ZABIJALI POLICJANTÓW  BEZ ZMRUŻENIA OKA

Pogrzeb Edmunda Chaberskiego w Kocku www.tnn.pl

Mieli przewagę liczebną. Działali z zaskoczenia. Wydawać by się mogło, że wynik tej rozgrywki jest przesądzony. Jednak bandyci, żeby nie dać się aresztować, gotowi byli zginąć. Stawili policji zdecydowany opór.

 Pierwszy poległ posterunkowy Tomasz Dzido. Podszedł zbyt blisko kępy zarośli, w których ukrywali się Rusin i Zadurski. Trafiony kulą w głowę, padł martwy. Śmierć kolegi chciał pomścić starszy posterunkowy Edmund Chaberski. Niestety, także nie zachował ostrożności. Został ciężko ranny w klatkę piersiową. Przewieziono go do szpitala w Łukowie. Był w beznadziejnym stanie. Następnego dnia zmarł na skutek odniesionych obrażeń.

Obaj zastrzeleni policjanci byli funkcjonariuszami posterunku w Adamowie. Osierocili żony i dzieci (Dzido czworo, Chaberski troje). Od zbłąkanej kuli zginęła  mieszkanka wsi Bronisławów, Stanisława Niepanowa, która przypadkowo znalazła się na linii ognia.

Akcja policji przeciwko dwóm groźnym kryminalistom zakończyła się fiaskiem. Korzystając z zamieszania bandyci zbiegli.

 Hydra o wielu łbach

W dwudziestoleciu międzywojennym kierownictwo Komendy Głównej Policji Państwowej informowało o sukcesach w walce z przestępczością pospolitą, zapewniając, że sytuacja jest pod kontrolą i nie ma czego się obawiać. Prawa wyglądała inaczej.

Owszem, policja rozbijała mniejsze i większe grupy bandyckie, pakując zbirów za kraty, lub – w uzasadnionych przypadkach – kładąc ich trupem. Jednak natura nie znosi próżni. Miejsce po zlikwidowanych bandach nie pozostawało długo puste. Ta była hydra. Po odcięciu jednego łba wyrastały nowe.

Bieda, bezrobocie i brak nadziei na poprawę bytu sprzyjały rozprzestrzenianiu się przestępczości. Policja była niedoposażona, miała także braki w wyszkoleniu, zwłaszcza na prowincji. Funkcjonariusze nader często tracili życie w walce z przedwojennymi gangsterami. Ginęli w trakcie wymiany ognia, a także podczas  konwojowania i przesłuchiwania przestępców. Do szczególnie niebezpiecznych terenów należały ziemie dawnej Kongresówki, nie bez racji zwane Dzikim Wschodem.

Józef Rusin i Józef Zadurski byli zawodowymi przestępcami.  Bandycki duet działał w latach 30. w różnych częściach województwa lubelskiego. Dokonali we dwóch wielu napadów rabunkowych i morderstw. Oprócz zastrzelenia posterunkowego Dzidy i starszego posterunkowego Chaberskiego mieli na sumieniu życie jeszcze jednego funkcjonariusza policji.

Tragiczna akcja

„Specjalnością” Rusina i Zadurskiego były napady na podróżnych. Niczym zbójcy w dawnych wiekach czatowali przy drodze. Gdy przejeżdżali na pzrykład kupcy na targ, wyskakiwali z zarośli i terroryzowali ich rewolwerami. Zabierali gotówkę i towary. Na ogół poszkodowani nie mieli odwagi stawiać oporu.

11 lutego 1938 r. Jan Król i Antoni Palikowski ze Związku Hodowców Trzody Chlewnej w Lublinie jechali furmanką z miejscowości Pohulanka do Burakowa pod Parczewem. Padał śnieg, koniom zamarzały oddechy.  Około 7.30 zrobiło się jednak bardzo gorąco. Na szosę wybiegli dwaj uzbrojeni osobnicy, uniemożliwiając furmance przejazd.

– Stać, dalej nie pojedziecie. Oddajcie pieniądze i wszystko co tam macie na wozie jeśli wam życie miłe  – nakazali, kierując w mężczyzn lufy browningów. Król i Burakowski zabrali w drogę rewolwery dla ewentualnej obrony. W tej chwili były one jednak nieprzydatne. Zbiry nie żartowały, więc nie targując się, wydali im gotówkę w kwocie 6 tysięcy zł oraz broń.

Żeby uniemożliwić pościg bandyci zastrzelili konia, po czym umknęli do lasu. Poszkodowani dopiero po kilku godzinach dotarli do najbliższego posterunku policji. Z przekazanych przez nich rysopisów sprawców napadu wywnioskowano, że byli to Rusin i Zadurski. Zorganizowana naprędce obława nie przyniosła rezultatu.

W dwa dni później policja wpadła na ich trop. Ustalono, że ukrywają się w Siemieniu w powiecie radzyńskim. Lubelski urząd śledczy wydelegował do zatrzymania bandytów trzech wywiadowców. Akcją dowodził przodownik Jan Wodnicki.

Ustalili, że poszukiwani przebywają w mieszkaniu znanego złodzieja, Wysockiego. Weszli do niego bez pukania z odbezpieczonymi rewolwerami. Zastali całą trójkę przy stole.

– Ręce do góry, poddajcie się, jesteście bez szans! – nakazali zaskoczonym bandytom. Jednak ich konsternacja trwała chwilę. Rusin i Zadurski, nie zważając na celujących do nich policjantów, dobyli rewolwerów i wypalili w ich kierunku. W czasie wymiany ognia policja śmiertelnie raniła Wysockiego, natomiast Rusin zastrzelił przodownika Wodnickiego. Następnie wraz z Zadurski wybiegli z chaty i pomknęli przez zaśnieżone pole.

Pozostali przy życiu wywiadowcy ruszyli za nimi w pościg. Sprowadzono posiłki z miejscowego posterunku. Jednak bandyci świetnie znali teren i wydostali się z obławy. Z powodu obfitej śnieżycy, przerwano akcję.

Byli jak jin i jang

Sprawcy napadu zapadli się pod ziemię. Dopiero gdy śniegi odtajały, policja otrzymała od konfidentów informację, że Rusin wyniósł się z Lubelszczyzny i przystał do bandy kierowanej do niedawna przez Nikifora Maruszeczkę, wielokrotnego mordercy, jednego z najgroźniejszych przestępców międzywojennych w Polsce, który grasował na Podkarpaciu i na Górnym Śląsku.

8 stycznia 1938 roku  Maruszeczko głupio wpadł po pijackiej awanturze, jaką wywołał w restauracji hotelu  Pod Orłem w Białej Krakowskiej. Jego wspólnicy rozpierzchli się. Rewelacje, iż Rusin skumał się z ludźmi słynnego zbira, traktowano sceptycznie. Owszem, bandyci zmieniają miejsce pobytu, gdy grunt pali im się pod nogami. Pracują także w różnych konfiguracjach osobowych. Ale gang Maruszeczki to była „elita”. Gdzie takiemu Rusinowi do nich? No chyba, że zastrzelenie policjanta nobilitowało go w oczach ferajny.

Jednak była jeszcze jedna wątpliwość czy to prawda. Skoro Rusin dołączył do kumpli aresztowanego Maruszeczki, to co się stało z jego wspólnikiem Zadurskim? Stanowili nierozłączny duet. Gdzie jeden, tam i drugi. Uzupełniali się w bandyckiej robocie niczym jin i jang – dwie przeciwne, ale uzupełniające się siły. Tymczasem o Zadurskim było cicho.

Brano pod uwagę dwie możliwości. Albo nierozłączni przyjaciele pokłócili się – być może przy podziale łupów – i Rusin zabił Zadurskiego a zwłoki gdzieś ukrył, albo informacje od konfidentów były błędne. Ci jednak przysięgali, że na własne uszy słyszeli od ludzi, którym można wierzyć, że Rusin sprzymierzył się z niedobitkami bandy Maruszeczki. Było więc w tym coś dziwnego. Na wyjaśnienie zagadki policja musiała poczekać kilka miesięcy.

Rusinów dwóch

W czerwcu 1938 roku lubelska prasa podała elektryzującą wiadomość, że zabójca przodownika Wodnickiego został zlikwidowany w Lubartowie w czasie policyjnej akcji. Jednak już po kilku godzinach od tej informacji okazało się, że to nadinterpretacja. Zastrzelony przez policję przestępca nazywał się Rusin, jednak na imię miał Franciszek a nie Józef. Było dwóch Rusinów. Obaj parali się bandyckim fachem.

Obsada posterunku w Adamowie, Edmund Chaberski siedzi z lewej
fot. www.tnn.pl

To właśnie Franciszek Rusin przystał do bandy Maruszeczki na początku roku. Po aresztowaniu herszta kilku jego wspólników, w tym Rusin, żeby nie trafić za kraty, przeniosło się pod Garwolin. Na ich trop wpadł przodownik Kołtun. 13 stycznia podczas próby zatrzymania, bandyci postrzelili Kołtuna i towarzyszącego mu posterunkowego Stermę.

W czerwcu Franciszek Rusin przyjechał do Lubartowa. Ukrywał się nieopodal… aresztu miejskiego, w drewnianej komórce należącej do dozorcy sądu grodzkiego, Cieniucha. Anonimowy informator doniósł o tym policji. 16 czerwca trzej policjanci weszli do kryjówki. Wycelowali z rewolwerów do zaskoczonego mężczyzny.

– Poddaj się Rusin, tylko bez żadnych sztuczek – powiedzieli do niego. Tamten nie usłuchał wezwania. Dobył broni i zaczął strzelać. Ale nie miał najmniejszych szans w tym starciu. Został zabity na miejscu. Policja po zlikwidowaniu przestępcy przeprowadziła rewizję w komórce. Zabezpieczono rewolwer typu „Hiszpan” kaliber 7,65 mm i 30 naboi, oraz notatnik przestępcy. Aresztowano dozorcę sądowego i jego żonę. Jak się okazało, Cieniuchowie nie tylko przechowywali Rusina, ale także go żywili i pilnowali, żeby nikt się nie zbliżał do jego kryjówki.

Co ciekawe, Józefa i Franciszka Rusinów nie łączyło pokrewieństwo. Ich drogi najprawdopodobniej nigdy się nie skrzyżowały.

Emocje wzięły górę?

Nie było żadnej sprzeczki między Józefem Rusinem a jego imiennikiem Zadurskim. W dalszym ciągu pozostawali w grze, występując w duecie. W kilka dni po zastrzeleniu przez policjantów Franciszka Rusina, dali o sobie znać.

Trasą Radzyń-Kock jechał samochodem  kupiec Henryk Gujski z Łukowa. Wiózł sporo gotówki. W miejscowości Tchórzew przed wjazdem na most na Wieprzu w poprzek drogi leżała kłoda. Gujski zatrzymał się i wysiadł z auta, żeby usunąć przeszkodę.  Wtedy zza zarośli wyskoczyli Rusin i Zadurski.

– Dawaj forsę, albo kulka w łeb! – zażądał jeden z nich, mierząc do kupca z karabinu. Napad był tak nagły, że Gujski nie miał najmniejszych szans na obronę. Chcąc ratować życie, nie namyślał się, tylko oddał bandytom portfel z 1000 zł. Rabusie porwali łup i czmychnęli w las.

Miejsce napadu oznaczało, że poszukiwani bandyci nie opuścili Lubelszczyzny. Do schwytania zbirów zmobilizowano policjantów z całego powiatu łukowskiego, gdzie osobnicy o rysopisach odpowiadających Rusinowi i Zadurskiego byli parokrotnie widziani.

25 czerwca drogą wywiadów i informacji dostarczanych przez tajnych współpracowników służby śledcze ustaliły, że Rusin i Zadurski ukrywają się na terenie gminy Serokomla. Wiadomość była pewna. Uzbrojony w rewolwery i karabiny oddział policji osaczył bandytów na otwartym polu. Wezwani do poddania się nie usłuchali polecenia. Doszło do strzelaniny.

Przewaga liczebna funkcjonariuszy policji była miażdżąca. Wydawało się, że Rusin i Zadurski nie mają szans wyjść cało z tego kotła. Niestety, tak się nie stało. Policjanci bardzo chcieli dopaść zabójców przodownika Wodnickiego, być może do głosu doszły emocje, może zawiodło wyszkolenie lub zawiniła brawura?

W akcji polegli przodownik Dzido i starszy posterunkowy Chaberski, a Rusin i Zadurski, przerwali pierścień obławy i rzucili się do ucieczki, cały czas ostrzeliwując się. Zszokowani tragedią policjanci nie potrafili skutecznie ich ścigać.

O zakończonej śmiercią dwóch funkcjonariuszy akcji powiadomiono komendę wojewódzką policji w Lublinie. Do  Serokomli przyjechali m.in. zastępca komendanta inspektor Szaryński i naczelnik wydziału śledczego inspektor Ruciński. Ten ostatni objął dowództwo nad grupą pościgową, wyposażoną w tarcze ochronne i bomby z gazem łzawiącym. Powiedział dziennikarzom, że ujęcie Rusina i Zadurskiego jest kwestią najwyżej kilku godzin. Jednak tak szybko to się nie skończyło.

Decydujące starcie

Tomasz Dzido został pochowany na cmentarzu w Adamowie, natomiast Edmund Chaberski w rodzinnym Kocku. Poległych na służbie policjantów pożegnały tłumy ludzi. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyli przedstawiciele wojewody lubelskiego i komendanta wojewódzkiego policji.

Tymczasem Rusin i Zadurski gonili resztkami sił. Zdawali sobie sprawę, że ich czas się kończy, jednak nie zamierzali składać broni. Woleli zostać zastrzeleni niż zawisnąć na szubienicy.

3 lipca 1938 roku inspektor Ruciński otrzymał kolejną poufną informację, że Rusin i Zadurski ukrywają się na polu w pobliżu wsi Bielany w powiecie łukowskim. Policyjny wóz ruszył w drogę z piskiem opon.

Pszenica na polu była już tak dojrzała i wysoka, że gołym okiem nie można było zobaczyć, czy ktoś się w niej ukrywa. Ruciński przez lornetkę dojrzał jednak lufy karabinów. Tym razem policjanci, nauczeni poprzednimi doświadczeniami, zachowali ostrożność, zbliżając się do kryjówki bandytów.

Wywiązała się przeszło półgodzinna zacięta walka. Policja ostrzeliwała zbirów z pistoletów maszynowych, Rusin i Zadurski odpowiadali ogniem z karabinów i rewolwerów. Ich kule odbijały się jednak od pancerzy ochronnych policjantów. W pewnym momencie do rozgrywki włączył się trzeci, potężny przeciwnik. Była to burza, która od pewnego czasu wisiała w powietrzu. Grzmoty piorunów potęgowały grozę.

Po kolejnej policyjnej serii z Thompsonów M1928 nie było odzewu ze strony Rusina i Zadurskiego. Gdy przebrzmiało echo strzałów, policjanci z największą ostrożnością zbliżyli się do kryjówki. W stratowanym zbożu zobaczyli w kałuży krwi podziurawione jak sito ciała bandytów. Obaj byli martwi. Obok zwłok leżały dwa francuskie karabiny i cztery rewolwery. Przy Zadurskim znaleziono dwa złote zegarki i sporą ilość gotówki. Przy Józefie Rusinie srebrny zegarek i granat bojowy z założonym zapalnikiem. Można sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby zdążył odciągnąć zawleczkę i rzucił.

Rusin i Zadurski działali razem od ponad 7 lat. Byli bardzo przebiegli i bezwzględni. Ich przestępcza „kariera” trwała tak długo, ponieważ  mieli licznych sprzymierzeńców wśród wiejskiej ludności. Pomagano im nie z sympatii, lecz w obawie o życie.

Takich bandytów jak oni, było przed wojną wielu. Jednakże Rusina i Zadurskiego odróżniała od pozostałych jeszcze jedna cecha. Zabijali policjantów bez zmrużenia oka. Zastrzelili aż trzech stróżów prawa. Więcej na koncie miał chyba tylko Kazimierz Koziński, zwany „krwawym zbójem”. O nim już wkrótce w „Reporterze”.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*