Zabiła aby jej synek miał towarzystwo w niebie

Bezdomny zabił Elżbiecie M. syna, 11-letniego Amadeusza. W trzy tygodnie później ona zamordowała 21-letnią Katarzynę O. 6 lat po tym zabójstwie, podczas przerwy w wyroku na podratowanie własnego zdrowia, udusiła 8-letnią Magdalenę O. Udusiła, bo tak miał jej nakazać nieżyjący syn, Amadeusz.

Życie zawaliło się  Elżbiecie M., gdy 5 października 2000 roku po godzinie 23.00 –  kilkaset metrów od bloku, w którym mieszkała – jej 11-letni syn Amadeusz zaczepił 29-letniego, pijanego bezdomnego.

– Dawaj papierosa, zakapie! – krzyknął chłopak w jego stronę i przyjął postawę, jakby chciał się zmierzyć z 29-latkiem na pięści.

– Zakapiorze, pijaku, ochlaptusie! – wyzywał 29-latka. Ten, zaskoczony sytuacją, prawą ręką uchwycił mocno chłopaka za szyję. Trwało to może z 20 sekund. Po czym  nastolatek już nie żył. Zwłoki posadził bezdomny przy murze obok zsypu. I odszedł.

 To było pocieszenie

Elżbieta M. była jeszcze w pracy w markecie, na stoisku z kwiatami, gdy pod zsypem bloku wydarzył się ten dramat. Szukała potem dziecka z policją, zanim go znaleziono uduszonego. To był dla niej szok. Identyfikowała ciało w prosektorium. Osobiście ubierała zwłoki syna do trumny.

Nie było większych problemów ze schwytaniem mordercy.      

W dwa tygodnie po śmierci Amadeusza kobieta wróciła do pracy. Miała żal do całego świata, i dopadły ją stany depresyjne, podjęła nawet dwie próby samobójcze.

– Wszyscy wokół żyją szczęśliwie, a mnie pozostawiono z moim bólem – skarżyła się koleżankom z pracy.

30-letni Piotr B. był zatrudniony w punkcie sprzedaży naprzeciwko stoiska z kwiatami, gdzie pracowała Elżbieta. Podobał się jej. Jak ona, miał wtedy 30 lat. Zagadywała Piotra, on jej zawsze uprzejmie odpowiadał.

– Coś musi was łączyć – żartowali jego koledzy z pracy. Lecz on był zainteresowany zupełnie kimś innym: 21-letnią Katarzyną O.  spod Tarnowa. Oboje planowali wspólną przyszłość, mieli się pobrać. Jednak Elżbieta nie odpuszczała.  Wydzwaniała do Piotra B., przychodziła na jego stoisko. Potrafiła z nim rozmawiać przez kilkanaście minut.

– Poszedłem do niej po śmierci jej syna – wspominał policjantom 30-latek. Jak zeznał, pocieszał zdruzgotaną tragedią kobietę.

– Nie jesteś mi obojętna – zapewniał. Umówili się, że jeszcze tego samego wieczora, pod odwiezieniu do domu swojej narzeczonej, wpadnie do Elżbiety, aby porozmawiać. Jednak Piotr o wszystkim poinformował Katarzynę O.

 Urażona i upokorzona

– Jestem o ciebie zazdrosna – rozpłakała się wtedy 21-letnia dziewczyna Piotra. A on ją zapewniał, że oprócz tego jedynego wieczora więcej już się z Elżbietą M. nie spotka. Nie chciał też drażnić Elżbiety i obietnicy danej Katarzynie O. w końcu nie dotrzymał.

– Elżbietę M. zapewniał z kolei, że zerwie z Katarzyną O. – relacjonowali wtedy śledczy. Jednak 30-latka twierdziła, że nie chce stawać pomiędzy Katarzyną i Piotrem. To były jednak tylko słowa. Manipulowała nimi, i nadal traktowała Piotra B. jak najbliższą sobie osobę. A on ją wielokrotnie odwiedzał, bowiem – jak podkreślał – Elżbieta była zrozpaczona i taka bezradna w obliczu śmierci swego syna.

 – Znalazłam wreszcie kogoś, kto stara się mnie pocieszyć – oznajmiła Elżbieta swej koleżance.

Ale nie było dowodów, by tę dwójkę mogło łączyć coś więcej, niż tylko przyjaźń.

22 października 2000 roku, gdy Piotr  wracał po 16.00 z pracy i kolejny raz chciał zajrzeć do Elżbiety, śledziła go Katarzyna. Zorientował się i podszedł do zaułka, w którym się ukryła.

– Co robisz, głuptasie? – zwrócił się do narzeczonej. – Chciałam tylko sprawdzić, gdzie idziesz – odpowiedziała i zagroziła swemu partnerowi, że jeżeli sytuacja ta nie ulegnie zmianie, to ona się z Elżbietą wreszcie rozmówi.

– Nie zrobię jej jednak krzywdy – zapewniła.

Nocne odgłosy zbrodni

3 listopada 2000 roku widziano Katarzynę  w dobrym nastroju, chociaż nadal dręczyła ją znajomość Piotra z Elżbietą. I właśnie tego wieczora postanowiła definitywnie rozprawić się z tym problemem.

Przed godziną 22.40 zjawiła się na trzecim piętrze przed mieszkaniem rywalki.

– Usłyszałem jakby uderzenia o podłogę przypominające przesuwanie mebli, głuche stuki – relacjonował potem policji mężczyzna mieszkający  pod  Elżbietą M. – A później dobiegł mnie donośny głos kobiety wołającej o pomoc.

 Katarzyna O. krzyczała tak głośno, że przebudziła też innych sąsiadów. Przez otwarte okno w mieszkaniu Elżbiety M. odgłosy docierały nawet do sąsiednich bloków. Nikt jednak nie przyszedł z pomocą, nikt nie chciał się wtrącać. A potem wszystko umilkło.

– Myśleliśmy, że została u Piotra – zeznali bliscy Katarzyny O.

– Nie została u mnie na noc, nie miałem od niej żadnej wiadomości – zapewniał 30-latek.

W końcu powiadomiono policję.

Okazało się, że  4 listopada 2000 roku Elżbieta M. po pracy poszła na imprezę urodzinową do znajomych. Nie wykazywała oznak zdenerwowania, chociaż zwłoki Katarzyny O. leżały ciągle w małym pokoju jej mieszkania. Zachowała też zimną krew po powrocie, kiedy to sąsiad z góry zalał jej mieszkanie. Zaprosiła go nawet do środka, aby spojrzał, co narobił, że zalał łazienkę, większy pokój i przedpokój. Do jej małego pokoju, gdzie przez cały czas leżało ciało, jednak nie wchodzili, nie było takiej potrzeby.

 Zwłoki w windzie

6 listopada 2000 roku Elżbieta pracowała do 21.00. Około północy przeciągnęła z własnego mieszkania zwłoki Katarzyny O. do windy i polała je rozcieńczalnikiem. Po czym wyekspediowała zwłoki 21-latki na 10 piętro, podpalając je na drogę. Sądziła, że w kabinie ciało Katarzyny O. spłonie doszczętnie i trudne będzie do identyfikacji. Nie pozostawiła po sobie na korytarzu żadnych śladów. Nikt jej też wtedy nie widział. Na 10 piętrze zaczęły się palić wyłożone laminatem ściany windy. Trzask palącej się kabiny obudził wszystkich na piętrze. Ogień, który odciął drogę ewakuacji mieszkańców, zaczął się rozprzestrzeniać. Dosięgał drzwi mieszkań wokoło. Dostawał się do środka. Wybuchła panika. Zagrożonych było 19 osób. Z niższych kondygnacji wychodzono na podwórze.

 – W kompletnie wypalonej kabinie windy ujrzałem w znacznej części zwęglone zwłoki kobiety, ułożone na wznak, z lewą nogą zgiętą w kolanie pod kątem 90 stopni – relacjonował potem jeden ze strażaków. Podejrzenie padło na Elżbietę M. i została zatrzymana.

– Nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Katarzyny – broniła się. Rano 7 listopada 2000 roku pies policyjny nie dał jednak kobiecie żadnych szans, podejmując trop i wskazując, iż 21-latka musiała przebywać w małym pokoju mieszkania Elżbiety M. Na futrynie jej drzwi, na papierowych ręcznikach i na foliowych reklamówkach znaleziono również ślady krwi należące do Katarzyny O.  

Jeszcze przed zakończeniem śledztwa w sprawie o zabójstwo Katarzyny O., Sąd Okręgowy w Tarnowie skazał 12 września 2001 roku bezdomnego 29-latka, który zamordował 11-letniego Amadeusza. Usłyszał on wyrok 15 lat pozbawienia wolności. Jednak w drugiej instancji, 20 grudnia 2001 roku, krakowski sąd apelacyjny zmniejszył karę do 12 lat więzienia.

Począwszy od 2 października 2002 roku –  podczas dziewięciu kolejnych posiedzeń w sprawie o zabójstwo Katarzyny O. – Sąd Okręgowy w Tarnowie nie dawał wiary wyjaśnieniom Elżbiety M., która konsekwentnie nie przyznawała się ciągle do winy. Nie dawał też wiary jej siostrze, która próbowała sugerować sądowi, iż Katarzynę O. zabił ktoś inny. W końcu 18 marca 2003 roku skazano Elżbietę M. na 15 lat pozbawienia wolności. 30 września 2003 r. Sąd Apelacyjny w Krakowie zmienił jej wyrok, zmniejszając kobiecie odsiadkę do lat 11.

Koleżanka z celi

Z początkiem 2003 roku, w nieistniejącym już zakładzie karnym w Nisku, gdzie Elżbieta odbywała wyrok, poznała  Monikę.  Była w tym samym wieku, co ona.  Polubiły się. Jednak koleżanka z celi już w lipcu 2003 roku opuszczała więzienne mury.

– Nie zerwę z tobą kontaktu – obiecała Monika i obietnicy dotrzymała.

– Mam nieżyt żołądka, anemię, cystę na nerce… – Elżbieta skarżyła się w listach przyjaciółce na zły stan swego zdrowia.  Monika miała adres siostry Elżbiety i skontaktowała się z nią. Obie wynajęły jej adwokata. A on okazał się skuteczny w działaniu

 Po rozpoznaniu  jego wniosku,  22 października 2004 roku Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu – z uwagi na zły stan zdrowia – udzielił Elżbiecie M. przerwy w odbywaniu kary.

W tym czasie Monika wynajmowała mieszkanie w Tarnowie: – Zamieszkaj u mnie – zaproponowała Elżbiecie M., na co ta zgodziła się od razu. Z uwagi na swój stan zdrowia, na anemię, Elżbieta M. nie mogła jednak podjąć żadnej pracy. Jednocześnie leczyła się w tarnowskich przychodniach oraz w szpitalu.

Pewnego dnia Monika opuściła wynajmowane mieszkanie. Jednak nie zwróciła jednego klucza właścicielowi, sądząc, że go zgubiła W rzeczywistości jednak wpadł on w ręce Elżbiety, która go schowała. Mimo że obie przeprowadziły się już do innego mieszkania.

– Elżbieta była raczej małomówna, miała chwile, że chciała być sama, interesowała się polityką, oglądała dużo telewizję, a zwłaszcza wiadomości, którymi dzieliła się potem ze mną, dodając do tego własny, zazwyczaj trafny komentarz – tak Monika charakteryzowała  Elżbietę. – Dużo opowiadała o swym zmarłym synu. Pamiętam, jak raz zabrakło jej impulsu w automacie telefonicznym, więc mocno uderzyła głową w ten automat.

 Uduszona w wózku

 8-letnia Magdalena O. uczyła się w pierwszej  klasie jednej z tarnowskich szkół podstawowych. – Była rezolutna – tak ją charakteryzowano.

Nad wiek rozwinięta, otwarta, łatwo nawiązująca kontakt z innymi osobami, lubiła rozmawiać z dorosłymi wychowawcami i opiekunami, często się do nich przysiadała. Po szkole, wraz ze swą siostrą, była odwożona do domu.

31 marca 2006 roku matka odwiozła Magdę  o godz. 7.20. W tym samym mniej więcej czasie Monika wychodziła do pracy ze swojego nowego mieszkania.

 – Widziałam, jak Elżbieta robiła sobie śniadanie – zeznała.

 O 12.30 – za zgodą matki ośmiolatki –  wychowawczyni prowadząca zajęcia w świetlicy pozwoliła Magdalenie O. wracać samej do domu. W aktach sprawy zapisano: „W bliżej nieustalonych okolicznościach, wracając ze szkoły do domu, Magdalena O. spotkała Elżbietę M., która nawiązała z nią rozmowę. Treści tej rozmowy nie zdołano ustalić, niemniej jednak Elżbiecie M. udało się nakłonić małoletnią, aby udała się z nią do mieszkania…”.

Było to mieszkanie, które wcześniej wynajmowała jej koleżanka z celi, do którego ukryła klucz. Dzięki temu Elżbieta M. otworzyła drzwi i weszła z 8-latką do środka. W mieszkaniu udusiła dziecko.

Gdy dziewczynka nie wracała do domu, wszczęto poszukiwania i jeszcze tego samego dnia o 20.00 powiadomiono policję.

Elżbieta M. tymczasem ruszyła na poszukiwanie dziecięcego wózka, który znalazła na korytarzu tego samego bloku. Zapakowała do niego ciało dziecka i przykryła je narzutą zabraną z mieszkania. Nikt jej nie widział, gdy zjeżdżała windą, lecz gdy wychodziła z bloku, zarejestrowała ją kamera monitoringu osiedlowego, i nie tylko ona.

– Zobaczyliśmy wieczorem kobietę z wózkiem, która go pchała – relacjonowali potem w prokuraturze chłopcy grający tego wieczora w koszykówkę na sąsiednim boisku. – Wiozła w tym wózku coś ciężkiego, jego przód był uniesiony do góry, i przemieszczała go na tylnych kołach. Dostrzegliśmy na wózku przykryte narzutą dziecko, a jego nogi ocierały bezwładnie o chodnik.

Chłopcy zaczęli krzyczeć, na co kobieta  jedynie poprawiła narzutę na wózku i przyspieszyła kroku. Podbiegli do niej. Mówiła, że dziecko jest chore, mówiła o lekarzu.

– Jednak kierowała się z wózkiem w stronę pól ciągnących się do drogi biegnącej obok parkingu domu handlowego.

Jeden z nastolatków  chwycił ją wtedy za rękę, ale mu się wyrwała. Wtedy ruszyli za nią i jeden z nich uniósł narzutę wózka.

– Ujrzeliśmy twarz dziecka, była cała sina. Leżała z  otwartymi oczami i ustami.

Szczelnie otoczyli kobietę, żeby nie mogła uciec. O 21.30  Elżbieta M. była już w rękach policji. Zrewidowano ją. W małym plecaku, obok pęku kluczy, znalazł się także pojedynczy klucz typu „Gerda” z mieszkania, w którym zamordowała 8-letnie dziecko. Jeden z funkcjonariusz próbował odebrać jej ten klucz, ale się na niego rzuciła, chciała go ugryźć. Nie przyznawała się do winy.

 – Niczego nie zrobiłam, leczę się psychiatrycznie i psychologicznie, i od sześciu lat mam luki w pamięci  – broniła się.

Podczas kolejnych kilku przesłuchań zachowywała się w podobny sposób.

Głos zza grobu

23 czerwca 2006 roku przyznała się do zabójstwa 8-latki, dodając jednak, że to jej nieżyjący syn, Amadeusz, przychodzi do jej głowy: – Nakazuje mi robić różne rzeczy  – dodawała. – Te złe również. On  chciał dostać 24 marca, na swe urodziny, brata lub siostrzyczkę. Więc musiałam to dziecko zabić! Stróże prawa byli zszokowanym tymi jej wyznaniami.

Kobieta chciała zawieźć ciało Magdaleny O. na cmentarz, i położyć je przy grobie swego 11-letniego syna. Biegli psychiatrzy z Pruszkowa przychylili się do opinii psychiatrów ze Stargardu Gdańskiego i uznano, że: „Może odbywać karę, jednak przy zapewnionej opiece psychiatrycznej i psychologicznej”.  W 2008 roku, w szpitalu, usiłowała udusić jedną z pacjentek. Napisała potem pisakiem na ścianie tekst, który rzekomo miał tam umieścić jej nieżyjący syn.

30 czerwca 2009 roku Sąd Okręgowy w Tarnowie skazał ją na dożywocie, zamykając w Zakładzie Karnym w Lublińcu na Śląsku. W 2019 roku kobieta wystąpiła z wnioskiem o wznowienie postępowania w swej sprawie. Chciała wyjść na wolność, lecz Sąd Najwyższy taki wniosek odrzucił. Nie zrezygnowała i w marcu 2020 roku wystąpiła do Sądu Okręgowego w Tarnowie z kolejnym wnioskiem. Sąd okręgowy jednak uznał, że  nie zasługuje on na uwzględnienie. 50-letnia już kobieta walczy nadal i kolejny raz wystąpiła o ułaskawienie.

 – Tym razem jej prośba zostanie dopiero skierowana do Sądu Apelacyjnego w Krakowie, który ma zdecydować o jej przyszłości –  poinformował sędzia Tomasz Kozioł rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Tarnowie.

Wydaje się jednak, że ta kobieta stanowi zbyt duże zagrożenie dla innych, aby mogła wrócić na wolność.

Roman Roessler

 PS. Inicjały nazwiska Piotra zostały zmienione

1 Komentarz

  1. Mam nadzieje ze jej prosba o ulaskawienie zostanie odrzucona. Ta kobieta jest bardzo niebezpieczna osoba. Nie mozna w zaden sposob usprawiedliwic jej zachowania, nawet smiercia jej syna, ktory aniolkiem nie byl. W sposob w jaki mowil do tego bezdomnego i jak sie zachowywal byl straszny. Oczywiscie nie bronie bezdomnego-stwierdzam tylko fakty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*