TO „BOLO” STWORZYŁ „SŁOWIKA”

Jarosław Maringe FB

Jarosław Maringe „Chińczyk” spędził w jednej celi z Andrzejem Z. „Słowikiem” osiem miesięcy. Jak sam mówi, w tym czasie zaprzyjaźnili się, lecz szybko doszło między nimi do konfliktu.

 Poznał pan „Słowika” jeszcze zanim spotkaliście  się w latach 2005 -2006 na tak zwanych enkach, w areszcie na ulicy Rakowieckiej w Warszawie.

Andrzeja poznałem wcześniej dzięki Jerzemu W. „Żabie”, dla którego pracowałem. „Żaba” jeździł na wakacje ze starymi, między innymi ze „Słowikiem”. Ja też czasami na takie wyjazdy się załapywałem. W 1996 roku byłem ze starymi  w Zakopanem, był tam też „Słowik”. Oczywiście przedtem widziałem go kilka razy i musiałem wówczas przywitać się z nim z należytym mu szacunkiem. Ja wtedy miałem  22-23  lata. I  myślałem o nim: „Ten to dopiero jest poważny gangster,  a nie takie  prymitywne bydle jak „Masa”, lub jeszcze gorszy Rysiek P.  „Krzyś”. „Słowik”  wyróżniał się  na tym tle.  On i „Wańka”, to były osoby jakby z wyższej półki.

W jakich okolicznościach poznaliście się bliżej?

W 1996 roku, gdy byliśmy w Zakopanem na świętach Bożego Narodzenia i Sylwestrze. Pojechało nas tam ze trzydzieści albo więcej osób. Był „Słowik” z Moniką, Rysiek Sz. „Kajtek”, Zygmunt  R. „Bolo”, „Żaba”. Chyba „Wańki” nie było wtedy z nami. Tam doszło do zabawnego zdarzenia, z którego wszyscy się śmieli. „Żaba” miał bardzo niesfornego syna, to było wyjątkowo źle wychowane dziecko. Ten chłopak, gdy miał osiemnastkę, to zażyczył sobie od ojca  maybacha.  Ale wtedy w Zakopanem, miał 12 albo 13 lat. Było tak, że „Słowik” zaczął wstawiać swój farmazon. A ten chłopaczek wyskoczył do niego z takim tekstem: „Weź ty się kurwa nie odzywaj, bo cię zaraz mój ojciec usadzi, jak będziesz się tu mądrzył!”. Taki był bezczelny. Ale wszyscy, łącznie z Andrzejem, podeszli do tego z humorem.

Jak wyglądał wasz pobyt w Zakopanem?

Mieszkaliśmy wtedy w hotelu Kasprowy. Bawiliśmy się tam, biesiadowaliśmy. Mieliśmy tam jakby swoją bazę. Ale starzy strasznie lubili chodzić na tak zwanego świniaka. „Na świniaka idziemy” – mówili. Zamawiali całego upieczonego prosiaka, z pomidorkiem lub z jabłkiem w ryjku, i wtedy przystępowali do biesiady. Nieopodal Kasprowego była restauracja, do której chodzili na tego świniaka. Oni wynajmowali praktycznie cały ten lokal, tylko dla nas.

Były też zapewne tańce?

A jakże, tańczyła zwykle Monika. Wskakiwała na stół, gdzie było jedzenie, i pokazywała wszystkim dupę. A „Słowik” ją po niej klepał i był szczęśliwy, że ona tak tańczy na tym stole. Jeszcze w więzieniu mi to wspominał, był bardzo uradowany, że ona tak się zachowywała. To był częsty numer u niej. „Słowik” mówił, że to jest aktorski numer „Monini”. Taka jej popisówka. Wtedy na Sylwestrze to ja jeszcze nie wiedziałem, że to jej aktorski numer. I byłem w szoku, jak mogła się tak prymitywnie zachowywać. Ale z biegiem lat ten jej czar coraz bardziej pryskał, gdy odkrywałem jej prawdziwe oblicze. Z moich obserwacji wynikało, że jest równie prymitywna, jak „Słowik”. Ich duet był na tyle ciekawy, ponieważ niesamowicie uzupełniali się w zarządzaniu strachem u innych, co było kluczem do kariery „Słowika”. On  właśnie tym wyróżniał się w grupie pruszkowskiej. Jego rolą było zastraszyć, tak, aby – jak sam to określał – postawić kropkę nad „i”, czyli nie zostawić ofierze wyboru i sprawić, aby była uległa. Z biegiem lat zorientowałem się, że cały ten półświatek opierał się na podobnym schemacie.

„Słowik” – pierwszy z lewej – w teledysku rapera Malika
fot YT

Święta  i sylwester w Zakopanem, to było takie pierwsze wasze spotkanie?

Tak, od tego czasu już się oficjalnie znaliśmy, witaliśmy, rozmawialiśmy.

Jak pan wtedy oceniał Andrzeja Z.?

Wówczas w moich oczach był takim mafiozo z filmów. On ma cechy przywódcze. Jest znakomitym aktorem i odgrywał te swoje szopki przed nami. Nawet księdza udawał. I ta jego gadka, zakompleksionego fryzjera więziennego: „Panie magistrze, panie profesorze …”.

W jaki sposób odstawiał księdza, co pan ma na myśli?

Przebierał się w sutannę i tak chodził. Jak się za dużo napił, to robił znak krzyża. Tak, jakby błogosławił wszystkich obecnych. Witał się z ludźmi, mówiąc „Szczęść Boże”. Generalnie był bardzo dobrym aktorem, był geniuszem w manipulacji ludźmi. I zwykle wydawał się być sympatycznym człowiekiem. Ale pamiętam takie zdarzenie, gdy ta jego dobrotliwa maska opadła. To było, gdy przetrzymywali kogoś na Saskiej Kępie. Ja tam przy tym też byłem. Starzy pruszkowscy mieli tam taki lokal, on się nazywał Multi Pub. Był na Meksykańskiej. To był ten moment, kiedy „Zbynek” był w ekipie u „Słowika”. Wtedy u nich dwóch widziałem broń. I po raz pierwszy u „Słowika” dostrzegłem wzrok mordercy. Miał oczy osobnika, który kogoś zamordował albo zamorduje.  Tak to odebrałem, takie miałem odczucie. Aż mnie ciarki wtedy przeszły. On nie był wówczas taki sympatyczny, towarzyski i dowcipny, jak zwykle. Emanowało z niego zło. Nie pamiętam, o co wtedy chodziło. Ale wiem, że to później procesowo było rozpracowane.

Czy według pana istniał  zarząd „Pruszkowa”?

 Nawet „Masa”  przyznał, że nie było zarządu. Mam tą jego wypowiedź  nagraną i wstawioną  na moim kanale na You Tube. Zarząd został wymyślony na potrzebę walki „Masy” z drugą odnogą „Pruszkowa”. Niestety niektórzy dziennikarze, wspólnie z nierzetelnymi prokuratorami, wykreowali bandytę na bohatera, a innego bandytę na ojca chrzestnego polskich grup przestępczych.

Kogo ma pan na myśli?

Ten wykreowany ojciec chrzestny polskiej mafii, to nikt inny, jak bohater tej książki „Słowik”. On przed laty, w więzieniu, został wzięty pod skrzydła przez innego gangstera, Zygmunta R. o pseudonimie „Bolo”, który zaczął go wychowywać na swojego bezwzględnego żołnierza. „Słowik” był i jest mu bezwarunkowo posłuszny. Wrócę  jeszcze do tego wątku.

Był ojciec chrzestny, ale zarządu nie było?

Jeśli chodzi o zarząd „Pruszkowa”, to na pewno go nie było, ale były dwie grupy, które ze sobą konkurowały. „Masa” po śmierci „Kiełbasy” mocno wspiął się na szczyt grupy pruszkowskiej. A gdy „Pershing” wyszedł z więzienia, poszedł do „Pershinga”. Bo były dwie grupy: grupa „Pershinga” oraz  grupa starych.

Czyli krótko mówiąc, „Ożarów” i „Pruszków”?

Chyba tak właśnie należałoby to przyjąć faktograficznie, bo tego nikt do tej pory nie zrobił. Ale taki był podział. Sama nazwa grupy ożarowskiej pojawiła się co prawda  nieco później, ale taki podział był już wcześniej.

 „Słowik”, mimo że nie pochodził z Pruszkowa, to dość szybko zdobył wysoką pozycję w grupie.

To prawda, jak mówiłem, stało się tak dzięki „Bolowi”. Andrzej swoją historię opowiedział mi w więzieniu, gdy siedzieliśmy przez osiem miesięcy w jednej celi. Zatrzymali mnie wówczas za największą sprawę narkotykową i nie tylko narkotykową w Polsce, to był październik 2005 roku. Mnie wtedy „Żaba” wrobił do tej sprawy. I dlatego między innymi poszedłem na współpracę. Bardzo to przeżyłem, dlatego musiałem dojechać „Żabę” za to, co zrobił. A w tamtej sytuacji było to jedyne wyjście, aby ukarać „Żabę”. I aby do końca swoich dni siedział w więzieniu, a jak wiadomo „Żaba” był stary i chory. Jednym z warunków mojego pójścia na „sześćdziesiątkę”  było to, że nie będę sypał swoich prawdziwych kolegów. Starzy na początku w ogóle nie wiedzieli, że jest kolejka do „sześćdziesiątek”, i że „Żaba” będzie zeznawał. „Słowik” cały czas mnie przekonywał, żebym nie szedł na „sześćdziesiątkę”. Pomyślałem: jak mam nie iść na „sześćdziesiątkę”, skoro „Żaba” wpierdoli jeszcze z siedmiu innych, w tym mnie. Będziemy tak sobie siedzieć ze „Słowikiem”, po plecach się klepać, pompki robić. A on będzie opowiadać, jak to było pięknie w Hiszpanii i śpiewać mi piosenki hiszpańskie. Bo on trochę język zna.

Śpiewa po hiszpańsku?

Takie cygańskie piosenki mi śpiewał, po hiszpańsku. Bo w Hiszpanii dużo Cyganów mieszka.

W bliskich relacjach wtedy byliście?

Na enkach, na Rakowieckiej prawie się zaprzyjaźniliśmy. Ja udawałem, że on ma rację, przytakiwałem mu. Gdy mi tłumaczył, że „Żaba” jest stary, to się może rozjebać, a ja jestem młody, to mogę jeszcze posiedzieć. No pewnie, tak, oczywiście!

Wspomniał pan, że „Słowik” swoją gangsterską karierę zawdzięcza Zygmuntowi R.

Generalnie, to  Zygmunt R. „Bolo” vel „Kaban” jest jego bogiem. To on stworzył „Słowika”. Oni poznali się w więzieniu. „Bolo”, to był dla Andrzeja niedościgniony wzór. To on go przywiózł do Warszawy i wprowadził w środowisko przestępcze. On go wszystkiego uczył i wydawał mu polecenia. Wtedy jeszcze „Słowik” był nikim. Tego dowiedziałem się od niego samego, on mi to wprost powiedział: „Ja to jestem nikim przy Zygmuncie. I wszystko, co mi powie, wykonam”. Ile jeszcze tajemnic kryje się pod tym posłuszeństwem, nie będę zdradzał. Na pewno jeszcze nie teraz.

 „Masa” twierdzi, że „Słowik ma naturę kilera.

Andrzej dawał mi do zrozumienia, że to on stoi za zabójstwami w gołębniku „Dziada”. Pewnie żeby mnie wystraszyć, że to on dokonywał tych egzekucji. Żebym się bał.

Ale to raczej nie on za tym stał.

Nie on, ale grał przede mną kilera. Chciał uchodzić za takiego, który gdzieś wchodzi i zabija trzy osoby. Jak w filmie sensacyjnym, taką otoczkę sobie budował. Jak mówiłem już wcześniej, to jest genialny aktor. Powiedziałbym, że  nawet na poziomie „Masy”.

Jak „Słowik”  zachowywał się w więzieniu?

Podobnie jak na wolności. Miał cechy przywódcze, ale był wobec mnie przyjacielski i planował ze mną, po wyjściu na wolność, utworzyć nową grupę. Ja jestem osobą bardzo empatyczną, która lubi ludzi. Jego też polubiłem.

Ale rozczarował się pan nim.

Trochę tak. Cały czas deklarował mi, że „Masa” poniesie odpowiedzialność za to, jak zeznawał. Ale mówił też, że nie było żadnego zlecenia zabójstwa „Masy”. A starzy chcieli go tylko straszyć psychicznie, wykańczać głuchymi telefonami. Nawet tego nie zrobili. Odpuścili mu całkiem, a ja nie.

Ale przecież planowali ponoć zamach na Jarosława Sokołowskiego.

To, że starzy zlecili zabójstwo „Masy”, było wielkim farmazonem. Wymyślił to prokurator Jerzy Mierzewski z „Masą”, aby uwiarygodnić wartość jego zeznań. Starzy śmieli się z tego, że „Masa” zeznaje. Oni to lekceważyli, bo wiedzieli, że on nie był wtajemniczony w żadne ich sprawy. Jarek po prostu nie wiedział niczego o ich przestępstwach. Więc nie brali pod uwagę, że czymkolwiek może im zaszkodzić. Chociaż dobrze wiedzieli, że idzie na koronę.

Pamiętam, że w tym czasie lecieliśmy z „Żabą” na wakacje do Marbelli. Zaskoczyło mnie, że  „Żabę”  tak trzepali na lotnisku. Zastanawiałem się, o co tu chodzi.  Wtedy tylko „Masa” przyszedł nam do głowy, że zeznaje na nas.

Ale chyba „Żaba”  miał dobre relacje z Sokołowskim?

Mieliśmy wtedy kontakt ze starymi, ale „Żaba” grał na dwa fronty. Ze starymi żył dobrze i – po zabiciu „Pershinga” – z „Masą” dobrze. Dzięki temu miałem cały czas wiadomości od „Żaby”, co się dzieje. Mieliśmy bardzo dużą wiedzę z Jurkiem „Żabą”. Lepiej żyliśmy ze starymi niż „Masa”. On próbował się wśród nich wybijać, ale mu nie pozwalali. Byli cwani i nikogo nie chcieli dopuszczać wyżej.

Wróćmy do „Słowika”, w  areszcie dowiedział się, że jego żona nie jest mu wierna.

Było mi go żal ze względu na Monikę. To była tajemnica poliszynela, że ona go zdradza. A on cały czas był zakochany i nawijał: „moja Monini, moja, Monini kochana”.  Czasami  wyciągał usta do przodu i mówił:  „Teraz ci Monini zrobię dziadka”. Potrafił tak zęby schować, jakby ich nie miał, albo miał szczękę sztuczną. Udawał takiego starego dziadka. Takie miał trochę infantylne zachowania, być może z tęsknoty za rodziną, za synem. On nie miał też w ogóle pieniędzy, ja go utrzymywałem na tych enkach. Całą jego kasą ponoć zaopiekowała się Monika z „Wadimem” i jeszcze miał komorników na karku. Do czasu tej ostatniej akcji z VAT-em, to oni wszyscy stali bardzo słabo finansowo. Jego, i nie tylko jego kasę  rzekomo roztrwoniła  Monika.

On o tym wiedział, czy udawał, że nie wie?

Wtedy, gdy ja jeszcze siedziałem z nim w więzieniu, to niewiele o tym wiedział. Ja byłem pierwszą osobą, która powiedziała mu o „Sprokecie” i Monice. Ale on w ogóle nie chciał o tym słuchać. „A co ty opowiadasz, to jest moja Monini kochana”. On myślał, że on Monikę wychował i wyszkolił  tak, jak „Bolo” jego wytresował. Sądził, że Monika jest jego najbardziej zaufaną osobą i wierną aż do grobu, i że do grobu zabierze wszystkie tajemnice. Że nigdy nie wyda jego ani jego pieniędzy. Miał takie przekonanie, że to jest taki wyszkolony przez niego pitbull, który go nigdy nie zdradzi.

A gdy się okazało, że tak nie jest, to co zrobił?

On się o tym dowiedział, gdy siedzieliśmy razem. W końcu to do niego dotarło. Przez trzy dni i noce płakał. Leżał na koju przy ścianie i płakał. Starał się to ukrywać, ale się nie dało. Chyba nawet nie bardzo się tego wstydził, że został trafiony w czuły punkt. W celi było ogólnie ciemno. Bo na enkach osadzonych  doprowadzono do porządku, stosując tortury światłem. A było to światło jarzeniowe, nie było światła dziennego. Ja osobiście tam o mało nie zwariowałem, tam ludzie odchodzili od zmysłów. W nocy niewiele było widać, ale słyszałem wyraźnie, jak Andrzej płacze. Całkowicie się rozkleił.

W tej celi byliście tylko we dwóch, czy był ktoś jeszcze z wami?

Dopóki byliśmy we dwóch, to wszystko było dobrze. Wtedy nie próbował jeszcze ze mną żadnych rozwiązań siłowych. Potem przyszedł trzeci, ja już nie pamiętam, kto to był, chyba ktoś od „obcinaczy palców”. Wtedy się zaczęły problemy. Poszarpałem się z nim na ziemi. Myślał, że mnie poddusi, ale ja wcześniej trenowałem zapasy. I trochę mu nie wyszło.

O co wam poszło?

Miał do mnie pretensje, że mu powiedziałem, że skoro „Żaba” mógł pójść na współpracę, to i ja mogę. A tak naprawdę, to ja już dawno to zrobiłem, ale tak go sondowałem. On to wyczuwał, że ja poszedłem w drugą stronę. Eksplodował wtedy, gdy miał w celi jeszcze kogoś za sobą. Później już siedziałem sam na tych enkach.

Ponoć bardzo dokuczał pan „Słowikowi” i „Bolowi”? 

Tam, gdy ktoś przychodził na widzenia, to przeprowadzali go na pawilon, na enki. Ja się wydzierałem na nich i było to słychać na tych widzeniach. Wcześniej „Słowik” naopowiadał mi o tym, że „Bolo” wziął sobie za żonę jakąś prostytutkę z Ukrainy. To dokuczałem im później z tego powodu. Chociaż  każdy ich się bardzo bał, ale ja  miałem gdzieś to towarzystwo. Podchodziłem do drzwi celi i krzyczałem: „Bolo, ty stara kurwo, wziąłeś sobie prostytutkę za żonę!”. I robiłem tak, gdy ona przychodziła na widzenia, żeby to słyszała. Dokuczałem także „Słowikowi”, gdy miał widzenia. Zazwyczaj wyzywałem ich już od rana, gdy tylko wstałem. Ale oni nigdy nie krzyczeli. Aż się dziwiłem. A i mi za bardzo nikt uwagi nie zwracał. Chociaż generalnie walczyli tam ze mną, próbowali mnie stłamsić. Pamiętam, gdy chodziło się na spacery, to oni cały czas porozumiewali się między sobą. Cały czas coś tam obgadywali. Mimo że te enki miały być bez przepływu informacji, to jednak ten przepływ był. Oni wszyscy mieli wielki w areszcie szacunek i na tym bazowali. Potem to nieco przysiadło.

Dlaczego?

Bo to była napompowana banda wieśniaków, którzy potrafili genialnie zarządzać strachem. Gdyż w latach dziewięćdziesiątych mieliśmy wadliwie skonstruowane prawo, które pozwalało na takie sytuacje, jak zastraszanie ludzi. Ale oni nie nadawali się na bohaterów filmów sensacyjnych, o tym trzeba zapomnieć. Nie byli  tacy, jak chociażby Karol S. „Karol” z grupy wołomińskiej. Bardzo dużo im do niego brakowało.

Uważa pan Andrzeja Z. za twardziela?

No tak, oczywiście, był i jest twardy. Tylko na moment Monika go podłamała. Ale na pewno nie jest charakterniakiem. On będzie szedł za tym, co jest dla niego najwygodniejsze i najbardziej opłacalne w danej chwili. A nie za zasadami.

Na jakiej podstawie pan to mówi?

Chociażby na takim przykładzie, że wmawiał mi, iż rozjebanie „Żaby” jest w porządku. Jaki zatem jest z niego charakterniak? Gdyby nim był, to powinien powiedzieć, że ani ja, ani „Żaba” nie możemy iść na współpracę. A nie, że „Żaba” może, bo jest stary. Co to za zasady?!

To czemu tak się zachował?

To był kompromis z ich strony wobec „Żaby”. Bali się, że jak Jurek po całości się rozjebie, to wtedy naprawdę mieliby poważne zarzuty, a nie wymyślone przez „Masę”. A tak nie wrzucili go do wora i mogli liczyć na rewanż z jego strony.

Zajmował się pan w grupie pruszkowskiej handlem narkotykami. Czy prawdą jest, że  „Słowik” z Moniką jeździli do Kolumbii i zostawali tam jako zastaw za towar?

To prawda, ale nie pamiętam już szczegółów. Jednak oni nie przebywali tam w jakichś luksusowych warunkach, ale w bardzo przeciętnych i czekali aż przyjdą pieniądze za towar i ich wypuszczą. Na pewno nie była to rezydencja  Escobara, a oni nie byli jego honorowymi gośćmi. W Ameryce Południowej i Środkowej jest tyle grup przestępczych i karteli, że to się w głowie nie mieści. I co chwila powstają nowe. Dla mnie wtedy było to szokujące, że oni zostawali jako zastaw za towar, ale to są standardowe zachowania południowoamerykańskich handlarzy narkotyków. Jak nie masz pieniędzy, żeby zapłacić, to siedzisz i czekasz,  aż zapłacą kumple. A oni cię pilnują, żebyś nie uciekł. Polak to tam nic nie znaczy. Teraz, z perspektywy Hiszpanii – przez którą głównie idą dostawy narkotyków –  mogę powiedzieć, że polski odbiorca jest dla nich nikim.  „Słowik” przez jakiś czas przyjaźnił się z „Pershingiem”. Myśli pan, że to było wyrachowane,  miało jakiś cel?

To jest prawdopodobne, ale ja tego nie wiem. Co do sprawy zabójstwa generała Papały czy „Pershinga”, to były sprawy wrażliwe w grupie. O tym się nie rozmawiało. W areszcie też były to tematy tabu. Gdy próbowałem z Andrzejem o tym rozmawiać, to on się cały trząsł. Już nie było rozmowy, temat się urywał. Ja to jestem ciekawski i próbowałem go nakłonić do rozmów na ten temat. Jednak bez skutku.

Wróćmy do Moniki, poznał pan ją, zanim „Słowik” znalazł się w więzieniu. Jak się zachowywała?

Była i jest do tej pory przemądrzała.

Ja tego nie zauważyłem. Myśli pan, że ona go trochę zgubiła?

Mało kto zna jej przeszłość, a była bardzo nieciekawa.

Widocznie „Słowikowi” nie przeszkadzała…

On był zaślepiony, zakochany. Robił z niej lekarza, chociaż skończyła chyba jakieś studium pielęgniarskie. Jemu to bardzo imponowało, dla niego to już była lekarka. On sobie na jej temat nakręcił w głowie swój film i tego się trzymał. I wierzył w to, co sam wymyślił, do końca. W więzieniu mi mówił: „Ja ją sobie tak wyszkoliłem, jak Zygmunt mnie”.

Gdy zdrada wyszła na jaw, to groził zemstą?

Właśnie nie. Tylko popłakał i tyle. Dużo mówił o dziecku, że Dawid musi mieć matkę. Zero myśli o zemście. Ja sobie wtedy myślałem: „Co to są za lamusy?!”. Trudno było mi to zrozumieć.

Przed wyjściem „Słowika” z więzienia „Wańka” przyszedł do jego mieszkania, gdzie Monika żyła z „Wadimem”.  Poprosił  „Wadima”, żeby opuścił dom „Słowika”. Tak to jego wspólnicy, którzy byli na wolności, akceptowali  fakt, że z żoną i dzieckiem kumpla mieszka obcy facet.

Czy według pana Andrzej Z. może być jeszcze uczciwym człowiekiem, czy jest skazany na bycie gangsterem?

Nie  może i nigdy nie będzie.

Dlaczego pan tak myśli?

Dlatego, że on nie potrafi zarobić uczciwie pieniędzy. Musimy też zdawać sobie sprawę, że ta nasza wykreowana mafia pruszkowska, to obecnie emeryci w podeszłym wieku, z wyjątkiem „Słowika”. Dlatego jeszcze nie raz w przyszłości da o sobie znać.

rozmawiał: Janusz Szostak

Jest to fragment książki Janusza Szostaka  „Słowik- skazany na bycie gangsterem”. TU DO KUPIENIA

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*