest coś napisane na temat tej sprawy. Okazało się, że sprawcy – dwaj ochroniarze, dostali wyroki 6 i 7 lat, podwyższone później do 7 i 8 lat. Bardzo bym się wkurzył, gdyby ktoś zrobił  mi to, co ja zrobiłem innym. Autentycznie myślę: „co za debil”, gdy w telewizji mówią o kimś, kto spalił samochody. Mi było głupio i na trzeźwo nie rozumiałem siebie. Jednocześnie spalenie samochodów nie jest tym, co zrobienie sobie trampoliny z głowy człowieka, czyli sadystycznym barbarzyństwem. Szkoda, że polskie sądy uznały inaczej.

Ile ostatnio czasu spędził pan za kratami?

Ostatnio w areszcie siedziałem 1,5 roku za dwa podpalenia (jedno na kilkaset złotych), zarzut był z artykułu 288 kodeksu karnego (zniszczenie mienia). Poszkodowani zostali przeproszeni, straty w wysokości 5 tysięcy złotych zostały spłacone, wnioski o ściganie sprawcy, złożone wcześniej przez poszkodowanych, zostały wycofane. Jeszcze kilka lat temu prokuratura musiałaby umorzyć postępowanie w takiej sytuacji, tak nakazywały przepisy.

Wie pan, ile prokuratura żądała dla mnie, gdy rozmawialiśmy przed sądem na temat dobrowolnego poddania się karze? 6 lat! To było po 9 miesiącach aresztu. Według statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości wyroki 4-6 lat dostaje się za pobicia ze skutkiem śmiertelnym (!). Napisałem nawet pozew przeciwko pani prokurator w związku z tym jej pomysłem. Zdarza się, że mordercy nie siedzą tyle, ile ona się domagała. Kilka miesięcy wcześniej z mojej celi wyszedł chłopak siedzący za rozbój i porwanie pół roku. W tym czasie dobrowolnie poddał się karze chłopak siedzący ze mną w celi, który przy pomocy ostrego sprzętu roztrzaskał poszkodowanego tak, że krew płynęła niczym woda, a tamten kilka dni spędził w szpitalu – chłopak ode mnie z celi dostał rok, w areszcie siedział ogólnie 5 miesięcy. Inny dwukrotnie dźgnął nożem konkubenta swojej mamy – uchylono mu areszt po 5 miesiącach. To jest tak zwane tło porównawcze. Wszystkie przypadki to recydywa, żeby była jasność.

Jak chłopak z dobrej rodziny odnalazł się w więzieniu? Co pan sądzi o więziennych subkulturach? Czy istnieją jeszcze git ludzie, czy jedynie jest podział na grypsujących i frajerów?

Ludzie nie dzielą się na tych w czerwonych kurtkach i na tych w czarnych kurtkach. Ja tak przynajmniej uważam. Niegrypsowanie nie zwalnia z przestrzegania określonych zasad, a grypsowanie nie oznacza, że ktoś ma wyłączność na przestrzeganie zasad.

Wielokrotnie, podczas porannej kawy chłopak, który grypsował, a który siedział w więzieniu dwudziesty pierwszy rok życia, opowiadał mi o gangsterze, który robił porządki na oddziale i był – jak dla mnie – niezatrudnionym pracownikiem Służby Więziennej. To był dość mocny pan, jakoś związany z którymś odłamem grupy wołomińskiej, z pokolenia młodego „Klepaka”. On  z kilkudziesięcioma chłopakami, którzy na wolności dla niego robili, siedział za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą i zlecenie zabójstwa. Na oddziale bardzo dużo kapował, był bardzo szkodliwy dla innych osadzonych. Dla przykładu, kiedy jakiś osadzony pokłócił się z więzienną pielęgniarką, to gangster zastraszył go i nakazał mu iść ją przeprosić. To się ocierało o parodię, no bo jak grypsujący może kazać przepraszać funkcjonariusza administracji więziennej. Powiedziałbym, że więcej było tych, którzy chcieli w pierwszej kolejności odbierać posiłki na więziennej stołówce niż tych, którzy chcieli walczyć z administracją więzienną – a przecież oni mają w swojej bajerze zapisane, że mają „walczyć z całym kurestwem i frajerstwem pałętającym się po kryminale”. Powiedziałbym jednak też, że poznałem bardzo wielu dobrych chłopaków, pomocnych, koleżeńskich i mądrych, którzy grypsowali. Zatem trudno wypowiadać się o grupie, łatwiej o konkretnych osobach.

Czy grypsera w ogóle ma sens w obecnej rzeczywistości więziennej?

Postawa systemu penitencjarnego jest w ogóle schizofreniczna w kwestii subkultury więziennej. Z jednej strony, wychowawca na oddziale pyta osadzonego przy przyjęciu, czy przynależy do subkultury. A z drugiej strony – przynależność do subkultury negatywnie wpływa na możliwość otrzymania przedterminowego warunkowego zwolnienia z więzienia. Sądy penitencjarne wprost to piszą w postanowieniach. Czyli system to wpisuje w swoje papiery, a jednocześnie potępia.

Pamiętam jak chłopakowi, który grypsował, pisałem zażalenie na postanowienie sądu o odmowie udzielenia warunkowego zwolnienia, w którym to postanowieniu sąd powoływał się między innymi na przynależność do subkultury. Nawet Sąd Najwyższy nie przychyla się do takiej argumentacji, bowiem nie można nikogo karać za przynależność, można jedynie za czyny. Nie karze się za wyznawanie islamu, ale za robienie zamachów, nie karze się za kibicowanie klubowi, ale za wszczynanie awantur. I tak dalej.

Dziś raczej rządzą ci, którzy mają pieniądze, albo należeli do znanych grup przestępczych, niż grypsujący przestrzegający zasad.

Ludzie mają warstwy – wielu z tych młodych grypsujących chłopaków, którzy chodzili po oddziale z rękami w odległości pół metra od ciała, zupełnie inaczej zachowywało się, gdy im pisałem pisma prawnicze lub na przykład pomagałem napisać pracę na jakieś zajęcia. Opowiadali o trudnej przeszłości, przemocy w domu itd. Ja to zachowywałem oczywiście dla siebie, bo tą ich potrzebę chwili i środowiska jakoś tam rozumiałem. Jednocześnie nikt z nich nie był żadnym twardzielem, takim, jakim chciałby siebie widzieć w swoich fantazjach. Byli co najwyżej małolatami, którzy starali się zdemolować w sobie jakąkolwiek wrażliwość, zanim tak naprawdę w nich się rozwinęła.

Starzy gangsterzy tymi młodymi chłopakami się wysługują, a za ich plecami z nich się śmieją. Nie uczą ich żadnych zasad poza uległością wobec nich samych i pogardą wobec słabszych. Nie czują żadnej odpowiedzialności, by im coś przekazać, czy czegoś ich nauczyć jako starszyzna. Może dlatego, że gangsterzy – oczywiście nie wszyscy – są ludźmi, na których nie ma wpływu nic poza pieniędzmi i siłą. Małolaci nie mają pieniędzy i zorganizowanych grup za sobą, więc po co się nimi przejmować – to jest takie myślenie.

Czy resocjalizacja w polskich więzieniach w ogóle istnieje, jak pan to ocenia?

Największe zmiany wśród osadzonych, jakie obserwowałem w więzieniu, to nie te wynikające z oddziaływania tak zwanego procesu resocjalizacji. Ale te, które zaszły po tak zwanym „spakowaniu do wora”, czyli zdegradowaniu osoby grypsującej przez innych grypsujących, teoretycznie w wyniku sprzeniewierzenia się zasadom grypsowania. Osoby zaczepne i wywyższające się, w ciągu jednej chwili stawały się pokorne i wycofane. Bardzo dobrze to pokazuje, jak dużo miały siły z grupy, a jak mało siły z samych siebie. Najzabawniejsze jest to, że  konfidenci bardzo chętnie oskarżają wszystkich dookoła, że są konfidentami. Normalny człowiek myśli sobie: „ja zachowałem się w porządku, inni niech się martwią o siebie” i koniec tematu. A konfident boi się, że zostanie zdemaskowany i chce, by mówiono o kimś innym.

Spotkał pan zapewne za kratami wielu gangsterów.  Ich obraz bardzo rożni się od tego z książek i filmów.

Jeśli ktoś wyobraża sobie współczesnego polskiego gangstera jako Vito Corleone, to znaczy, że żyje wyobrażeniami z filmów, a te najwięcej mają wspólnego z mitologią. Ubiór gangstera w filmach Patryka Vegi to czarna skóra, co jest dobrym odtworzeniem wizerunku gangstera, ale z lat 90., z czasów starego „Pruszkowa” i starego „Wołomina”. Gangsterzy, których poznałem, to bardzo różni ludzie, ale jeśli jakiś typ prezentacji dominuje, to bluzy z wielkim logo dobrej marki na środku. Tak wielkim, aby nikt nie miał wątpliwości, że posiadacza stać na tę bluzę. Ten prezentowany w filmach styl bycia zawsze zawierał w sobie olbrzymie pokłady inteligentnego cynizmu i złowrogiej przewrotności. No tak, tylko jak facet, który często nie potrafi mówić „poszedłem” ma się zdobyć na cynizm i przewrotność? Jak facet, który walczy o swoje przegrane życie, ma się zdobyć na dystans, który czyni go zdolnym do cynizmu i przewrotności?

Skąd pana zdaniem bierze się zainteresowanie tematyką gangsterską?

Moje przemyślenie na temat zainteresowania mafią jest takie, że co drugi jest dzisiaj specem od mafii, ale jednocześnie każdy chciałby mieć tą mafię jak najdalej od siebie. Czyli trochę popatrzeć na awanturę, a później uciec. Mafia pełni funkcję dawki adrenaliny w mieszczańskiej nudzie.

Jednak nie wszyscy gangsterzy są pozerami. Trafiają się też charakterniacy, trzymający się sztywno zasad. Spotkał pan takich?

Spośród wszystkich osób, z którymi siedziałem w więzieniu najdłużej, bo rok siedziałem z byłym gangsterem z grupy wołomińskiej. On nie mógł patrzeć na to, co się dzieje w więzieniu czasów dzisiejszych. Wcześniej odsiedział 15 lat, chodził na widzenia skuty łańcuchami na nogach, przez kilka lat miał widzenia tylko przez pleksę, siedział na „enkach” – przeżył bardzo dużo. To był jednak zupełnie inny styl niż dzisiejsi gangsterzy, bardziej z Grzesiuka niż z Popka, albo podobnych klimatów. Bez względu na ocenę jego całej biografii niewątpliwie był człowiekiem bardzo koleżeńskim, myślącym, bardzo dobrym rozmówcą i analitykiem rzeczywistości.

Jest jakaś prawidłowość w tym, że osoby, które naprawdę dużo w więzieniu przeżyły, zwykle się nie wywyższają i nie chcą eksponować swojej roli w tym środowisku. W przeciwieństwie do osób, które przeżyły niewiele, znaczyły niewiele, więc muszą nadrabiać opowiadaniem o tym, kim to one nie są.

Czuje się pan zresocjalizowany po tak długim pobycie w odizolowaniu?

Dla mnie jest ważne, że przeprosiłem osoby, którym wyrządziłem szkodę i że one te przeprosiny przyjęły. To jest tysiąc razy istotniejsze od tak zwanego „przejścia przez proces resocjalizacji”, cokolwiek by to oznaczało.

Na pytanie czy jestem zdolny do funkcjonowania w społeczeństwie, przestrzegając norm prawnych i społecznych odpowiem: tak, jestem.

Co nie jest mniej ważne – resocjalizacja jest oderwana nie tylko od sensu poszczególnych działań, ale też od osoby, wobec której się ją przeprowadza. Można zachowywać się względnie dobrze w świetle regulaminu więziennego, ale ze względu na sam stosunek do Służby Więziennej, czyli pisanie skarg, wysyłanie pozwów i mówienie prosto w oczy, co się uważa, być faktycznie bez szans na przedterminowe zwolnienie. Mnie na Bemowie odmówiono przepustki miesiąc przed końcem 6,5-letniego wyroku. Ta sama wychowawczyni, pani Olga D. – proszę to zapisać, może będzie łaskawa potwierdzić lub zaprzeczyć, może wytoczy mi sprawę, to wreszcie będę miał przyjemność spotkać się z nią w sądzie. Ta kobieta  odmówiła mi przepustki. Jednak wypisała przepustkę na zajęcia kulturalno-oświatowe pewnemu Arturowi, który na tych zajęciach zamordował swoją konkubinę i jej dziecko. Głośna sprawa, niedawno dostał dożywocie. Ta odmowa i ta zgoda były w tym samym miesiącu. On miał wiele lat do końca kary, siedział za morderstwo, ja miałem miesiąc i siedziałem za spalenie samochodów. Powiedziałem tej pani, że ma krew na rękach i zapytałem, czy trzeba być mordercą, aby dostać przepustkę w tej jednostce? Wyszła z mojej celi z twarzą czerwoną ze złości.

Kiedyś wychowawca z oddziału, na którym siedziałem, wrzucił mi do celi takiego osadzonego, który był totalnie gnojony na innych celach. Ja natomiast starałem się wpoić mu pewne normy i zasady, że łóżko trzeba ścielić, że trzeba się codziennie myć, że trzeba po sobie sprzątać, że nie można się drzeć. Przez 6 lat jego poprzedniego wyroku Służba Więzienna nie nauczyła go ścielić łóżka. Powiedziałem o tym dyrektorowi i wychowawczyni, gdy stanąłem przed komisją decydującą o tym, czy wysłać mnie na izolatkę. Wychowawczyni odparła, że to nie moje zmartwienie – z tym samym bezrefleksyjnym i aroganckim podejściem, co zawsze. Później powiedziała mi, że tamten osadzony tęskni za mną, bo znowu ma źle. Rozum nie idzie w parze z resocjalizacją.

Czego najbardziej brakowało panu w więzieniu, oprócz wolności oczywiście, i co było najbardziej uciążliwe?

To odwieczne pytanie – czy w więzieniu gorsze jest to, że jest to, co jest, czy to, że nie ma tego, czego nie ma. Mi się przypomina piosenka Eldo z tekstem: „Tak kiedyś wymyśliłem, żyła jeszcze tutaj, ta czerwona zaraza nie puszczała nas spod buta, teraz masz leniu all inclusive, a my mieliśmy atlas i globus, i dziki uśmiech na buzi”. Stanisław Jerzy Lec napisał kiedyś, że stracił wiarę w słowo i przywróciła mu je dopiero cenzura. Ja z więzienia napisałem mnóstwo listów, zupełnie innych niż na wolności. Jest przesadą powiedzenie, że niewola pobudza, ale na pewno ten ogrom innych niż gdzie indziej uczuć, rozmów i sytuacji, wpływa na myślenie i pisanie.

Fot. archiwum J. Tomczak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*