Zabił by zapłacić za hotel, w którym spędził noc z dziewczyną

W banku byli grzeczni, ale bez ceregieli odprawili go z kwitkiem. Niestety, pańska zdolność kredytowa… Sam pan rozumie. Bardzo nam przykro. Rozumiał aż za dobrze. Gdyby pracował w banku, nie udzieliłby kredytu komuś takiemu jak on.

Jednak rozumienie problemu w żaden sposób nie poprawiało jego sytuacji. Musiał działać. Sięgnął po telefon. Gdy usłyszał jej głos, rzucił krótko:

– Czekaj na mnie, sprawa trochę się przedłuża.

Zwęglone zwłoki

19 lutego 2010 roku szarówkę krótkiego zimowego dnia rozświetliły migające koguty wozów strażackich. Przenikliwie zawyły syreny. Kilka jednostek Państwowej Straży Pożarnej przemknęło główną ulicą Kocka. Palił się szeregowiec na tak zwanym  cygańskim podwórku. Jest to popularna nazwa jednej ze starszych dzielnic.

Z ulicy nic nie było widać. Jednak wnętrze budynku wypełniały kłęby gryzącego dymu. Pożar zauważył jeden z mieszkańców. Poczuł charakterystyczny swąd spalenizny, wyszedł na klatkę schodową i zobaczył, że dym wydobywa się z mieszkania na piętrze. Zadzwonił  po strażaków oraz ostrzegł sąsiadów.

Przystąpiono do akcji gaśniczej. Sytuacja była na tyle poważna, że z zajętego przez ogień domu postanowiono ewakuować mieszkańców.  Pożar opanowano w ciągu kilkunastu minut, jednak dogaszanie ognia trwało do późnych godzin. Całe szczęście, że pożar wybuchł w dzień. Gdyby to było w nocy, kiedy ludzie śpią, wszyscy mogliby się potruć czadem.

Wśród lokatorów wyprowadzonych z budynku brakowało 84-letniego Tadeusza G. To u niego zaczęło się palić. Strażacy znaleźli mężczyznę w doszczętnie spalonym mieszkaniu. Lekarz stwierdził zgon. Zwłoki były częściowo zwęglone. Przypuszczano, że starszy pan przez nieostrożność zaprószył ogień.

– On gromadził w domu różne niepotrzebne rzeczy, pudełka plastikowe, butelki, gąbki. Pamiętam, że nawet rower trzymał kiedyś w domu. Starsi ludzie mają różne dziwactwa – powiedział mężczyzna, który wezwał straż pożarną.

Tego dnia było bardzo zimno. Zima 2010 roku przeszła do historii jako jedna z najmroźniejszych. Tadeusz G. mógł dogrzewać mieszkanie piecykiem elektrycznym, doszło do zwarcia instalacji i mężczyzna stracił przytomność na skutek zaczadzenia. Takie były wstępne ustalenia.

A jednak uduszony

Potem pojawiły się wątpliwości, co do okoliczności tragedii. Czynności wyjaśniające w tej sprawie wszczęła policja pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Lubartowie. Dziwne było, że Tadeusz G. nie opuścił mieszkania, gdy wybuchł pożar. Ogień nie zaskoczył go w czasie snu. Na jego zwłokach stwierdzono resztki ubrania, w którym chodził w dzień. Dlaczego zatem mężczyzna nie próbował uciekać przed niebezpieczeństwem?

– Mimo podeszłego wieku, umysłowo i fizycznie był jeszcze sprawny. To emerytowany wojskowy i z pewnością wiedziałby, co w takiej sytuacji zrobić – powiedzieli sąsiedzi.

Strażacy, którzy badali przyczynę zaprószenia ognia, nie stwierdzili uszkodzenia instalacji elektrycznej w mieszkaniu Tadeusza G. To nie było zwarcie. Dokładniejsze oględziny wskazywały natomiast na umyślne podpalenie. Osoba, która to zrobiła, posłużyła się zapalniczką i materiałem nasączonym łatwopalną substancją.

Sensacyjne wyniki przyniosła sekcja zwłok Tadeusza G. W płucach zmarłego nie stwierdzono obecności dymu! Oznaczało to, że 84-latek już nie żył, gdy wybuchł pożar. Patolodzy stwierdzili na jego szyi siną pręgę, a na plecach ślady po uderzeniach. Tadeusz G. nie zginął więc od pożaru, tylko został zamordowany. Sprawca pobił go, a następnie udusił.

O tym, że było to zabójstwo, a nie nieszczęśliwy wypadek, policja i prokuratura początkowo nie informowały opinii publicznej. Pożar zatarł bowiem większość śladów, które mogłyby stanowić wskazówkę w ustaleniu, kto i dlaczego udusił staruszka. Zapowiadało się długie i żmudne śledztwo. Uznano więc, że lepiej niech sprawca myśli, że nie odkryto, że to było morderstwo. Być może straci czujność i czymś się zdradzi. Czasami tak bywa. Sprawą zajmowała się specjalna grupa lubelskich i lubartowskich śledczych.

Z chęci zysku

Mieszkańcy Kocka przez kilka miesięcy byli przekonani, że staruszek był ofiarą czadu. Tymczasem organy ścigania prowadziły dyskretne działania rozpoznawcze. Szło mozolnie, jak po przysłowiowej grudzie, niemniej krok po kroku tajemnica zbrodni zaczęła się wyjaśniać.

Zaczęto od drobiazgowego prześwietlenia zamordowanego mężczyzny. Kim był, czym się zajmował, z czego żył, czy miał wrogów. Pytano o niego sąsiadów i znajomych. Próbowano też dotrzeć do jego rodziny, co okazało się niemożliwe, ponieważ Tadeusz G. prawdopodobnie nie miał nikogo bliskiego.

– Żył sam, rzadko ktoś go odwiedzał, chodził tylko do sklepu po zakupy, czasem na spacer. Nie był ciekawski, nie wtrącał się do innych, nikomu nie przeszkadzał, więc my nie wtrącaliśmy się do niego – scharakteryzowali go sąsiedzi.

Wiadomo było, że nie miał problemów finansowych. Utrzymywał się z emerytury wojskowej, znacznie wyższej niż ówczesna średnia krajowa. Otrzymywał też dodatek kombatancki za udział w II Wojnie Światowej. Jak większość starszych ludzi, nie posiadał konta bankowego. Emeryturę przynosił mu do domu listonosz. Ponieważ nie wydawał dużo na własne potrzeby, musiał przechowywać w mieszkaniu sporo pieniędzy.

Dla policji była to ważna informacja. Sugerowała bowiem rabunkowy charakter zbrodni. Ktoś wiedział, że Tadeusz G. trzyma w domu duże ilości gotówki. Przyszedł do staruszka pod jakimś pretekstem. Pobił go, udusił i ukradł mu pieniądze, po czym dla zatarcia śladów zabójstwa, popalił mieszkanie i niepostrzeżenie wymknął się z domu.

To był ktoś znajomy

Założono, że sprawca nie wtargnął przemocą do Tadeusza G. W takim przypadku zwykle dochodzi bowiem do szamotaniny, ofiara krzyczy; mieszkańcy niedużego w sumie domu coś zapewne by usłyszeli. Śledczy przyjęli, że morderca najprawdopodobniej został wpuszczony przez gospodarza. Nie był to więc pierwszy lepszy zbir z ulicy, lecz ktoś, kogo Tadeusz G. znał na tyle dobrze, że nie bał się wpuścić go do domu.

W pierwszej kolejności z kręgu podejrzanych wykluczono listonosza. Miał niepodważalne alibi. Szukano innych tropów. Przez wiele tygodni nie pojawiało się żadne nazwisko, w końcu jednak jeden ze świadków coś sobie przypomniał.

– Nie wiem, czy to ważne, czy nie, ale jakiś tydzień, dwa przed pożarem widziałem pana Tadeusza rozmawiającego z gościem, który mieszka niedaleko. Wydaje mi się, że ten człowiek prosił go o pożyczkę – dowiedzieli się śledczy. To jeszcze o niczym nie świadczyło. Ludzie pożyczają sobie nawzajem pieniądze i żyją dalej. Nikt nikogo nie morduje. Niemniej jednak widziany mężczyzna mógł zaliczać się do osób, które staruszek bez obaw wpuszczał do mieszkania. A że takich osób, jak wykazały dotychczasowe działania, nie było zbyt wiele, postanowiono przyjrzeć mu się bliżej.

52-letni Waldemar B. mieszkał kilka domów od Tadeusza G. Miał żonę i dorosłego syna. Nie pracował. Okazało się, że 19 lutego 2010 roku był widziany dwukrotnie pod domem staruszka. To, że stał w grupie ludzi przyglądających się akcji strażaków, nie było ani dziwne, ani podejrzane. Natomiast fakt, że przemykał się w pobliżu szeregowca tuż przed pożarem, stawiał go w bardzo niekorzystnym świetle. Wezwano go na przesłuchanie.

Mężczyzna twierdził, że nie ma nic wspólnego ani z podpaleniem, ani ze śmiercią Tadeusza G. Przyznał, że przechodził tamtędy, ale nie potrafił wyjaśnić, w jakim celu. 2 czerwca 2010 roku Waldemar B. został zatrzymany, a następnie aresztowany pod zarzutem zabójstwa oraz umyślnego wzniecenia pożaru, co stanowiło zagrożenie dla mienia znacznej wartości,

Potrzebował kasy

Waldemar B. uparcie twierdził, że jest niewinny. Nie zabił Tadeusza G. i nie podpalił jego mieszkania. Chociaż przysięgał, że tego nie zrobił, to obciążały go kolejne poszlaki. Ustalono, że miał kłopoty finansowe, był zadłużony. Parokrotnie pożyczał pieniądze od emeryta i nie zawsze oddawał je w terminie. Założono, że nie miał z czego zwrócić ostatniej pożyczki. Żeby pozbyć się problemu, udusił wierzyciela, okradł go i podpalił mieszkanie.

Jednak dalsze dochodzenie wykazało, że Waldemar B. nie zabił Tadeusza G. Mordercą był jego syn. W trzy tygodnie po aresztowaniu ojca, 22-letni Paweł B. przyznał się podczas przesłuchania do zabójstwa i podał motyw. Rozpaczliwie potrzebował gotówki.

Paweł B. miał dziewczynę, a sympatia miała duże wymagania finansowe. Lubiła bywać w drogich restauracjach i klubach. Pawła, który nigdzie nie pracował i nie miał bogatych rodziców, nie stać było na takie ekstrawagancje. Nie chciał jej stracić, więc udawał, że kasa nie stanowi dla niego problemu.

W Kocku szczególnie drogich lokali nie było, więc jakoś jechał na drobnych pożyczkach. Jednak 18 lutego dziewczyna zarządziła wypad do Lublina. Paweł nie znał lubelskich cen, ale optymistycznie założył, że jakoś to będzie. Zatrzymali się w hotelu, spędzili w nim noc. Gdy nazajutrz przyszło do płacenia rachunku, mina mu zrzedła. Powiedział o tym dziewczynie, ona jednak wzruszywszy ramionami stwierdziła, że to nie jej zmartwienie.

– Nie masz kasy? No to ją załatw – odparła beztrosko. Chciał tak zrobić. Przypomniał sobie telewizyjne reklamy: człowiek idzie do banku, a po kwadransie wychodzi z kredytem bądź pożyczką. Jednak życie to nie reklama. W banku, do którego się udał, odmówili mu pożyczki i powiedzieli, że to co pokazuje telewizja, to tylko skrót myślowy. Żeby dostać kredyt, trzeba mieć zabezpieczenie, gwarantujące zwrot wypłaconych przez bank środków. Zapewniono go także, że to samo, co u nich, usłyszy w innych bankach.

Przed oczami stanęła mu scena z jakiejś komedii. Gość, który nie zapłacił rachunku za hotel, przez miesiąc odpracowywał dług, myjąc gary w kuchni. Ale to był tylko film. W rzeczywistości wezwą policję, sprawa pójdzie do sądu. Taki wstyd…

Musiał od kogoś innego pożyczyć. Przyszło mu do głowy kilka osób. Wybrał tę, która była według niego najpewniejsza. Skontaktował się z dziewczyną i powiedział, że załatwienie kasy potrwa nieco dłużej niż myślał, bo musi gdzieś wyskoczyć.

Zabić czy nie?

Za ostatnią deskę ratunku uznał Tadeusza G. Ten miły staruszek już parokrotnie pożyczał im pieniądze. Pojechał do niego do Kocka. Zastał go w domu. Powiedział, w jakiej sprawie przychodzi. Emeryt musiał być chyba nie w sosie. Odmówił udzielenia pożyczki.

– Twój ojciec jeszcze mi wszystkiego nie oddał. Nie dam ci więc ani grosza – oświadczył. Odmowa rozwścieczyła Pawła. Co go obchodziły ich  rozliczenia? Pieniędzy potrzebował on, nie ojciec. Ma mieć zamazaną kartotekę przez głupi upór tego starca?! Pchnął go na łóżko i zadał mu kilka uderzeń pięściami w plecy. Potem zacisnął ręce na jego szyi. Na moment się zawahał: zabić czy nie?

Jeśli go udusi, jak go złapią, pójdzie siedzieć za morderstwo. Jeśli nie udusi, Tadeusz G. powiadomi policję o napadzie i wskaże go jako sprawcę. Też go zamkną, ale nie na tak długo, jak za zabójstwo. Druga opcja jest pewna, pierwsza niekoniecznie. Bo przecież wcale nie muszą go złapać. Stary będzie martwy, więc nie doniesie na niego.

Już się nie zastanawiał. Docisnął mu szyję. Gdy wyczuł, że mężczyzna nie rusza się i nie oddycha, splądrował mieszkanie. Znalazł w jednym ze schowków 250 złotych. To nawet więcej niż potrzebował by zapłacić za hotel. Wyszedł z mieszkania, nie zamykając drzwi na klucz.

Zanim wyruszył do Lublina, wpadł na krótko do domu. Ojciec po jego zachowaniu wyczuł, że stało się coś złego. Nalegał, żeby Paweł wszystko mu powiedział. 22-latek wyznał, że w celu zdobycia kilkuset zł zamordował Tadeusza G.

Ustalono, że po odjeździe syna, Waldemar G. zaczął się zastanawiać jak mu pomóc. Zapewne zdawał sobie sprawę, że policja szybko dojdzie, kto udusił staruszka. Paweł nie był kryminalistą, na pewno zostawił w mieszkaniu Tadeusza G. ślady. Pęknie na przesłuchaniu i może pójść na dożywocie za kraty. Ojciec nie chciał do tego dopuścić, poszedł do mieszkania emeryta i wzniecił pożar, żeby ogień strawił ślady zbrodni.

Obaj odpowiadali przed Sądem Okręgowym w Lublinie. Syn za zabójstwo, ojciec za umyślne podpalenie i zacieranie śladów morderstwa. Paweł B. przyznał się do winy, wyraził żal i okazał skruchę. Waldemar G. do końca rozprawy utrzymywał, że jest niewinny. Wyroki, które zapadły 31 października 2012 roku brzmiały: 15 lat więzienia dla syna, rok i 10 miesięcy dla ojca.

Obrońcy skazanych odwołali się do sądu apelacyjnego. Adwokat Pawła B. wnosił, że 15 lat pozbawienia wolności dla nigdy wcześniej niekaranego młodego mężczyzny, który przyznał się do winy i wyraził skruchę, to zbyt surowy wyrok. Sąd Apelacyjny w Lublinie stwierdził, że sąd pierwszej instancji wziął pod uwagę okoliczności łagodzące, wymierzając Pawłowi B. nie dożywocie lecz 15 lat więzienia. Oba zaskarżone wyroki zostały utrzymane w mocy.

Mariusz Gadomski

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*