ZABRANO MI WOLNOŚĆ, A NIE ŻYCIE

Zbigniew Szubert pseudonim „Szuba”w środku Fot 1 . Przemek Jach

 Ze Zbigniewem Szubertem  pseudonim „Szuba”, skazanym na karę dożywocia, autorem książki „Przestępcza działalność ”, rozmawia Michał Jaworski

Czy pamięta pan moment, kiedy wszedł pan na drogę przestępczą?

Mniej więcej do siódmego roku życia byłem jak aniołek. Potem zacząłem kraść. Nie pamiętam, co było pierwszym impulsem. Chyba było to wtedy, gdy w samoobsługowym sklepie zacząłem jeść zagęszczone mleko z tubki. Dopiero w drodze do domu moja mama zorientowała się, że zapomniała zapłacić i postanowiła wrócić do sklepu. Wydało mi się to dziwne. Wtedy wpadłem na pomysł, że gdy następnym razem rodzice nie będą chcieli dać mi pieniędzy na moje ulubione słodycze, to będę mógł je tak samo wynieść. W ogóle nie patrzyłem na to w kategoriach dobro-zło. Liczyło się tylko wyzwanie, a przede wszystkim uznanie wśród starszych kolegów. Poza kilkoma kryzysowymi momentami, nie kradłem z przymusu. Nie zmuszała mnie do tego sytuacja materialna. Zawsze chodziło o coś innego. Zazwyczaj o szpan. W wieku lat szesnastu przestałem kraść z dnia na dzień. Jak do tego doszło, dokładnie pamiętam. Byłem wtedy „na gigancie”, czyli ukrywałem się po ucieczce z ośrodka dla nieletnich.

Co sprawiło, że przestał pan kraść?

Miałem już za sobą kilka lat w różnych placówkach wychowawczych. Nic do tamtej pory do mnie nie trafiało. Moje podejście zmieniła dopiero rozmowa z bezdomną. Na dworcu kolejowym w Katowicach poznałem się z tym egzotycznym środowiskiem. Pamiętam, jak opowiadaliśmy sobie wzajemnie historię tego, jak tam trafiliśmy. Był jakiś upadły profesor farmaceuta. Był też biznesmen po bankructwie, który załatwiał papierosy od ówczesnego właściciela jego byłej wilii. Ale większość bezdomnych od zawsze pochodziła z marginesu. Zaskoczyło ich, gdy usłyszeli ode mnie, że moi rodzice dużo zarabiają, mają firmę, dom ze stawem i łódką, psy po parę tysięcy, terenowy samochód itp. „To, co ty tu z nami robisz? Każdy z nas chciałby mieć taką szansę na ułożenie sobie życia” – powiedziała owa bezdomna i to do mnie trafiło.

Jaka była pana reakcja?

Pojechałem wtedy do domu. Sam zgłosiłem się do ośrodka, z którego uciekłem. Wziąłem się za naukę. Skończyłem szkołę jako najlepszy uczeń. Mając 18 lat, wyszedłem na wolność. Zapisałem się do technikum wieczorowego. Za pieniądze z wyprawki otworzyłem studio tatuażu. Zatrudniłem starego recydywistę, który szlifował fach przez lata odsiadki. Rodzice pomogli mi w zakupie mieszkania. Zrobiłem prawo jazdy, kupiłem auto. Pracownika zamknęli za jakąś pierdołę. Studio sprzedałem. Poprzez urząd pracy znalazłem posadę w lombardzie. Wkrótce „zdobyłem” najlepszą dziewczynę w Pabianicach. Później miałem wiele innych i wiele na raz. Właśnie miałem zostać wspólnikiem, bo wymyśliłem dobry sposób na rozszerzenie działalności. Już dogadywałem się z bankiem o wzięcie kredytu pod moje mieszkanie, w celu pokrycia kosztów inwestycji. Ale poszedłem z kolegami do baru karaoke, gdzie zapoczątkowała się – jak nazwał to „Wiśnia” w utworze „O Przyjaźni” – niefortunna seria zdarzeń.

Te zdarzenia zaprowadziły pana za kraty.

Zaczepiło nas kilku rzezimieszków. Wygraliśmy bójkę. Oni chcieli się na nas zemścić, ale coś im nie poszło. Kilka dni później kolega ostrzegł mnie, że te typki kazali mu mnie wystawić. Powiedział mi, gdzie mają się spotkać. Wziąłem swoich kumpli i pojechaliśmy tam we trzech przed czasem, żeby wyprzedzić atak. Chcieliśmy uprowadzić pierwszego, kto się tam pojawi, i w ten sposób wymusić na nich, żeby dali mi spokój.

Ten plan chyba nie do końca się powiódł?

Udało nam się porwać ich herszta, ale cała reszta potoczyła się inaczej, niż to planowaliśmy. Mój przyjaciel został dźgnięty nożem, a uprowadzony próbował uciec. Złapał go trzeci typ, który przyjechał z nami. Uderzył go wtedy tak, aż porwany stracił przytomność. Postanowiliśmy odwieźć go do szpitala, ale było już za późno i doszło do tragedii – poszkodowany zmarł.

Czuje się pan niewinny tego zabójstwa?

W tym czasie jednym z głównych tematów politycznych było zaostrzanie prawa. Społeczeństwu przedstawiano to mniej więcej tak: „Zobaczcie, jakie bestie chodzą po ulicach. Coś się może stać wam lub waszym bliskim. Trzeba ostro wszystkich karać, to będziecie bezpieczni”. Moją sprawą też próbowano uzasadnić taką kampanię. Jako człowiek z kryminalną przeszłością nadawałem się na kozła ofiarnego. Ale obustronna bójka, która wymknęła się spod kontroli, w której zginął  jej prowodyr, nijak się do tego nie nadawała. Dlatego w mediach zupełnie zatajono winę poszkodowanego. Nigdzie nie podano tego, iż to on właśnie zbierał się ze swoją bandą, aby mnie napaść. Zamiast tego w gazetach pojawiły się nagłówki: „Dożywocie dla morderców?”, „Zabili niewinnego”. W taki sposób kreowano świadomość społeczną na temat tej sprawy.

Co pan czuł, słysząc wyrok dożywocia?

Mając dwadzieścia lat trafiłem za kraty, z widmem tego, że już nigdy stąd nie wyjdę. W głowie miałem miszmasz, czułem pokorę i gniew, a także nadzieję i strach. Od początku zarzuty nie odpowiadały moim czynom. Później było coraz gorzej. Musiałem uciec gdzieś myślami.

Dokąd pan uciekł?

Wziąłem się za czytanie książek, ale na początku żadne mi się nie podobały. Krytykowałem je nawet, mówiąc, że pewnie sam stworzyłbym lepszą. Od słowa do słowa i zacząłem pisać. Gdy widziałem reakcje współwięźniów, chciałem to kontynuować i podchodziłem do tego coraz poważniej. Z czasem zacząłem o tym myśleć, jak o ratunku od „odleżyn na mózgu”, których można dostać od więziennej monotonii. Szybko zauważyłem, że takie zajęcie wręcz mnie rozwija. Uznałem, że to może być moim głównym zajęciem na najbliższe lata. Zorientowałem się, że ja przecież przez całe życie coś tworzyłem. Jak nie wierszyki, to teksty hip-hopowe, albo nagrywałem amatorsko swoją muzykę w stylu drum and bass.

Chciał pan zostać pisarzem?

Pomyślałem, że jeśli podejdę do tego profesjonalnie, to może nawet uda mi się na tym zarabiać. Dochody, na jakie narzekają przeciętni polscy pisarze na wolności, byłyby niemałym majątkiem dla więźnia. Od momentu rozpoczęcia prac nad książką zacząłem czytać coraz więcej. Czytałem różne gatunki. Przyłożyłem się do tego na maksa. Wciąż poprawiałem poprzednie niedoskonałości. Chciałem to napisać poprawnie i ciekawie, ale też oryginalnie. Potem, kiedy przegrałem sprawy w sądach i czułem bezradność wobec systemu, wpadłem na pomysł, że dzięki tej książce – jeśli będzie odpowiednio dobra – mogę się stać rozpoznawalny, a zarazem dostanę szansę na obronę swojej osoby w oczach opinii publicznej, a później sądu. Oprócz tego – niczym Horacy, chcę zostawić po sobie pomnik. Nie jestem tej rangi artystą, ale też chcę zostawić coś po sobie. Chcę czuć, że moje życie ma sens. Zabrano mi wolność, a nie życie. Wciąż mogę się rozwijać i realizować. Takie uczucia towarzyszyły mi, gdy pisałem swoją książkę.

O czym jest ta książka?

„Przestępcza działalność”, to fabularna powieść, która jest mieszaniną fikcji i faktów. Co jest czym, każdy czytelnik dowie się w odpowiednim dla siebie momencie. Moja sprawa i jej kulisy są opisane szczegółowo. Oprócz tego jest tam imprezowanie, przestępstwa i przekaz. Można ją kupić w formie e-booka między innym na portalu: crime.com.pl. Drukowaną wersję znajdziecie na Allegro i w kilku najlepszych księgarniach.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*