NIE JESTEŚ JUŻ TAKA PIĘKNA

Był damskim bokserem. Pomimo że znęcał się nad kobietą, to ona straciła dla niego głowę. Była bezwolna, zawładnął nią kompletnie.  Również jej umysłem. Bił ją notorycznie i mógł z nią robić, co tylko zechciał. Poniewierał  i na koniec niemal zabił. Była uległą ofiarą, naznaczoną syndromem sztokholmskim.

 30-letni Marcin D. o wykształceniu wyższym ekonomicznym nie mieszkał na stałe w Tarnowie. Jedynie wynajmował w tym mieście piętrowy dom. Nie utrzymywał bliższych kontaktów z sąsiadami. Odwzajemniał grzecznościowe pozdrowienia. Sąsiedzi oceniali go według jego stanu posiadania. Miał luksusowe pojazdy, zatem postrzegano go jako zamożnego człowieka. 30-latek nie pracował w swym wyuczonym zawodzie.

Dręczył kobiety

 – W przeszłości prowadzili ze wspólnikiem dyskotekę – przypomina Prokuratura Rejonowa w Tarnowie. Potem sam zajmował się tym biznesem. – Jednak niezbyt mu to szło i popadał w kłopoty finansowe.

W przeszłości był żonaty. Jednak rozwiódł się w grudniu 2017 roku: – Po rozwodzie pozostawał w nieformalnych związkach, a kobiety sam sobie wybierał – dodają w prokuraturze. – Poznawał  je w tarnowskich restauracjach i klubach, w których pracował.

Miał trudny charakter. Jego związki bywały burzliwe. Był zazdrosny i zaborczy. Narzucał partnerkom swoje zdanie. I z biegiem czasu starał się każdą kontrolować: – Zawładnąć i całkowicie nad każdą partnerką dominować.

Jego zasada brzmiała: – Masz mnie słuchać! – wykrzykiwał ją zawsze, gdy któraś próbowała mieć własne zdanie. Jedne słuchały i  pozostawały, choć na krótko. Inne odchodziły.

Z późniejszych relacji tych kobiet wynikało, że Marcin D.  miewał napady agresji. – Podduszał, szarpał, a nawet przytapiał w wannie, wymuszając poddaństwo i posłuszeństwo – zeznawała w tarnowskiej prokuraturze jedna z byłych jego ofiar. – Zażywał również różne środki, narkotyki oraz leki  – opowiadały o nim kobiety. – Zmuszał, bym zaciągnęła dla niego kredyt bankowy – wyznawała kolejna. I jak się okazywało, sposób takiego „zaciągania kredytu” zaczął mu wchodzić w krew.  Podobnie zachowywał się w wielu swoich związkach.

Wybrał ofiarę

 W marcu 2018 roku przyjechał do centrum Tarnowa i przypadkowo zajrzał do jednego ze sklepów. Wszedł, coś tam pogadał z właścicielką i rzucił wzrokiem na 37-letnią kobietę stojącą za ladą. Choć była od niego starsza o siedem lat, od razu wpadła mu w oko i wziął sobie ją za cel. Wziął od niej numer telefonu komórkowego i ponownie przyjechał do sklepu. Było to 26 maja 2018 roku.

 – To co, spotkamy się? – zaproponował, ale ona wahała się jeszcze. Miała swoje rodzinne kłopoty, w ty czasie rozstała się z mężem. Gdy Marcin D. wyszedł ze sklepu, to dla zachęty wysłał jej jeszcze sms-a, aby się nad jego propozycją zastanowiła.

Minęło parę dni i w końcu ustalili, że będą się kontaktowali poprzez komunikator internetowy. I tak też rozmawiali z sobą. Do sklepu już nie przychodził. Rozmawiali najpierw luźno, i tylko wirtualnie. Ona miała jeszcze nadzieję, że zakończą się jej rodzinne problemy i wrócą do siebie z mężem. W czerwcu 2018 roku wyjechali nawet z synem na wspólne wakacje, w nadziei, że wszystko powróci do normy. Ale jej nadzieje były płonne. Przeliczyła się. Po powrocie z wakacji sytuacja nie ulegała zmianie, a nawet wręcz się pogorszyła. I wtedy zdecydowała. Spotka się z wreszcie Marcinem D.  na kawę.

Wtedy wprowadziła się już do swojej matki. Marcin wspierał ją w wyprowadzce, gdyż miał w tym swój cel: opanuje kobietę, i kompletnie nią zawładnie, mając jedynie dla siebie.

– Przyjeżdżał do sklepu praktycznie codziennie – twierdzą prokuratorzy. – Do sklepu przywoził jej nawet posiłki. Już wówczas starał się kontrolować zachowanie 37-latki i na nią wpływać. Wypytywał, co robi, czy się z kimś spotyka poza pracą? Zaczął ją nawet rozliczać z czasu wolnego. Nie oponowała najpierw. Narzucał się nawet wtedy, gdy chciała choćby przez chwilę pozostać sama; przecież wiele spraw miała jeszcze do przemyślenia.

On ciągle nalegał, ona zdawała się być przyzwyczajona  do takiego traktowania.

– Usuń zdjęcie z portalu, za bardzo prowokacyjne – oznajmił, i zaraz wykonała polecenie.

W chorym związku

 Nie wprowadziła się jednak do Marcina D., jedynie odwiedzała go w wynajmowanym przez niego jego domu.  Marcina to denerwowało, bo chciał ją mieć już u siebie: – Kiedy się w końcu do mnie wprowadzisz? – nieustannie naciskał. Szczególnie, gdy musiał odwozić ją potem do jej matki. – Ile tak jeszcze będziemy jeździć? – dodawał zły. I stawał się o nią coraz bardziej zazdrosny. Stale ją obserwował, śledził. Sprawdzał, czy nie planuje poznać kogoś innego.

– Korespondujesz przecież z innymi mężczyznami! – naskoczył nagle na nią w lipcu 2018 roku. Zupełnie niezasadnie, prowokując groźbami, by się przyznała. Zarzucał jej wyimaginowaną zdradę. Był podenerwowany, bowiem ponownie zaczęły przed nim piętrzyć się finansowe problemy..

 – Dotyczyły między innymi relacji z jego byłą partnerką – przypomina prokurator. Problemy zaczęły się gmatwać i odbijać również na relacjach z nową partnerką.

 – Ty k…! Kłamiesz! – wrzeszczał na nią, gdy mu coś odpowiadała. Wygrażał jej pięściami i bił ją po twarzy, po głowie, szarpał kobietą za jej ubranie. Podduszał ją, aby się go bała, by miała przed nim respekt. Ot, typowy damski bokser.

Gdy wybrała się raz do jednego z tarnowskich klubów na organizowane przez koleżanki z liceum spotkanie, wpadł niespodziewanie do pomieszczeń klubowych. – Jazda mi do domu! – wrzeszczał na nią, szarpiąc i miotając kobietą na wszystkie strony. Po czym wyprowadził ją ku osłupieniu klubowych gości. Potem wsadził do samochodu i odjechali. Mówiła potem, że sama wsiadła, bo go się wtedy bała. A on jej całą drogę powtarzał, że należy do niego.

– W trakcie jazdy chwycił ją za włosy i uderzał jej głową o drążek zmiany biegów – dodają śledczy. Bił, aby lepiej zrozumiała. Krzyczała, próbowała się wyrwać. A on jej wmawiał, że przyjechał po nią, gdyż romansowała z mężczyznami w klubie. Gdy wrócili wreszcie do jego domu, znowu się nad nią pastwił. Przewrócił ją na podłogę i znowu dusił, o mało nie straciła tchu.

 – Mam cię dość! – zaczęła wtedy krzyczeć z bólu, a on się znęcał.

Toksyczna para

 Postanowiła z nim zerwać. Nie pierwszy zresztą raz. Zawsze jednak do niego wracała. Marcin D. też z nią zrywał, aby potem do niej wydzwaniać. Zrywali i  wracali do siebie. Wszystko  zaczynało się od początku. Toksyczny związek trwał.

Po którymś z rozstań przyszedł do jej pracy: – Taka jesteś!? – krzyczał od drzwi. – Myślisz, że tak szybko mnie się pozbędziesz?

I po tych słowach zaczął  demolować sklep, w którym pracowała. 37-latka powiedziała potem menedżerce sklepu, że to wszystko zrobił jakiś pijany klient. Kłamała, bo bała się przyznać, aby nie stracić pracy. Szkody nie były w sumie aż tak znaczne, więc ostatecznie nie wezwano policji.

I znowu się spotykali. Ona chyba bardziej ze strachu przed nim. Czuła się już kompletnie osaczona. Nachodził ją, i nic już nie potrafiła z tym zrobić, jakby skazana na niego, i sama o tym fakcie dobrze wiedziała.

– Spotkałam kolegę, nagrałam z nim rozmowę – zwierzyła mu się niefortunnie na początku września 2018 roku. Wtedy wpadł w kolejny szał zazdrości.

– Chcę odsłuchać to nagranie – zażądał, ale tym razem postanowiła być stanowcza. I nie zgodziła się. Nie chciała mu nawet podać nowego PIN-u do swojego telefonu. Rzucił się więc na nią. Wykręcił jej ręce do tyłu, zmuszając 37-latkę do przyklęknięcia. Po czym z całych sił nogą docisnął  jej głowę do dywanu.

– Co mi robisz?! – jęczała z bólu. – Puść! – krzyczała, a gdy nie ustępował i nadal żądał od niej PIN-u, w końcu mu go podała. Wtedy przestał i ją puścił. Odsłuchał nagranie: – Dobra, nic się nie stało – burknął, i kiedy przekonał się, że na nagraniu nie ma nic takiego, o co mógłby być zazdrosny, zaczął mówić do niej już normalnym tonem.  Ale jej nie przeprosił.

Po tym zachowaniu chciała od niego odpocząć, więc spotykali się rzadziej.

– Miałam sporo zajęć – tłumaczyła się 30-latkowi, gdy ciągle na nią naciskał. Jednak nie reagowała na jego kolejne telefony i  sms-y. Myślała nawet, że może się uda w ten sposób oderwać wreszcie od tego człowieka, zerwać z nim.

Zbliżał się wrzesień 2018 roku i pewnego poranka wychodząc od matki do pracy, ujrzała pod blokiem samochód Marcina D. Czekał na nią.

– Wsiądź! – wrzasnął do trochę zaskoczonej nagłym jego pojawieniem się. Ociągała się, ale wiedząc, że nie ustąpi, wsiadła do samochodu. Wtedy chwycił torebkę i jej zawartość wyrzucił na jezdnię. Zaniemówiła: – Coś ty mądrego narobił! –  krzyknęła, chcąc wyskoczyć z auta, aby pozbierać swoje rzeczy. Ale nacisnął na pedał gazu i gwałtownie ruszyli. Krążył bez sensu wokół osiedla.

– Wróć do mnie, albo coś zrobię! – zaczął grozić. Zaczęła się go znowu bać. Wyglądał na desperata. Oczy miał obłąkane. Twarz nerwową.

 – Podjadę ponownie pod blok i pójdziemy do twojego mieszkania, prawda? – rzucił jej propozycję niemal nie do odrzucenia. Zgodziła się od razu, nie mając już praktycznie innego wyjścia. Pozbierała jedynie przed blokiem swoją torebkę i wszystkie rzeczy z niej wyrzucone.

– Ty… – szeptał do niej na klatce schodowej, coraz to ją przyciskając do ściany, kiedy tak szli do góry schodami. I lekko przy tym podduszał. Była przerażona, ale nic nie mogła zrobić. Nie krzyczała, nie wołała pomocy. W końcu nie wiedziała, czy zachowywał się tak wobec niej z zazdrości, czy z miłości. W domu, w obecności jej matki zachowywał się jednak normalnie. Potem wyszedł, i odjechał.

Weź dla mnie kredyt

W październiku 2018 roku 30-latek pod względem finansowym miał już tak zwany nóż na gardle: – Czy zaciągniesz dla mnie kredyt? – zapytał, na co odpowiedziała, że nie może, gdyż nie posiada zdolności kredytowej.

 – Nic nie szkodzi – odparł. – Mam pomysł, jak to zrobić.

Zapewnił, że całość kredytu przez nią zaciągniętego spłaci osobiście. Chwilę się zastanawiała i  w końcu zgodziła. – Bardziej ze strachu, mając na uwadze to, co może mi zrobić, gdybym mu tego kredytu odmówiła – zapewniała potem prokuratora. Pojechali do jednego z oddziałów przedsiębiorstwa, w którym pracował jego dobry kolega. Wszystko już było wcześniej z góry uzgodnione, pomiędzy nim a tym kumplem. Kobieta podpisała nową umowę o pracę, z której wynikało, że już od jakiegoś czas jest zatrudniona w tej firmie. Jej zarobki miały sięgać 2500 złotych netto. Mogła zatem zaciągnąć kredyt. Zatem udali się we dwoje do oddziału jednego z banków w Tarnowie. Kobieta przedłożyła tam umowę o pracę i podpisała z bankiem umowę kredytu na 35 tysięcy złotych. Umowę, podobnie jak pieniądze, zabrał ze sobą Marcin D.

– Przypuszczałam już wtedy, że nie będzie tego spłacał – zeznała potem kobieta.

 Zazdrość odbierała rozum

– Umówiłam syna do fryzjera – oświadczyła mu niefortunnie pod koniec października 2018 roku, gdy siedzieli na sofie przy kominku, w wynajmowanym przez niego domku.

– Co ty sobie k… myślisz! – ryknął wtedy na nią i zrzucił ją z sofy na podłogę. – Masz zakaz kontaktowania się z tym fryzjerem, już ci to raz mówiłem!

 Był bardzo zazdrosny, gdy chodziła do tego fryzjera. Nawet gdy szła tam ze swoim synem. Skoczył na nią i  tradycyjnie zaczął ja dusić. Ale tym razem podduszał mocniej, aż w końcu straciła przytomność i upadając, rozcięła z tyłu głowę. Gdy się ocknęła, on siedział i spoglądał na nią spokojnie. Wyszła bez słowa, ale znowu nie miała sił, aby z nim zerwać.

2 listopada 2018 roku nabuzowany wpadł do sklepu, w którym nadal pracowała. I znowu zażądał od niej kodu PIN do telefonu, bo zapomniał, jaki miała. Wykonała polecenie w obawie przed nim, a on włączył wtedy kod, i zaczął przeglądać numery w jej telefonie komórkowym.

– Co ty bajerzysz z obcym facetem? – stwierdził i momentalnie wpadł w szał. I z tej złości, z ogromną siłą, przełamał jej komórkę na pół. Zbladła, bo w każdej chwili mógłby zrobić jej coś złego. Okazało się potem, że tym „obcym”, z którym miała niby „bajerzyć” był jego dobry kolega, który regularnie przywoził 37-latce pomidory.

 – Zniszczyłeś niepotrzebnie mój telefon – oświadczyła, na co wzruszył jedynie ramionami. Zaczęła używać telefonu matki, a on nadal jej nie odstępował i niemal codziennie nachodził w pracy.

 Związał i podpalił

Pod koniec listopada wypytywał, w którym banku ma konto. Bo on zna taki, gdzie od razu mogłaby wziąć na niego kolejny kredyt. Tym razem na 20 tysięcy złotych.

 – W moim banku nie można wziąć takiego kredytu od ręki – odpowiedziała, a on przeszedł nad jej odpowiedzią do porządku dziennego. 30 listopada 2018 roku, tak jak zawsze pracowała do godziny 14. Miała rozładowaną komórkę matki, którą się teraz posługiwała. O 18.00 wróciła z powrotem do pracy, aby pod koniec miesiąca przeprowadzić inwentaryzację. Po powrocie do domu, około 20.00, włączyła telefon.

 „Gdzie do cholery jesteś?!” – pisał do niej Marcin D. Odpisała, że jest już w domu. Zagroził, że jeżeli zaraz nie zejdzie do niego przed blok, to on „wejdzie z drzwiami”. Przestraszyła się, i aby nie denerwować matki, powiedziała, że musi wyprowadzić psa. Zostawiła w domu telefon. Gdy tylko wyszła z psem na zewnątrz, podjechał pod nią z piskiem opon: – Wskakuj! – krzyknął, a ona go posłuchała i wraz z psem na rękach wpakowała się do auta. Ruszyli do domu, w którym mieszkał.

– Nie odbierasz telefonu, a ja zostałem bez kasy na weekend! – wrzeszczał na nią wściekły. I ciągle wypominał, że nie chciała dla niego wziąć drugiego kredytu.

– Ty, k… jedna! – dodawał, co chwila odwracając się w jej kierunku i szarpiąc z całych sił za jej ubranie. W pewnym momencie gwałtownie zmienił pas ruchu na przeciwległy i demonstracyjnie jechał wprost na nadjeżdżającego z przeciwka TIR-a. Była przerażona. TIR trąbił, a on śmiał się tylko.

 – Co robisz?! – krzyczała, myśląc że już po nich. Pies na jej rękach zawył, nie mniej przerażony od swej pani.

– A co, boisz się śmierci?! – ryknął jeszcze głośniej, widząc kątem oka strach malujący się na jej twarzy. Gwałtownym ruchem kierownicy powrócił potem na swój pas. Gdy się mijali, śledzący go wzrokiem z okna swej kabiny kierowca TIR-a stukał palcem po swym czole.

Dojechali do wynajmowanego domu. Zaparkował samochód w garażu, nie zamykając jednak drzwi od niego. Kobieta wysiadła razem z psem. Zgasił wówczas silnik, podszedł i wyrywając psa z jej rąk rzucił nim w kierunku bramy garażowej. Pies uciekł natychmiast na zewnątrz, wyjąc ze strachu. Kobieta  nie wychodziła z garażu. Zamknął bramę i podszedł do niej.

 – No i co?! – chwycił ją za  ubranie i zaczął nią szamotać. Znajdowali się w garażu sami. Bez żadnych świadków w pobliżu.

– Przestań! – błagała, a on ją przycisnął do ściany i znowu dusił. Wtedy straciła po raz drugi przytomność. Gdy się ocknęła, ujrzała, że leży na plecach, a on kuca za jej głową i wiąże jej plastikową linkę wokół szyi. Związał też ręce, choć niezbyt silnie. Mogła poruszać nadgarstkami. Nawet nie krzyknęła zaskoczona tym, co chce z nią zrobić. Przyglądała się jedynie, wodząc wzrokiem za jego ruchami. Zaczął ją znowu podduszać.

– Przestań! – ponownie krzyknęła, dławiąc się i kaszląc. Miała problemy z oddychaniem. Przestał zaciskać linkę wokół jej szyi, lecz związał ją całą. Też lekko. Po czym podniósł do pozycji stojącej. Gdy nadal wodziła za nim wzrokiem, przeszedł na drugą stronę garażu, znowu otwierając drzwi na oścież. W pobliżu nie było nikogo. Krzyknęła, lecz nikt z sąsiadów nie zareagował. Marcin D. wziął tymczasem plastikową butelkę z rozpuszczalnikiem i podszedł do swojej ofiary. Po czym zaczął polewać ją rozpuszczalnikiem. Rozlewał płyn po całym garażu.  Nie mówiąc ani słowa, Marcin D. sięgnął po zapalniczkę.

– Ratunku! – zaczęła wołać o pomoc, a on podpalił ją w tym momencie. Nikt krzyku nie słyszał. Była do tego stopnia przerażona, że nadludzkim wysiłkiem zdołała się jednak wyrwać z uwięzi i oswobodzić ręce. Płonęła  jednak i cała  w ogniu wybiegła z garażu. Biegła niczym żywa pochodnia.  Nikt z sąsiadów nadal tego nie widział, nikt nie nadbiegał z pomocą. Biegnąc, starała się gasić rękoma płomienie ogarniające już jej całą twarz oraz włosy.

 – Ściągnij ubranie! – krzyknął wtedy do niej, jakby się ocknął i przeraził tym, co przed chwilą uczynił. Chwycił za wiaderko z wodą i bojąc się pożaru polewał ogarnięte ogniem przedmioty w garażu.

Wpadła do domu i w łazience weszła pod prysznic, zlewając się cała zimną wodą.

– Nie jesteś już taka piękna – odrzekł jej potem, gdy wszedł do łazienki, a ona jeszcze ciągle moczyła w zimnej wodzie poparzone ręce. Dał jej z szafy swą koszulę i bluzę. Zeszła na parter i zażyła ketonal. I nadal nie uciekała od niego. Potem ponownie weszła na piętro i położyła się do łóżka.

– Muszę zadzwonić do koleżanki z pracy, aby mnie zastąpiła – prosiła ściszonym głosem, ale nie pozwolił na to. – Więc odwieź mnie przynajmniej do domu – błagała, ale i na to nie wyraził zgody. W końcu zasnęła.

O 9.00 rano następnego dnia wezwał taksówkę, która odwiozła zbolałą do mieszkania jej matki. Taksówkarz chyba nic nie zauważył. Gdy matka ujrzała córkę w progu, od razu powiadomiła pogotowie.

– Doznała oparzeń termicznych drugiego i trzeciego stopnia  głowy, szyi, górnej powierzchni klatki piersiowej i obu rąk obejmujących łącznie 15 procent całkowitej powierzchni ciała – lekarze w tarnowskim szpitalu potwierdzili stan 37-letniej kobiety. – Doznała oparzeń górnych dróg oddechowych, skutkujących objawami ostrej niewydolności oddechowej. Następstwem tego są rozległe zniekształcające blizny tych okolic ciała. Doznała również znacznego stopnia deformacji z rozległym ubytkiem prawej małżowiny usznej, deformacji i ubytku górnej części lewej małżowiny usznej. Doznała także przykurczy i upośledzenia ruchów palców prawej ręki.

Kobietę poddano natychmiastowemu kilkutygodniowemu leczeniu, połączonemu z szeregiem zabiegów operacyjnych.

8 listopada 2019 roku prokuratura wniosła do Sądu Okręgowego w Tarnowie oskarżenie przeciwko Marcinowi D. o próbę zabójstwa 37-latki, ze szczególnym okrucieństwem. Postawiono mu zarzuty w sprawie 8 przestępstw dokonanych względem kobiety. U 37-latki biegli psychiatrzy stwierdzili również objawy tzw. „syndromu sztokholmskiego”, czyli wyrażania sympatii do osoby ją przytrzymującej, dręczącej. Stwierdzono również u niej zespół stresu pourazowego. Czyli schorzenia będącego następstwem przerażającego, zagrażającego życiu wydarzeniu. Marcinowi D. grozi nawet dożywocie.

– Proces trwa – przypomina sędzia Tomasz Kozioł rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Tarnowie.

Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*