Uśpili na śmierć dziecko, bo przeszkadzało w seksie

dig

 Diagnoza lekarzy, gdy trzyletni Kuba trafił do szpitala, była druzgocąca – śmierć mózgu. Badania toksykologiczne wykazały we krwi dziecka obecność diazepiny. Kiedy mały umierał, jego matka i jej kochanek uprawiali w tym czasie seks. Chłopczyk im w tym przeszkadzał.

W Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy trwa proces w sprawie śmierci 3-letniego dziecka. Na ławie oskarżonych są jego matka, 27-letnia Katarzyna F. i jej były już kochanek, 36-letni Daniel B.

Para poznała się w 2019 roku na jednym z portali randkowych. Spotkali się kilka razy, a na miejsce kolejnego rendez-vous, 28 sierpnia wybrali jeden z tanich hoteli na obrzeżach Bydgoszczy.

Katarzyna, która w tym czasie była w związku z innym mężczyzną, ojcem dwójki jej najstarszych dzieci, przyjechała do swojego kochanka z synem i dziesięciomiesięczną córeczką. Chłopiec – jak wynika z ustaleń śledczych prowadzących postępowanie pod nadzorem Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Północ – był jednak niespokojny. Para nie mogła w spokoju zająć się sobą, więc Daniel zaproponował, by przenieśli się do jego mieszkania. I to tam rozegrał się najważniejszy akt tego dramatu.

– Podczas spotkania dziecku podany został lek, który miał je uspokoić – mówił prokurator Piotr Dunal z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Północ, krótko po tym, kiedy rozpoczęto postępowanie w sprawie wyjaśnienia okoliczności, w jakich doszło do śmierci Kuby.

Jaki dokładnie lek podano chłopcu? Podejrzenia wskazują, że chodziło o relanium. Tego na razie nie wykazano jednoznacznie w śledztwie. Postępowania prokuratorskiego w ogóle by nie wszczęto, gdyby nie zdarzenia, które nastąpiły w ciągu kilku kolejnych godzin spotkania Katarzyny i Daniela. Co wydarzyło się konkretnie? Pewien ogląd na to dają zeznania składane przez oskarżonych w procesie w bydgoskim sądzie.

Właściwie nie żył

Katarzyna F. miała na chwilę wyjść z pokoju, by przygotować jedzenie. Kuba w tym czasie, co wynika z zeznań świadków, miał oglądać kreskówki w telewizji. Kiedy F. wróciła z kuchni, dziecko było już nieprzytomne. W aktach sprawy znajduje się określenie „właściwie nieżywe”. Matka utrzymuje, że nie było jej w pokoju zaledwie kilkanaście minut.

Na miejsce wezwano pogotowie. Dziecko zostało przewiezione natychmiast do szpitala im. Jana Biziela w Bydgoszczy.

– Dziecko było w stanie śmierci mózgowej – zeznawała na jednej z lipcowych rozpraw lekarka, która pełniła dyżur w czasie, kiedy na oddział intensywnej opieki medycznej przyjmowany był 3,5-letni Kubuś. – W trakcie mojego dyżuru wykonywane były badania podstawowe, przede wszystkim w kierunku infekcji. Później były kontynuowane badania. Podejmowaliśmy działania zmierzające do przywrócenia akcji serca, co udało się po północy. To nie był stan agonalny, ale śmierci klinicznej. Koncentrowałam się na ratowaniu życia. Dziecko wymagało podłączenia do respiratora, intubowania, wymagało podawania leków regulujących ciśnienie krwi. Kiedy wróciła akcja serca, można było ustalać przyczyny jego stanu.

Dla lekarzy kluczowe były ustalenia, które można było poczynić tylko w trakcie wywiadu z matką dziecka. Ta jednak, naciskana przez medyków twierdziła, że podała chłopcu „tylko ibufen”.

– Nie byliśmy w stanie określić, jak długi był okres bezdechu u dziecka. Dopytywałam, czy dziecko chorowało, czy dostawało jakieś leki. Matka mówiła, że tylko bolał go brzuszek – zeznawała świadek.

Ojciec oskarżał lekarzy

Wobec braku kluczowych informacji od matki, lekarze bydgoskiego szpitala mogli polegać wyłącznie na własnych obserwacjach i wynikach badań, jakie wykonywali u dziecka. A te wskazywały, że najważniejsze było przywrócenie i podtrzymywanie podstawowych czynności życiowych. Chłopiec dostał dożylnie adrenalinę i urofen.

dav

Rankiem następnego dnia w szpitalu pojawił się ojciec Kubusia. Jak wynika z relacji świadków, miał zarzucać lekarzom, że krytyczny stan, w jakim znajdował się mały, był efektem działania medyków.

– Powiedział, że młodsze dziecko (10-miesięczna córka) zostało przewiezione do szpitala dzień wcześniej na wizytę, a starsze dostało wtedy „jakiś zastrzyk” na uspokojenie – zeznawała w sądzie lekarka. – Ojciec przekazał nam to, co powiedziała mu matka dziecka. Ich relacje były niespójne, więc poprosiłam dyrekcję, by zawiadomiła prokuraturę.

– Stan dziecka był krytyczny, można powiedzieć, agonalny – wyjaśniał lekarz z Biziela w materiale, który na temat tej sprawy przygotowali dziennikarze programu „Uwaga!” w TVN. – Dziecko nie reagowało na bodźce bólowe, na dotyk, nie miało żadnej własnej czynności oddechowej. Miało szerokie, sztywne źrenice, które świadczyły też o tym, że ośrodkowy układ nerwowy nie funkcjonuje.

Obraz tomograficzny – jak doprecyzował medyk – wykazywał obrzęk mózgu, zatarcie struktur ośrodkowego układu nerwowego. Tak właśnie wygląda obraz śmierci mózgu.

Wreszcie znane były wyniki badań toksykologicznych wykonanych z próbek krwi chłopca. Stwierdzono w nich obecność benzodiazepin. To grupa substancji, z której pochodzi relanium i kilka innych leków, w tym stary, od lat stosowany preparat elenium. Ten ostatni jest lekiem psychotropowym, który stosuje się w psychiatrii. Stwierdzono, że poziomy tych substancji w organizmie dziecka nawet „kilkukrotnie przekraczały poziom terapeutyczny”.

Przegrana walka o życie

Niejako w odpowiedzi na zarzuty ojca dziecka, w sądzie podczas jednej z pierwszych rozpraw w tej sprawie lekarka zeznająca w charakterze świadka podkreślała:

– Dziecko nie otrzymywało u nas żadnych leków z grupy diazepin, bo było nieprzytomne – dodała świadek. Oczywiste było więc, że leki musiały zostać podane chłopcu wcześniej, poza murami szpitala.

29 sierpnia 2019 roku, w pierwszej dobie walki o życie Kuby, jedna lekarka zakończyła dyżur, a następna przejęła oddział z małym pacjentem. W bydgoskim sądzie podkreślała, że w rozmowie z matką miała usłyszeć, iż dzień wcześniej (w dniu spotkania z Danielem) chłopiec był nadpobudliwy. Podobno były „trudności z jego zachowaniem”. Zachowanie dziecka było tak dziwne, że według matki miał on uderzać „głową o ścianę” i bywał agresywny. Katarzyna F. stale jednak zaznaczała, że nie podała mu żadnego leku poza wspomnianym ibufenem.

– Na pewno moglibyśmy podać dziecku lek odwracający działanie diazepin, ale to byłoby skuteczne, gdyby dziecko było jeszcze przytomne – lekarka odpowiedziała na pytanie sędziego Jarosława Całbeckiego. – On jednak był już w śpiączce, z zatrzymaną akcją serca. Przywróciliśmy akcję i krążenie, wyglądało na to, że uda nam się go uratować. Okazało się, że był zbyt długi okres zatrzymania krążenia, dlatego to się nie powiodło – wyjaśniała lekarka.

Dodała, że badanie tomograficzne głowy wykazało u dziecka rozległe zmiany związane z zatrzymaniem krążenia. Walka o życie chłopca trwała prawie dwie doby. Chłopiec zmarł 30 sierpnia 2019 roku.

 Mówiła o dostępie do leków

Już później, nie lekarzom, ale prokuratorowi Katarzyna F. przyznała się, że to ona podała dziecku lek relanium. Ale – jak ustalono – nie do niej należały tabletki, tylko do Daniela B.

Katarzyna F. ma w sumie troje dzieci (w tym najstarsze z innego związku). Pochodzi z miejscowości Dąbrówno niedaleko Lubawy. Po urodzeniu pierwszego dziecka znikała z domu, wracała na krótko. Kilka lat temu wyprowadziła się na dobre z rodzinnego domu. Przez pewien czas przebywała w domu samotnej matki.

sdr

Oboje oskarżeni – matka i jej miłosny partner Daniel B. – odpowiadają z zarzutu 156 kodeksu karnego, grozi im nawet do 15 lat pozbawienia wolności za doprowadzenie do śmierci dziecka. Od dnia zatrzymania pozostają za kratami aresztu. Sąd przedłużył ten środek izolacyjny do 23 października. Obrońcy oskarżonych sprzeciwiali się wydłużaniu czasu aresztowania. W szczególności adwokat Daniela B. starał się przekonać sąd, że nie ma dowodów na winę jego klienta. Dla sądu jednak decydującym czynnikiem było zagrożenie surową karą, które wynikało z zarzutów przedstawionych obojgu oskarżonym.

W sprawie dotyczącej śmierci Kuby są jeszcze co najmniej dwa wątki, które sąd będzie musiał wyjaśnić w toku trwającego procesu.

Po pierwsze sąd zlecił przygotowanie dodatkowej ekspertyzy toksykologicznej. Biegli mają się w niej odnieść szczegółowo do skutków podania dziecku leków nasennych. Według zeznań innego świadka wezwanego na jedną z ostatnich rozpraw w procesie, dziecko mogło otrzymywać leki psychotropowe już wcześniej. Wynika to między innymi ze słów pracownicy z salonu telefonii komórkowej w bydgoskiej galerii handlowej Zielone Arkady. Kobieta obsługiwała wcześniej Katarzynę F., która przyszła do punktu telefonii w celu zawarcia nowej umowy na telefon. Miała ze sobą dwoje dzieci. Młodsze, 10-miesięczne spało w wózku, ale starszy chłopiec – jak wynika z zeznań świadka – był nadpobudliwy. Matka nie była w stanie sobie z nim poradzić. Katarzyna F., jak twierdziła pracownica salonu, wyszła na chwilę, a potem wróciła. Chłopiec „przelewał jej się przez ręce”. To wtedy miała paść sugestia, że dziecku podano jakąś substancję.

Sąd dociekał, czy świadek widziała, kiedy chłopiec miał podawany lek, ale kobieta odpowiedziała, że nie. Matka miała za to rzucić zdanie, którego sens sprowadzał się do stwierdzenia, iż „dobrze, że jej partner ma dojście do leków”.

Ten wątek łączy się z innym, który być może okaże się kluczowy dla tego postępowania. Sąd zwrócił się do prokuratury o przekazanie dokumentacji innej sprawie, prowadzonej wobec Daniela B.

Do bydgoskiej prokuratury kilka tygodni przed rozpoczęciem procesu w sprawie śmierci Kuby trafiło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przez tego mężczyznę innego przestępstwa. Rzekomo miał odurzyć lekiem inne dziecko, syna kobiety, z którą był wcześniej związany. Mało tego, w tej konkretnej sprawie Daniel B. – jak wynika z nieoficjalnych informacji – miał przyznać się do winy.

Sprawa nie wyszłaby pewnie na jaw, gdyby nie czujność pracowników socjalnych, którzy zaobserwowali, że dziecko zachowuje się nietypowo, jest ospałe i apatyczne.

Maciej Czerniak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*