Planeta pruszkowskich gangsterów

Gdy w 1991 roku Arnold Schwarzenegger, Bruce Willis i Sylvester Stallone otwierali pierwszą restaurację sieci Planet Hollywood, Jarosław Sokołowski stołował się w areszcie Zakładu Karnego na Białołęce. Wówczas nie mógł nawet marzyć, że za kilka lat będzie właścicielem jednego z najlepszych lokali w Europie. Jego Planeta w żaden sposób nie ustępowała tym należącym do hollywoodzkich gwiazd. A oblegały ją nawet większe tłumy, chociaż nie firmowali jej swymi nazwiskami znani artyści i celebryci, lecz jedynie słynny gangster.

Formalnym właścicielem klubu była co prawda Amerykanka Suzan Tonuzi, żona Andreasa Edlingera, jednak o wszystkim decydował Jarosław Sokołowski. Tak przynajmniej twierdzi on sam.

– Planeta powstała z twoich pieniędzy. Dużo na nią wydałeś? ‒ dopytuję o finansową stronę przedsięwzięcia.

–Grubo, poszło kilkaset tysięcy papieru, blisko milion.

– Zwróciło ci się to kiedykolwiek?

– Zwróciło, i to prawie natychmiast. Jeszcze się nie otworzyliśmy, a już zarabialiśmy. To były czasy, gdy browary płaciły za to, że weźmiesz od nich piwo. Alkohole i papierosy też płaciły.

– Swojej gorzały i fajek nie wstawiałeś? ‒ nie dowierzam.

– Co ty, wszystko legal. Papierosy wstawił słynny koncern tytoniowy, dał nam za to 60 tysięcy dolarów. Z kolei znany browar zapłacił bodajże 170 tysięcy za możliwość sprzedawania u naspiwa, ale najwięcej zapłaciło PepsiCo. Wtedy naprawdę nieźle się obłowiliśmy.

– Ty byłeś tam od pieniędzy, a od spraw artystycznych Andy Edlinger?

– Tak, on miał tu świetne pole do popisu i doskonałe kontakty. Ściągał nam, kogo chciał. Planeta była w tym czasie jedną z siedmiu dyskotek na świecie, które dawały program live do MTV. W Europie – tylko Warszawa i Amsterdam.  Dla nas to była gigantyczna reklama.Dzięki temu każdy chciał się u nas pokazać.

– Dużo płaciliście artystom występującym w dyskotece?

– Niemałe kwoty. Na przykład Modern Talking i DJ BoBo kosztowali nas po 150 tysięcy. Ale oni wtedy byli na topie.

– Zwracało się?

– To oczywiste. Zwykle do Planety wchodziło 4 tysiące ludzi. To dawało sporo pieniędzy. Kasę ściągaliśmy też z telewizji, która kręciła te koncerty, a my sprzedawaliśmy do nich prawa.

Lokalizacja w dawnej siedzibie Zakładów Mechanicznych im. Marcelego Nowotki, przy ulicy Fort Wola 22, mogła się wydawać mocno chybiona. Wszak to już peryferie Warszawy, a i sam budynek nie przyciągał zbytnio swoim wyglądem.

Jednak obawy okazały się złudne. Podczas inauguracji dyskoteki w sylwestra 1997/1998 roku bawiło się tam aż 8000 osób. Zaś uroczystego otwarcia dokonał Bogdan Tyszkiewicz, przewodniczący Rady Gminy Warszawa-Centrum.

Dla „Masy” rozpoczął się całkiem nowy okres w życiu. Nie tylko dlatego, że działał prawie na legalu; prawie, bo nie rozliczał się z podatków. Zaś przed zapowiedzianą kontrolą skarbową podpalił dokumenty księgowe. Ale nie to było najważniejsze. Dzięki Planecie „Masa” stał się celebrytą, z którym dobrze było się pokazać w towarzystwie, a jego dyskoteka idealnie stwarzała takie możliwości. Z dnia na dzień Planeta stawała się modna, podobnie jak jej właściciel.

Dostanie się do obleganego klubu nie było proste. Bramkarze przeprowadzali bowiem ostrą selekcję gości, o czym przekonał się między innymi Richard Ehrlich, reporter „The Independent”, którego nie chciano wpuścić do środka ze względu na sportowe buty. Tak to opisał w brytyjskim dzienniku: „Dostanie się do lokalu przypomina przejście przez wszystkie zabezpieczenia na lotniskach, tyle że jest jeszcze groźniej. Umięśnieni bramkarze, wyglądający jak wyrzeźbieni z granitu i nauczeni nigdy się nie uśmiechać, sprawdzają, czy goście przypadkiem nie wnoszą ze sobą broni (…). Ja musiałem obiecać, że podczas mojej następnej wizyty powstrzymam się od noszenia butów sportowych”.

– O ile do Colosseum mógł wejść każdy, to gdy otworzyłem Planetę, przeprowadzaliśmy ostrą selekcję‒ „Masa” objaśnia środki ostrożności stosowane w jego klubie. –Stwierdziłem, że źle to jest odbierane, jeżeli wchodzi tam miasto, gdy po lokalu kręcą się jacyś gangsterzy. Poprosiłem wszystkich starych, aby nie przychodzili do Planety.

– Nie wpuszczałeś starych? Nie uwierzę.

– Nie wpuszczałem. Taka była zasada, tylko „Zbynek” wchodził. Starzy uprosili mnie, żeby „Zbynek” mógł  bywać w Planecie. Ale on nie wyglądał jak troglodyta, nadążał za modą. Ludzie od „Zbynka” byli w miarę ogarnięci ‒ nie powiem, że elokwentni ‒ ale nie rzucali się nadmiernie w oczy.

– To mogła być uraza dla starych.

– Nie będziemy tego drążyli. Tak naprawdę, miałem to w dupie. I w każdej chwili mogłem im zrobić szach-mat. To ja trzymałem wszystkie bojówki w Polsce z ramienia „Pruszkowa”, a nie oni. Zresztą miałem od nich zielone światło na wszystko: „Rób, co chcesz, abyśmy dostawali swoje działki. Tylko nie zapomnij się rozliczyć”.

– W sumie tak jest wygodnie, ale nie masz kontroli nad tym, co się dzieje.

– Dlatego było mnie stać na to, aby ich poprosić, by omijali mój klub. Niewątpliwie wkurwiał ich przepych Planety i klientela.

– Przebrnięcie przez bramki nie było wcale łatwe, pamiętam to.

– Fakt, szczelnie było i nie każdy tam wszedł. Najpierw bramkę obstawiali ludzie Edka Misztala. Później objął ją „Pancernik”, dla niego pracowali policjanci z wydziału zwalczania przestępczości zorganizowanej z komendy na Okrzei, dziś nazywa się to CBŚP.

– Skoro pracowali u ciebie, jak mieli rozpracować przestępczość zorganizowaną?

– No właśnie, nas nawet nie próbowali. Rozpracowywali nie tyle „Pruszków”, ile przestępczość warszawską. Ja im nawet dawałem coś na naszych wrogów i odnosili sukcesy. Dzięki tym koneksjom załatwiłem nalot policji na dom „Dziada”, który kazał porwać jednego z naszych.

„Masa” wspomina, jak w owym czasie dostał wezwanie na ulicę Okrzei do wydziału zwalczania przestępczości zorganizowanej.

– Nie pamiętam, w jakiej to było sprawie. Pojechałem na Pragę, a tam w pokoju siedzą same chłopaki, co u mnie na bramce stali. Zamiast przesłuchania było picie wódki. Po jakimś czasie szczać się nam zachciało, więc poszliśmy do kibla. Po drodze, w korytarzu, leżeli na podłodze jacyś gangsterzy.To te psy zaczęły ich kopać. Jak wracaliśmy, zrobili powtórkę. Głupio mi było, bo mnie każdy znał.

– To pruszkowscy byli?

– Nie, jacyś obcy. Naszych nie pozwoliłbym kopać.

– Skoro policja stała na bramce, to miałeś spokój. Nie zdarzyło się chyba, by ktoś przyszedł do Planety po haracz. Ale po pijanemu pewnie nieraz ktoś narozrabiał.

– Jak tak zrobił, to na kopach wylatywał na bruk. W Planecie musiało być grzecznie i kulturalnie ‒ zaznacza świadek koronny.

Potwierdza to były barman klubu:

– Ci starsi gangsterzy byli zawsze megagrzeczni: dziękuję, proszę, przepraszam i zawsze rzucali pieniędzmi. Czasem któryś po pijaku coś zaczynał warczeć, ale nigdy nie był tam sam, więc koledzy go studzili. Z młodszymi bywało różnie. Ale mieliśmy niezłą ochronę, kolesiów, którzy wiedzieli, jak skrzywdzić człowieka. Więc nikt tam prawie nie kozaczył. Ci, którzy mogli sobie pozwolić na więcej, to sobie nie pozwalali, a tym, którym nie można było, nie pozwalała ochrona. Szef ochrony był przechujem. Lał tych łysych Sebastianów, aż furczało. W środku bijatyki były zakazane. Pamiętam, jakco tydzień przychodził taki koleżka ze swoją Karynką. Kiedyś grubo się napił i Karyna dostała od niego kilka razy w mordę. Koleżka turlał się po schodach do wyjścia, ochrona naprawdę dobrze go poturbowała. Za tydzień wrócili razem, Sebastian na wpół fioletowy.

Wspomniany wcześniej  reportaż Ehrlicha przywoływany jest niemal w każdej publikacji o Planecie. Jednak nie wnosi on zbyt wiele wiedzy o tym klubie, nie poznamy z niego klimatów panujących w tej „jaskini rozpusty”, jak Planetę określał „Masa”. Był to w zasadzie artykuł sponsorowany akcji promocyjnej „Trading Places”, zorganizowanej wówczas przez Marblehead ‒ firmę z Glasgow, która importowała do Wielkiej Brytanii wódkę Wyborową. Dziennikarz przyjechał do Warszawy z dwoma barmanami, którzy urządzali pokazy w klubach Tam-Tam i Planeta. Zatem skupił się głównie na show bartenderów. Co było jedną z wielu atrakcji tego klubu, podobnie jak występ na żywo wywodzącej się z Maroka gwiazdy filmów porno.

Oczywiście ludzie przychodzili tam głównie po to, aby się pobawić przy dobrej muzyce, którą zapewniały koncertujące tam gwiazdy. A tych nie brakowało. Występowali tu wspomniani już DJ BoBo i Modern Talking, a także Spice Girls i wielu innych, znanych wykonawców.

– Pamiętam koncert Apollo 440 i jointa spalonego z DJ-em Hurricane’em. Pamiętam tequilę pitą z Westbam. I dużo, dużo więcej ‒ wspomina występujących tam muzyków jeden z byłych barmanów Planety.

W jednej ze swoich poprzednich książek „Masa” wyznał: „Z późniejszą żoną Davida Beckhama, Victorią ze Spice Girls, wyjarałem w swoim salonie VIP-ów sporo marychy”. Jednak dziś twierdzi, że narkotyki w Planecie był praktycznie nieobecne.

Jednak Andrzej Z., ksywa „Słowik”, w swojej książce “Skarżyłem się grobowi…” wspomina o narkotykach w klubie „Masy”:„(…) był w tym czasie współwłaścicielem największej dyskoteki w Warszawie o nazwie Planeta i tam również handlowano jego narkotykami. W ubikacjach Masa podglądał przez mało widoczne okno w suficie, kto bierze narkotyki i czy są to narkotyki kupione u niego. (…) Masa na terenie swojej dyskoteki bezwzględnie tępił wszelką konkurencję. W tym czasie niejeden konkurent został wywieziony przez niego do lasu”.

Jeden z pracowników Planety twierdzi jednak, że w dyskotece bezwzględnie eliminowano narkotyki.

 – Pamiętam, że absolutnie było zakazane ćpanie dragów w lokalu. Oczywiście te wielkie gangusy nikogo o zgodę nie pytały i ochrona też by im zresztą nic nie powiedziała. Ale co i raz wyciągali z kibli tych młodych, którzy potem zaliczali na zewnątrz megawpierdol. Pamiętam, że ten Misztal, szef ochrony, zawsze dawał im szansę odejść w spokoju. Ale jak coś tam jeszcze któryś pod nosem mruczał, to ochroniarze tylko czekali, żeby sprawdzić, czy nie mają broni w samochodach, i szykował się gruby wpierdol. Była taka akcja, że dwóch ochroniarzy trzymało jakiegoś dilera za ręce i nogi i jak taranem walili jego pustym łbem o słupek przy trawniku.

Jest to fragment książki “Bandyci i celebryci”  tu do kupienia

Gdy pytam „Masę” o narkotyki w Planecie, również potwierdza wersję swojego byłego pracownika:

– To była dyskoteka czysta od narkotyków. Policja czasami ich szukała, ale nigdy nie znalazła, bo ich w klubie nie było. Jak ktoś przyniósł ze sobą, to szybko go wyłapywano i dostawał wpierdol. Bramkarze byli na to wyczuleni. Jedynym narkotykiem wpuszczanym do Planety była marihuana dla Andy’ego Edlingera. Raz została przywieziona. I raz kokaina dla Dennisa Rodmana, koszykarza Chicago Bulls‒objaśnia były właściciel klubu.

Ponoć Rodman po wejściu do klubu oznajmił:

– Mam mało czasu. Dajcie mi dziewczynę, trochę koksu i cygaro.

Jak mówi „Masa”, zamówienie koszykarza zrealizowano bez zbędnej zwłoki.

Do bywalców klubu należał też As-Saadi al-Kaddafi, syn przywódcy Libii. Saadi był także piłkarzem i całą libijską ligę zorganizowano tak, by spełniać zachcianki tego zawodnika. Młody Kaddafi organizował sobie prywatne koncerty Ushera, Mariah Carey, The Pussycat Dolls, regularnie imprezował z 50 Centem i raperem DJ. Ponoć rocznie wydawał około 200 milionów euro na swój hulaszczy styl życia, który między innymi zawiódł go także do Planety. Jak twierdzą wtajemniczeni, zawsze miał ze sobą walizkę pełną banknotów. Ile kasy zostawił w Planecie, tego „Masa” już nie pamięta.

– Ale bawił się grubo, szastał pieniędzmi na prawo i lewo, jakby nie znał ich wartości.

W klubie pojawiali się też goście o mniej zasobnych portfelach, ale za to o bardzo znanych nazwiskach, jak na przykład bokserzy Dariusz Michalczewski czy Andrzej Gołota. Oni jednak zawsze bawili się z umiarem. Czego nie da się powiedzieć o wszystkich gościach dyskoteki.

– Pamiętam, że na imprezie play mate „Playboya” była darmowa wódka. Cała ówczesna śmietanka wychodziła najebana jak świnie‒ opowiada były barman. – Aktorzy, aktoreczki schlani na umór. A najbardziej taki jeden, co grał w Chłopaki nie płaczą. Tak się najebał, że musieli go wynosić.

– Dyskoteka przyciągała jak magnes piękne kobiety, znanych ludzi. A jak wyglądał nabór personelu? ‒ pytam byłego właściciela jaskini rozkoszy.

–Planeta była bardzo modna, więc chętnych do pracy nie brakowało. W tamtych czasach zostać barmanką w jakimkolwiek warszawskim klubie, to jak złapać Pan Boga za nogi. Wtedy nie było tylu możliwości co teraz, zwłaszcza dla dziewczyny. Albo daję dupy i żyję na jakimś poziomie, albo jestem porządna i klepię biedę.

– Trochę spłyciłeś, bo wydaje mi się, że były też możliwe inne ścieżki kariery.

– Nie powiedziałem tego, aby je ganić ‒ broni się „Masa”. – Chciałem je tylko usprawiedliwić. Po prostu dziewczyny pragnęły mieć dobrze płatną pracę.

– Zatem przejdźmy do szczegółów. Jak wyglądał nabór? Dziewczyny składały CV, rozmawiały z menedżerem lokalu? Był ktoś taki?

– Sprawami personelu zajmował się Konrad. I stawiał na ładne kobiety.

– Miał do nich słabość?

– Może nie tyle on, ile ja, bo wiecznie byłem niedopieszczony.

– I dopieszczały cię barmanki?

– Dopieszczały, bo miałem dobry personel.

– Wiedziały od początku, że mają to w zakresie obowiązków?

– Konrad był wobec nich na tyle uczciwy, że od razu mówił: „To jest praca fajna, łatwa i dobrze  płatna. Ale, niestety,  jest tu jeden dodatkowy obowiązek, że trzeba czasem zadowolić szefa”. I nie było żadnych sprzeciwów.

– Pewnie nie wszystkie na to poszły.

– I tu cię zdziwię: nawet jedna taka się nie zdarzyła! Albo ja przynajmniej o tym nie wiem. Tak jak rzadko zdarzyła się jakaś misska, która by nie dała dupy sponsorom.

– Mówisz o wyborach, które miały miejsce w Planecie?

– Tak, sporo tego było. Choćby miss „Playboya”, miss mokrego podkoszulka. Dziewczyny były gotowe zrobić wiele, aby zdobyć jakiś w sumienie nic nie znaczący tytuł. Jednak bycie miss otwierało im drzwi do innego świata i ludzi, którzy mieli pieniądze.

– Pracowały u ciebie jakieś misski?

– Zaskoczę cię, ale nawet ładniejsze od nich.

– Jak je znajdowałeś?

– Same zaglądały, a czasami jakaś trafiała się na mieście. Wchodzę kiedyś do dyskoteki Trend w alei Krakowskiej i od razu, gdy spojrzałem w stronę baru, zamurowało mnie. Bo ja mam to do siebie, że jestem czuły na piękno. Widzę przepiękną barmankę, to podchodzę na lufę. Rozmawiam z nią i rzucam niewinny tekst: „Ale się pani tu fajnie uwija. Nie marnuje się pani w tym miejscu? Pani to powinna pracować w jakimś bardziej eksponowanym lokalu” ‒ nęcę ją na Planetę. Aż jej się oczy zaświeciły. „Mam znajomego, mogę z nim porozmawiać o pracy dla pani”. Wtedy już mocno się zainteresowała. Dałem jej numer Konrada, umówiła się z nim na rozmowę w Planecie. I przyjął ją do pracy, bo tak mu poleciłem.

– Obyło się bez testowania personelu?

– No co ty? Ona nie była gorsza. Nie chciałem, by poczuła się niedoceniona. Wszystkie koleżanki tak, a ona nie?

– Praca za seks? Tak jak w Samoobronie?

– Ja bym tego tak nie nazwał. Ani dawaniem dupy za pieniądze. Potem tymi swoimi partnerkami ‒ bo tak je traktowałem ‒opiekowałem się. Nieopodal Planety był salon Opla, miałem tam kumpla. Wszystkim tym dziewczynom kupowałem corsy. W sumie kilkadziesiąt samochodów. Kumple się śmiali, bo gdy widzieli dziewczynę, która przyjeżdżała do Planety corsą, było już wiadomo, że to moja sztuka i nie ma co nęcić. A potem słyszę: „Gdzie ty masz te pieniądze?”. Człowiek zarabiał, to i wydawał.

– Ale wszystkiego nie wydałeś?

– Trochę zawsze zostało.

– Dużo zarabiały barmanki w Planecie?

– One w ogóle nie przychodziły po wypłatę. Takie miały napiwki.

Potwierdza to jedna z nich:

– Zarabiałam 50 złotych za noc plus jakieś 800-1000 złotych napiwków. Był jeden gość, który zawsze płacił dwusetką, Zygmuntem. Za wszystko. Nieważne, czy to szatnia za 2 złote, czy wódka za 100.

Jednak wszystko, co dobre, kiedyś musi się skończyć.Tak było również z Planetą.

– Jak długo prowadziłeś tę dyskotekę?

– Dwa lata, potem już mnie to zaczęło męczyć. Ogłosiłem celibat.

– Żona zabroniła?

– Nie, po prostu nie miałem z tego godziwego zarobku. Jak na początku było po 100 tysięcy złotych tygodniowo, to potem te zyski spadły. I było 100 tysięcy, ale na miesiąc. Wtedy też zaczęły się maszyny i na automatach zarabialiśmy z „Pershingiem” po 3 miliony dolarów miesięcznie. A Planeta wiązała mnie na 5 dni w tygodniu, wolne były tylko poniedziałki i wtorki. To co możesz zrobić w dwa dni? Poza tym już się wypaliłem, prawie tam ogłuchłem. Nagłośnienie mieliśmy najlepsze w Europie, jeśli nie na świecie. Gdy stanąłeś przy ścianie basów, to ci fryzurę trzepało.

– To ty miałeś fryzurę?

– Ja nie miałem, ale kobietom trzepało. Żeby siedzieć w takim hałasie pięć dni w tygodniu, trzeba by cały czas pić i się znieczulać. A pij tak przez dwa lata, można w alkoholizm wpaść.

– Nie mogłeś pójść na świeże powietrze? Miałeś przecież zaufanych menedżerów.

– Wiesz, jak to jest, pańskie oko konia tuczy. W końcu dyskoteka przestała mnie interesować. Skoro mieliśmy w worach dowożone pieniądze za maszyny, to kto by się interesował Planetą. Zawsze mieliśmy takie dzieło, które było numer jeden, i to się obrabiało. Andy trochę jeszcze poprowadził Planetę, ale zaczęło to umierać. Gwiazdy już nie przyjeżdżały, ludzie przestali przychodzić. Powstał  Labirynt i inne fajne kluby ‒ i ta słynna Planeta upadła. Złożyło się na to wiele aspektów. Poza tym prowadzenie klubu to nie jest trwały biznes. Podobnie jak w elektronice ‒ za rok masz już dużo nowości. W 1997 roku tak wysoko podnieśliśmy poprzeczkę, że przez jakiś czas konkurencja nie istniała. Ale w końcu ludzie to przegryźli i zaczęli robić lepsze dyskoteki.

-“Masa” miał tylko udziały w firmie, która prowadziła Planetę. Właścicielem wszystkich systemów dźwiękowych, klubu i tak dalej byłem ja, a na niektórych dokumentach moja amerykańska była żona Suzan – Andy Edlinger obala wersję byłego gangstera. –  Kiedy musiałem lecieć do USA, „Masa” próbował ukraść mi klub. Ale to dłuższa historia. Krótko mówiąc: wyrzucono go z Planety ode mnie wraz z firmą ochroniarską  – dodaje mój rozmówca.

Po zamknięciu Planety jej miejsce zajął jeszcze Magnetic o podobnym profilu muzycznym, zaś od 2014 roku do budynku Fort Wola 22 wprowadziła się Progresja, klub o rockowym profilu muzycznym.

Janusz Szostak

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*