Zabił szwagierkę, bo zrobił jej dziecko

 Najpierw rozkochał w sobie siostrę żony, która zaszła z nim w ciążę, a potem postanowił się pozbyć się jej i ich dziecka. Uznał to za najlepsze zakończenie romansu. Jolanta nagle zniknęła, była już w siódmym miesiącu ciąży. Morderca przez kilka tygodni wysyłał do swoich teściów w imieniu zaginionej SMS-y. Wynikało z nich, że ich córka jest za granicą.

Był 2016 rok, gdy w jednej z wsi na Podkarpaciu Grzegorz G. zamordował swoją szwagierkę Jolantę Ś.  Dla wszystkich było ogromnym szokiem, że zbrodni dokonał ktoś z rodziny. Nikt jeszcze wówczas nie przypuszczał, że  32-latek  zdradzał żonę z jej własną siostrą, która zaszła z nim w ciążę. Ile trwał ten romans, kiedy się rozpoczął? Pozostały jedynie ludzkie domysły.

Motyw zbrodni wydawał się oczywisty: zabił, bo nie chciał dziecka i bał się, że zdrada się wyda.

Zbrodnia pod gwiazdami

 Gdy 25-latka zaszła w ciążę z Grzegorzem G., wyprowadziła się od swoich rodziców i zamieszkała w Dębicy. Potem rzadko miała się z nimi kontaktować. Czy jej rodzina mogła wiedzieć, że urodzi dziecko mężowi swej siostry? Tymczasem sprawca ciąży ukrywał romans ze szwagierką i realizował swój dalszy plan pozbycia się 25-latki, wraz z jego dzieckiem, które nosiła w łonie. W tym czasie była już w siódmym miesiącu ciąży.

W nocy z 20 na 21 maja 2016 roku, zabrał ją do wsi w pobliże autostrady, gdzie miał jej obiecać, że będą obserwować nocą spadające gwiazdy. Jola była romantyczką, więc mu uwierzyła. Wdrapali się na nasyp w pobliżu zjazdu na autostradę. I obserwowali niebo, które tej nocy było zasłane gwiazdami.

On miał jednak inne zamiary wobec swojej kochanki.  Nasyp był stromy, jego zbocze miało około 15 metrów wysokości. Ręką wskazywał ku rozgwieżdżonemu niebu i z nieświadomą niczego kobietą zbliżył się ku krawędzi. Ona nie spodziewała się z jego strony żadnego zagrożenia. Wierzyła mu, kochała, on przecież mówił, że też ją  kocha. Tym bardziej, że nosiła  pod sercem jego dziecko. Dla niego jednak nie miało to żadnego znaczenia. W pewnej chwili zepchnął Jolę z nasypu. Ciężarna kobieta krzycząc, turlała się po zboczu. Lecz w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc.

Rozejrzał się nerwowo wokoło, czy aby nikt na nich nie patrzy, i zbiegł na dół nasypu. Kobieta, której niedawno wyznawał miłość, leżała nieprzytomna, nie mogła się bronić. Nachylił się nad nią. Sprawdzał, czy żyje. Lecz nie znalazł oznak życia. Chciał przecież jej śmierci, zatem – jak to określili potem biegli: „zadał jej kilkakrotnie uderzenia w głowę narzędziem tępokrawędzistym – prawdopodobnie cegłówką, powodując u niej w okolicy czołowo-ciemieniowej i potylicznej wielokrotne rany, a ponadto zadał jej narzędziem ostrym jedno uderzenie w szyję po stronie prawej, powodując ranę o długości około 3 centymetrów – co skutkowało masywnym krwotokiem zewnętrznym”.

Cegłówkę znalazł zapewne w pobliżu, a nóż miał przy sobie. Wziął go na wszelki wypadek. Był przewidujący. Jola nie miała prawa wyjść z tego cała. Nie widział innego wyjścia, jak tylko ją zamordować. Przecież nie będzie się rozwodzić z własną żoną.

 Okradał zamordowaną

Był dobrze przygotowany, zabrał ze sobą kilka worków foliowych. Po zamordowaniu 25-latki zapakował w nie jej ciało, aby nie rozniosły go zwierzęta, albo woda nie wymyła. Chciał gdzieś zakopać zwłoki kochanki. Zatem zapakował do bagażnika ciało i zawiózł je do lasu, w okolice Ropczyc niedaleko Dębicy. Wiedział, że będzie miał czas, nikt przecież jeszcze o niczym wtedy nie wiedział.  Nikt go nie szukał.

Snuł plan ucieczki za granicę, ale musiał się do tego dobrze przygotować. Wymagało to czasu i pieniędzy, których nie miał. Musiał je więc zdobyć. Po zabójstwie kobiety, przeszukał ją oraz należący do dziewczyny samochód. Zabrał jej dowód osobisty oraz prawo jazdy, które spalił. Zaplanował, że zasugeruje jej rodzicom a swoim teściom, że Jola uciekła za granicę.

Pomiędzy 21 a 28 maja 2016 roku ukradł należące do 25-latki przedmioty: telewizor, wieżę stereo, laptop, odzież, rzeczy osobiste i inne drobne przedmioty o łącznej wartości około 10 tysięcy złotych. Potem sprzedał samochód dziewczyny, fałszując umowę kupna-sprzedaży pojazdu, wpisując w miejsce sprzedającego nazwisko 25-latki, i podrabiając jej podpis. Spieszył się. Zabrał również kartę bankomatową zamordowanej. Znał PIN i pobrał z jej konta 7110 zł. Miał już ponad 17 tysięcy złotych, lecz było mu mało. Chciał więcej, więc kombinował dalej. W czerwcu 2016 roku za pośrednictwem SMS-ów, podszywając się pod 25-latkę, wysłał z jej telefonu żądanie przelania na konto dziewczyny tysiąca złotych, tytułem rekompensaty za pozostawioną w wynajmowanym mieszkaniu pralkę i lodówkę. Właścicielka mieszkania jednak odmówiła. Podobnie postąpił w przypadku znajomego 25-latki. Był przy tym bardziej bezczelny. Napisał do niego SMS-a i podając się za 25-latkę, wysyłał podrobiony akt urodzenia dziecka. Zażądał od niego przelania na konto 25-latki 5 tysięcy złotych tytułem alimentów. Twierdził, że dziecko należy do tego mężczyzny. Jednak pieniędzy nie otrzymał.

Tymczasem 25-latka nie odzywała się do swych rodziców, a oni szukali swojej córki. W sierpniu 2016 roku rodzina powiadomiła policję o tajemniczym zaginięciu Jolanty. Gdy Grzegorz dowiedział się o tym, zaczął wysyłać z jej telefonu SMS-y, że wyjechała za granicę. Gdzie żyje się jej dobrze i chce wszystko przemyśleć w spokoju. Z treści SMS-ów wynikało, że pozbyła się dziecka, sprzedając je.

Rodzina jednak w to nie uwierzyła, tym bardziej, że ciągle nie odzywała się, wysyłając wyłącznie SMS-y, których treść trafiła w końcu na policję.

Grzegorz G. zorientował się, że pali mu się  grunt pod nogami, i dłużej romansu z siostrą swojej żony nie utrzyma w tajemnicy. Nadal szukał pieniędzy na ucieczkę z kraju. W październiku 2016 roku w miejscu swej pracy, w Dębicy, ukradł pracodawcy ponad 200 komponentów automatyki przemysłowej, o łącznej wartości ponad 526 tysięcy złotych, fałszując zarazem umowy ich sprzedaży. We wrześniu 2016 roku próbował raz jeszcze skorzystać z konta 25-latki, wybierając z niego 200 złotych, lecz jej konto było już zablokowane.

Gad w rodzinie

Śledczy zaczęli powoli składać tę układankę i wpadli na jego trop, ujawniając całą prawdę. Urządzono policyjną zasadzkę w jego miejscu zamieszkania, w Lubzinie. Nie zdążył uciec i nawet się nie starał. Był totalnie zaskoczony. Jednak rodzina  nie wierzyła, że wśród nich żył tak podły i bezduszny człowiek.

Na początku przyznał się do zabójstwa 25-latki i do ukrycia jej zwłok. Potem jednak temu zaprzeczał, powtarzając, że to był jedynie wypadek. I 25-latka spadła nieszczęśliwie ze skarpy. Oskarżony został jedynie o zabójstwo kochanki. Wyniki  sekcji nie pozwalały bowiem ustalić biegłym, czy również przyczynił się do śmierci nienarodzonego dziecka.

17 marca 2017 roku, gdy z tymczasowego aresztu, do którego trafił w innej sprawie, przewieziono go do Sądu Rejonowego w Ropczycach, był już zupełnie zdesperowany. Przeczuwał, że jego czas się kończy i nie wywinie się od odpowiedzialności. Spróbował zatem ucieczki. Zorientowawszy się, że policjanci z konwoju niezbyt mu się przyglądają, zaryzykował. Wystarczyła chwila nieuwagi ze strony policjantów, aby wydostać się na wolność. Wyrwał się i zaczął uciekać z sądu. Natychmiast jednak ruszyli za nim funkcjonariusze. Zatrzymały go dopiero strzały ostrzegawcze. Wtedy zrezygnował i się poddał.

Proces przeciwko Grzegorzowi G. ruszył 8 marca 2019 roku w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie. Na rozprawy przewożono go już skutego, aby znowu nie usiłował uciekać.

Jawność rozpraw była wyłączona. Gdy 8 marca 2019 roku – po 24 posiedzeniach – sąd ogłaszał wyrok skazujący Grzegorza G. na łączną karę dożywocia, 35-latka nie było na sali rozpraw. Został również pozbawiony praw publicznych na 8 lat. Osobom z rodziny, tytułem zadośćuczynienia za krzywdę, którą wyrządził ich córce, ma także przekazać po 250 tysięcy złotych. Sąd zobowiązał również 35-latka do zapłaty rodzicom zamordowanej 17 110 złotych i pracodawcy 318 379 złotych.

– W całej tej sprawie przerażające jest to, jak zwykły, grzeczny chłopak, bo tak traktowało go środowisko, potrafił wyrządzić tak wiele zła w stosunku do najbliższych – zaraz po ogłoszeniu wyroku przyznawał prokurator Łukasz Harpula z Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.

Wyrok nie był prawomocny. Obrona odwołała się od niego, choć Grzegorz G. przebywał już wtedy w więzieniu.

Sąd Apelacyjny w Rzeszowie 28 listopada 2019 roku wyrok jednak podtrzymał.

28 kwietnia 2021 roku Sąd Najwyższy oddalił  także kasację obrony w tej sprawie.

 Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*