PIĄTY SPOŚRÓD WAMPIRÓW

fot. Andrzej Kaniewski

Kobieta była młoda i urodziwa. Szczupłe, jędrne ciało, długie blond włosy. Najwyżej 20 lat. Była kompletnie naga.  Na szyi miała zaciągniętą pętlę z paska od torebki. Została zgwałcona i zamordowana. Przypuszczalnym czasem zgonu był późny wieczór poprzedniego dnia.

 Torebka i garderoba dziewczyny – letnia bluzka, długa kolorowa spódnica, tzw. bananówka, buty na koturnie oraz bielizna – leżały rozrzucone w promieniu kilkunastu metrów od miejsca znalezienia zwłok.

Tym miejscem była studnia na terenie ogródków działkowych imienia J. I. Kraszewskiego w Białej Podlaskiej. Z uwagi na suszę, która nawiedziła Polskę tamtego lata, w studni nie było wody. Morderstwo odkryto 9 sierpnia 1969 r.

Gwałt i zabójstwo

Milicja Obywatelska wezwana przez działkowiczów, którzy natknęli się na zwłoki, ustaliła dane zmarłej na podstawie dowodu osobistego znalezionego w torebce. Była to 19-letnia Dorota B., zamieszkała w miejscowości Sławatycze. W torebce miała bilet miesięczny na PKS. Należało ustalić,  jak się znalazła i co robiła na działkach w Białej Podlaskiej.

Lekarz stwierdził zgon w wyniku uduszenia paskiem od torebki. Na krótko przed śmiercią dziewczyna odbyła stosunek seksualny. Z ułożenia ciała i widniejących na nim śladów uderzeń można było wywnioskować, że ofiara broniła się przed napastnikiem. A zatem najpierw gwałt, a potem zabójstwo. Przypuszczalnym czasem zgonu był późny wieczór poprzedniego dnia.

Zabezpieczono nasienie sprawcy. Wykonano także odlewy śladów stóp w obrębie studni. W ziemi były odciśnięte podeszwy i obcasy sabotów dziewczyny, butów osób, które znalazły zwłoki, oraz niepasujące do nich ślady pozostawione przez męskie obuwie średniego rozmiaru. Był też ślad ciągnięcia ciała, rozpoczynający się kilka metrów od studni.

Milicja nie znalazła świadków zbrodni. Doszło do niej późnym wieczorem, kiedy właścicieli ogródków nie ma już na działkach. Sprawcą mógł być działkowicz, który został dłużej i zwabił tu ofiarę, ale istniało też inne wytłumaczenie. Przez teren działek przebiegała ogólnodostępna brukowana droga. Mieszkańcy Białej Podlaskiej powszechnie z niej korzystali. Oznaczało to, że zgwałcić i zamordować Dorotę B. mógł każdy mężczyzna, który tędy przechodził w godzinach wieczornych poprzedniego dnia.

Odprawiała adoratorów

Ustalono, że Dorota B. była uczennicą ostatniej klasy technikum gospodarczego w Białej Podlaskiej. Odbywała wakacyjną praktykę zawodową w jednym z barów mlecznych w centrum miasta. Kierowniczka baru powiedziała milicji, że Dorota skończyła pracę o godzinie dwudziestej, przebrała się i wyszła. Zapewne udała się na dworzec autobusowy, żeby wrócić do rodzinnej miejscowości. Codziennie dojeżdżała do Białej.

– Ale oczywiście mogła mieć inne plany. Nie wiem, nie pytałam. To była bardzo pracowita i sympatyczna dziewczyna. Wszyscy ją lubiliśmy. Okazywała dużo serca starszym osobom, które się u nas stołowały – chwaliła ją kierowniczka.

Nie znała natomiast prywatnego życia praktykantki, bo Dorota nie mówiła o sobie zbyt wiele. Milicja wzięła na spytki inne pracownice baru. Śledczych interesowało, czy miała narzeczonego bądź chłopaka. Była niezwykle atrakcyjną dziewczyną, na pewno więc podobała się mężczyznom.

– Owszem, podobała się i to bardzo – przytaknęły. – Przychodzili do baru, próbowali się z nią umówić na randkę. Ale Dorota trzymała facetów na dystans. Nie romansowała w pracy, bo zależało jej na dobrej opinii. Odprawiała adoratorów z kwitkiem.

Znały niektórych z widzenia. To byli stali goście. Padło nawet kilka nazwisk. Dla milicji była to bardzo ważna informacja. Postanowiono sprawdzić alibi tych mężczyzn. Odrzucone zaloty mogły być bowiem motywem morderstwa.

Faceci są różni. Jeden uszanuje decyzję kobiety i pogodzi się z faktem, że dostał kosza. Innego stanowcze „nie” urodziwej praktykantki mogło rozwścieczyć do tego stopnia, że posunął się do gwałtu, a następnie – być może w obawie przed wskazaniem go organom ścigania – udusił dziewczynę.

Młody, modnie ubrany

Być może sprawca czekał na Dorotę na ulicy. Dziewczyny z baru, zajęte pracą, nie zauważyły tego osobnika, zapamiętała go natomiast kobieta, mieszkająca w domu naprzeciwko. Widziała przez okno młodego mężczyznę, który na krótko przed godziną dwudziestą stał pod barem, bądź spacerował tam i z powrotem.

– Jakieś 20-25 lat. Był modnie ubrany, jasna koszula, niebieskie dżinsy. Miał ciemne okulary, więc twarzy nie widziałam. Tak się zachowuje osoba, która na kogoś czeka – powiedziała kobieta.

Milicja była niemal pewna, że czekał na Dorotę. Ulica Brzeska, to ścisłe centrum Białej Podlaskiej, z mnóstwem sklepów, zakładów usługowych, kawiarni, restauracji a w letni wieczór zapełniały ją tłumy przechodniów. Byłby to jednak zadziwiający zbieg okoliczności, gdyby ów młodzieniec czekał na kogoś innego lub bez celu kręcił się w pobliżu miejsca pracy dziewczyny, która niedługo później została zgwałcona i uduszona.

Przyjęto, że był to jeden z mężczyzn, którzy próbowali poderwać Dorotę. W takim razie musiała go choć trochę znać. Fakt, iż zbrodnia została popełniona na terenie ogródków działkowych, sugerował, że dziewczyna po zakończeniu pracy nie udała się na dworzec PKS. Poszła w zupełnie przeciwnym kierunku. Założono, że sprawca namówił ją na spacer, w trakcie którego, gdy przechodzili przez puste o tej porze działki, zaczął się do niej dobierać. Dorota protestowała, być może szarpała się z nim, więc obezwładnił ją przemocą, zgwałcił a na koniec udusił.

Seryjny gwałciciel?

Taki scenariusz był wielce prawdopodobny, niemniej nie wykluczano, że zbrodnia na działkach jest fragmentem większej całości. W mieście mógł działać seryjny gwałciciel, napadający na kobiety w rejonie ogródków działkowych.

4 lipca 1969 roku do dwudziestoparoletniej dziewczyny przyskoczył mężczyzna. Przewrócił ją na ziemię, zaczął zdzierać z niej ubranie. Nie zgwałcił jej tylko dlatego, że spłoszyli go przechodnie. Ukradł dziewczynie portfel z pieniędzmi i uciekł.

Kilka dni później doszło do gwałtu na mieszkance Białej Podlaskiej, która spiesząc się na pociąg, wybrała skrót przez działki.  Sprawca wyskoczył z zarośli. Ofiarą gwałciciela padła też Wanda N. Kobieta szła do pracy. Było jeszcze kilka przypadków pobić i napadów rabunkowych. Poszkodowane nie były zgodne, jeśli chodzi o wygląd sprawcy. Raz był młody i szczupły, innym razem korpulentny i miał kędzierzawe włosy – albo łysiał i seplenił. Albo to nie był za każdym razem ten sam osobnik, albo ciężkie przeżycia wpłynęły na odmienny sposób postrzegania gwałciciela przez ofiary.

Po zabójstwie Doroty B. coraz głośniej mówiło się w mieście o „wampirze”. Nadal dochodziło do ataków na kobiety, najgroźniejszy był ten z 21 sierpnia. Gdy Anna B. broniła się przed napastnikiem, ten zaczął ją dusić plastikowym paskiem. Zamiaru nie spełnił, bo w pobliżu znajdowali się ludzie.

W Białej Podlaskiej wybuchła psychoza strachu. Kobiety bały się same wychodzić z domu. Te, które pracowały na drugiej lub trzeciej zmianie, żądały przeniesienia na poranną. Chroniono dzieci, odprowadzając je do szkół i nie pozwalając im się bawić bez opieki dorosłych. Oczywiście zaufanych.

Panika wzrastała z każdym dniem, gdy ludzie dowiadywali się, że „wampir” wciąż nie został schwytany. Niektórzy podejrzewali, że jest to ten sam sprawca, który gwałcił i mordował kobiety na Śląsku. Oczywiście Zdzisław Marchwicki nie miał nic wspólnego ze zbrodniami na Lubelszczyźnie.

Milicjantki na przynętę

W celu schwytania sprawcy bądź sprawców przestępstw seksualnych w Białej Podlaskiej, ówczesny komendant wojewódzki milicji obywatelskiej w Lublinie pułkownik Jerzy Andrzejewski powołał specjalną grupę operacyjną. Składała się ona z najbardziej doświadczonych funkcjonariuszy kryminalno-dochodzeniowych oraz najlepszych techników śledczych z Białej i Lublina. Do akcji włączono milicjantki. Ale jakie milicjantki…

W filmach sensacyjnych policja ścigając groźnego przestępcę, podrzuca mu przynętę. W przypadku mordercy kobiet, przynętą jest urodziwa policjantka. Rzeczywistość czasami naśladuje film.

Pewnego razu, po wejściu do gabinetu komendanta można było odnieść wrażenie, że odbywa się tam konkurs piękności. Wszystkie panie przy stole prezydialnym mogły konkurować urodą z Brigitte Bardot, Claudią Cardinale i innymi symbolami seksu szalonych lat sześćdziesiątych. Przynęty miały zadanie szczególnego rodzaju. Ubrane w stroje podkreślające ich kobiece wdzięki, pokazywały się w miejscach, gdzie doszło do napadów i gwałtów. Oczywiście, tylko pozornie chodziły same. Dyskretnie towarzyszyli im uzbrojeni milicjanci, gotowi w każdej chwili interweniować.

Zdecydowano się na taki krok wobec braku efektów dotychczasowych działań. Psychoza strachu sprawiała, że dochodziło do pochopnych, a nawet nieuzasadnionych wezwań milicji. Wystarczyło, że ktoś widział mężczyznę spacerującego po parku z psem, albo tamten zatrzymał wzrok na jakiejś kobiecie. Były też przypadki nasyłania milicji na niewiernych mężów…

Pod koniec listopada 1969 roku, w wyniku szeroko zakrojonej akcji całego zespołu powołanego do sprawy „wampira”, zatrzymano Henryka M. Okazał się sprawcą kilku napadów na kobiety, m.in. tego z 21 sierpnia. Potem poszło lawinowo. Pod kluczem znaleźli się kolejno: Jakub P., któremu udowodniono zgwałcenie kobiety, która spieszyła się na pociąg, następnie Kazimierz J. (usiłowanie gwałtu) oraz Czesław S. (sprawca brutalnego napadu na kobietę dokonanego w dniu 4 września 1969 r.)

Do miasta powrócił spokój. Strach minął. Jednak ludzie nie wiedzieli, że nie wszystko zostało wyjaśnione. Czterej zatrzymani mężczyźni dopuścili się napadów i gwałtów, wykluczono natomiast, by któryś z nich zgwałcił i zamordował Dorotę B. Pracownice baru, którym pokazano ich zdjęcia, zaprzeczyły, że ci mężczyźni przychodzili podrywać praktykantkę. To samo powiedziała kobieta, która 8 sierpnia widziała przez okno przypuszczalnego mordercę.

– Tamten był młody i elegancki, a tym to pięć lat za sam wygląd się należy – stwierdziła.

A zatem to nie mogli być oni. To oznaczało, że na wolności jest jeszcze piąty „wampir”.

Poeta bez wiersza

W tej sytuacji kontynuowano sprawdzanie mężczyzn, o których wiedziano, że nagabywali Dorotę. Była to całkiem pokaźna grupa. Niektórzy bledli, gdy milicja pytała ich o relacje z dziewczyną z baru,  ale nie dlatego, że mieli coś wspólnego z morderstwem, tylko ze strachu, że żona się dowie.

Ciało Doroty znaleziono na terenie ogródków działkowych imienia J. I. Kraszewskiego w Białej Podlaskiej

Z tego grona wytypowano trzech. Ich alibi na czas zbrodni było wątpliwe. Pasowali wiekiem i wyglądem. Jeden z nich, 21-letni Jerzy F. szczególnie zainteresował milicję. Był on dość dobrze znany w tutejszym środowisku tak zwanej złotej młodzieży. Mówił. że jest poetą, chwalił się, że na dniach wydaje tomik poetycki, jednak żaden z literatów nigdy o nim nie słyszał. Nikt też nie przeczytał ani jednego wiersza, które rzekomo napisał. Jerzy F. nie miał czasu na tworzenie poezji. Całe dnie przesiadywał w najmodniejszych kawiarniach. Mógł sobie na to pozwolić, bo chociaż nigdzie nie pracował, to finansowali go zamożni rodzice i siostra.

Był też znany jako pogromca damskich serc. W kawiarniach czarował dziewczyny gadkami o poezji i kłamstwami o znajomościach z ludźmi z pierwszych stron gazet. Prymitywne bajeczki na niektóre dziewczęta działały. Czy wśród tych, które uległy jego urokowi, była Dorota B.? A jeśli tak, to czy dlatego została zamordowana? Śledczy mieli nadzieję, że Jerzy F. odpowie na te pytania po zatrzymaniu.

Urażona męska ambicja

Jerzy F. przyznał się podczas przesłuchania do zgwałcenia i zabójstwa praktykantki. Zdawał sobie sprawę, że zaprzeczając, nic nie osiągnie. Dowody przeciwko niemu były przygniatające. Rozpoznała go kobieta z okna. Nasienie, które pozostawił w ciele dziewczyny, pochodziło od niego. Pasowały też ślady obuwia.

Wyjaśnił motyw bestialskiej zbrodni. Najwięcej lokali gastronomicznych było w śródmieściu Białej  Podlaskiej. Tam zwykle chodził na podryw. Zwrócił uwagę na efektowną długonogą blondynkę z baru mlecznego. Myślał, że pójdzie mu z nią gładko, jednak Dorota szybko go przejrzała. Nie lubiła blagierów i jasno mu powiedziała, że nie będzie jego dziewczyną. Nie życzyła sobie, aby przychodził do niej do pracy i ją nagabywał.

– Nie mogłem się z tym pogodzić! Rzadko która dziewczyna daje mi kosza. A ta wydawała się taką naiwną, choć ładną gąską. Moja urażona ambicja męska nie pozwalała mi tego tak zostawić – mówił w trakcie przesłuchania w prokuraturze.

8 sierpnia 1969 roku czekał na nią pod barem. Gdy skończyła pracę, poprosił, aby z nim porozmawiała. Nie chciała, mówiła, że się spieszy na autobus. Zapewnił, że po rozmowie odwiezie ją taksówką na dworzec. Dorota na swoje nieszczęście uwierzyła mu.

Szli przez działki. Tam w pewnym momencie powiedział, że chce z nią odbyć stosunek. Nie zgodziła się, zaczęła się szarpać. Stłumił jej opór kilkoma uderzeniami w twarz. Potem zdarł z niej ubranie. Gdy ją gwałcił, groziła, że mu nie daruje, pójdzie na milicję. Jerzy F. tłumaczył się w śledztwie, że nie widział innego wyjścia niż ją zabić. Miał przez nią pójść siedzieć na długie lata? Wolał ją udusić. Gdy była martwa, porozrzucał dookoła jej garderobę, a ciało wrzucił do studni. Wrócił do domu. Polecił ojcu, żeby uprał jego ubranie, a sam poszedł spać.

W 1970 roku Jerzy F. odpowiadał za gwałt i zabójstwo przed Sądem Wojewódzkim w Lublinie. Rozprawa odbyła się na sesji wyjazdowej w Białej Podlaskiej. Na początku grudnia morderca został skazany na 25 lat więzienia i utratę praw na 5 lat. Wyrok zapadł na początku grudnia. Wysokie wyroki usłyszeli również zatrzymani wcześniej sprawcy napadów i gwałtów.

Minęło dziesięć lat. Mieszkańcy Białej Podlaskiej dawno zapomnieli o „wampirze”. I nagle wszystko wróciło. O tej historii wkrótce.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*