KRWAWY DRAMAT NA WAKACJACH

Po kilku ciepłych i słonecznych dniach, w niedzielę pogoda znowu się zepsuła fot. Archiwum Państwowe w Lublinie

Mężczyzna i dziewczynka byli martwi. Nieco młodszy od niej chłopczyk i kobieta, wyglądająca na matkę dzieci, dawali słabe oznaki życia. Cała czwórka miała głowy przestrzelone kulami z rewolweru. Pogotowie ratunkowe przewiozło dwoje rannych do szpitala. Niestety, nie zdołano ich uratować. Sześcioletni Janek zmarł w karetce, a kobieta na stole operacyjnym.

 Kto ich zabił i dlaczego? Komu zawiniła spokojna rodzina Wołyniaków? Jakiż potwór zamordował niewinne dzieci? W ciągu kilku dni agenci urzędu śledczego w Lublinie odsłonili kulisy tej tragedii. Prawda była szokująca.

Rodzinne wakacje

Chociaż w 1934 roku nie mówiło się o zmianach klimatycznych, to w lipcu i sierpniu pogoda przypominała tegoroczne, niespokojne lato. Na skutek obfitych deszczy doszło  do największej powodzi w Polsce międzywojennej. Odnotowano 55 ofiar śmiertelnych. Ulewom towarzyszyły burze. W Woli Uhruskiej pod Chełmem piorun uderzył w kościół, w którym odprawiano niedzielne nabożeństwo. 2 osoby zginęły, a 30 zostało rannych.

Mimo kapryśnej aury, ludzie wyjeżdżali na wakacje. W pierwszym tygodniu sierpnia na dworcu głównym w Lublinie wysiedli z pociągu kobieta, mężczyzna oraz dwoje małych dzieci. Byli w letnich ubraniach, nieśli bagaże. Zatrzymali się przy ulicy 1 Maja,  kilkaset metrów od dworca.

Był tu pensjonat Sury Cukerman, oferujący pokoje w pełni umeblowane i smaczną domową kuchnię na miejscu. Ceny niewygórowane. Blisko do centrum miasta. Czyli coś w sam raz dla czteroosobowej rodziny.

Po krótkim namyśle wynajęli pokój. Do książki meldunkowej wpisał się mężczyzna. Nazywał się Antoni Hoffman. Rodzina przyjechała ze Starej Rafałówki na Wołyniu, na krótki wakacyjny wypoczynek. Przy okazji Hoffman zamierzał kupić bądź wydzierżawić młyn w okolicy. Zapytał o to właścicieli pensjonatu.

– W Lublinie i pod Lublinem jest mnóstwo młynów wodnych. Jesteśmy przekonani, że znajdzie pan coś interesującego dla siebie. A my zapewnimy wam wszelkie wygody i zaopiekujemy się waszymi dzieciaczkami – odpowiedzieli.

Hoffmanowie dali się poznać z jak najlepszej strony. Sprawiali wrażenie szczęśliwej rodziny. Nigdy się nie kłócili. Odnosili się do siebie z szacunkiem i widoczną miłością. Dzieci, 9-letnia Stasia i 6-letni Janek, były ulubieńcami całego pensjonatu. Zawarły znajomości z rówieśnikami mieszkającymi po sąsiedzku i bawiły się z nimi na podwórzu kamienicy.

Milczący i zamyślony

Jeśli pogoda pozwalała, spędzali dzień na spacerach po mieście. Zwiedzali lubelskie zabytki, opalali się na łąkach nad Bystrzycą,  zażywali kąpieli. Wracali wieczorem, roześmiani i nasyceni  wrażeniami. Z apetytem zjadali kolację.

– A jak tam interesy szanownego  pana? – zagadnął Hoffmana mąż właścicielki pensjonatu. Uśmiech nieoczekiwanie zgasł na obliczu Wołyniaka.

– Na razie nic nie znalazłem – odparł krótko. Cukerman poradził mu nie zniechęcać się, tylko dalej szukać: – W interesach potrzeba cierpliwości. Nie zawsze człowiek ma od razu to, co chce. Hoffman pokiwał głową. – Zastosuję się do tej rady.

Ale powiedział to jakoś bez przekonania, jakby robił dobrą minę do złej gry.

Właściciele pensjonatu oraz goście powiedzieli później w śledztwie, że ilekroć rozmawiali z Hoffmanem na tematy związane z biznesem czy gospodarką, mężczyzna tracił humor, milkł, zamyślał się. Po chwili znowu się uśmiechał, bawił się z dziećmi, przytulał towarzyszącą mu kobietę. Można było jednak odnieść wrażenie, że coś go dręczy – wcale nie jest takim szczęśliwym ojcem rodziny, na jakiego wygląda. Pomimo tego nikt nie przeczuwał zbliżającej się tragedii, która – wszystko na to wskazuje – nie przyszła nagle, lecz postępowała krok po kroku.

W sobotę, 11 sierpnia Hoffmanowie byli na przedstawieniu cyrku Braci Saniewskich, który przyjechał do Lublina. Atrakcję tegorocznego programu stanowiły dwa słonie, Jenny i Piccolo, oraz tresura koni pod kierownictwem Emmy Truzzi. To był ich ostatni miło spędzony wieczór. Następnej nocy doszło do tragedii.

To ostatnia niedziela

Po kilku ciepłych i słonecznych dniach, w niedzielę pogoda znowu się zepsuła. W południe niebo się zachmurzyło i spadły pierwsze krople deszczu. A potem lało jak z cebra. Plażowicze wypoczywający nad Bystrzycą, w popłochu uciekali do domów. Ależ mamy lato – psioczyli.

Z powodu niepogody rodzina Hoffmanów spędzała ten dzień, prawie nie wychodząc z pensjonatu. Dzieci rysowały Jenny i Piccolo oraz „fenomena XX wieku”, czyli kapitana Smitha, który, jak głosił program cyrkowy, był „żywym celem dla pocisków armatnich”. Towarzysząca Hoffmanowi kobieta czytała książkę, a on siedział nad gazetą. Od czasu do czasu wyglądali przez okno, by stwierdzić, że wciąż pada, więc nie ma sensu nigdzie wychodzić.

Po kilku ciepłych i słonecznych dniach, w niedzielę pogoda znowu się zepsuła
fot. Archiwum Państwowe w Lublinie

Deszcz ustał dopiero wieczorem. Dorośli postanowili wybrać się do kina. W „Stylowym” wyświetlano komedię z Flipem i Flapem oraz thriller „Niewidzialny człowiek”, a w „Corso” radziecką epopeję „Ostatni z Gołowlewych”. Zdecydowali się na Stana Laurela i Oliviera Hardy’ego. Zostawili Stasię i Janka pod opieką personelu pensjonatu, nakazali im przykładnie się zachowywać i spacerkiem udali się na Krakowskie Przedmieście.

Po powrocie z kina położyli się spać. Zachowywali się cicho, żeby nie pobudzić dzieci i innych gości. Noc minęła spokojnie. Około godziny 4.45 dozorczyni pensjonatu usłyszała huk kilku wystrzałów. Nie miała wątpliwości – strzelano w którymś z pokoi. Czym prędzej udała się do właścicielki.

– Pani Suro, proszę się obudzić! Ktoś strzelał w domu! – zawołała przerażona. Cukermanowa nie zadawała zbędnych pytań. Różnym ludziom wynajmowali pokoje. Nie wszyscy byli tacy kulturalni, jak ci młodzi państwo z Wołynia z dwójką przeuroczych dzieci. Od czasu do czasu dochodziło do awantur między gośćmi. Ale nikt nigdy nie strzelał.

Ubrała się, zbudziła męża i poszli sprawdzać pokoje. Najpierw na parterze, potem na piętrze. W żadnym nie stwierdzili śladów strzelaniny ani niczego niepokojącego, z wyjątkiem tego, w którym mieszkała rodzina Wołyniaków. Nie mogli się do nich dostać, ponieważ drzwi były zamknięte na klucz, a Hoffmanowie nie reagowali na pukanie.

Posłali więc po męża dozorczyni, a ten wyłamał drzwi. Wydali donośny okrzyk grozy. Antoni Hoffman leżał na podłodze w bieliźnie, zalany krwią; na łóżkach zaś kobieta i dzieci. Cała czwórka miała przestrzelone głowy, Obok Hoffmana leżał rewolwer i rozpakowane pudełko z nabojami.

Cukermanowie rzucili się do telefonu. Przybyło pogotowie ratunkowe i policjanci z pobliskiego komisariatu. Stwierdzono zgon mężczyzny i dziewczynki. Pozostała dwójka też niestety nie przeżyła. Chłopiec zmarł w karetce, a kobieta w szpitalu Szarytek, gdy szykowano ją do operacji.

On mógł być sprawcą

Śledztwo w sprawie zastrzelenia czworga osób przejął lubelski urząd śledczy. Zbrodnia przedstawiała się tajemniczo. Komu mogło zależeć na ich śmierci? Wykluczono mord rabunkowy. Z pokoju nic nie zginęło. Przy Hoffmanach znaleziono gotówkę, dokumenty i drobne przedmioty osobistego użytku.

Może więc zemsta? Ale kto mógł być do tego stopnia zawzięty i okrutny, by pozbawić życia nie tylko kobietę i mężczyznę,  ale także kilkuletnie dzieci?

Znamienny był fakt, że właściciele pensjonatu nie mogli dostać się do Hoffmanów, ponieważ drzwi wejściowe zostały zamknięte od wewnątrz, a w zamku znajdował się klucz. Zamknięte było również okno. W jaki więc sposób sprawca wydostał się z pokoju? Oczywiście brano pod uwagę, że Cukermanowie nie powiedzieli policji prawdy, ale szybko wykluczono ich z kręgu podejrzanych. Pomijając fakt, że nie mieli absolutnie żadnego powodu zabijać gości, którzy zapłacili z góry za tydzień pobytu w pensjonacie i w niczym im nie uchybili; a mąż dozorczyni przysiągł, że gdy wyłamał drzwi, klucz z całą pewnością tkwił w zamku.

W tej sytuacji, jak u Sherlocka Holmesa, po odrzuceniu niemożliwego, prawdą musiało być wszystko pozostałe, choć  wydawało się to nieprawdopodobne. Sprawcą była jedna z osób znajdujących się w pokoju. Na pewno jednak nie dzieci. Kobieta też nie, rewolwer znaleziono bowiem w zasięgu ręki mężczyzny.

Wyjaśnienie, dlaczego Hoffman zabił najbliższych i popełnił samobójstwo śledczy odkryli w liście pożegnalnym, pozostawionym przez sprawcę. Wyszły na jaw zdumiewające fakty. 41-letni Antoni Hoffman był ojcem Stasi i Janka, natomiast zastrzelona kobieta nie była matką jego dzieci i nie była jego żoną – jak wcześniej uważano – lecz kochanką. Nazywała się Olga Łuba. Z żoną Hoffman rozstał się przed kilkoma miesiącami, a pośrednio doprowadziła do tego trudna sytuacja materialna rodziny.

Widmo nędzy nadciąga

Elegancki i wytworny Wołyniak jedynie udawał zamożnego przedsiębiorcę, który spędzał z bliskimi beztroskie wakacje. W rzeczywistości balansował na krawędzi. Do niedawna był dzierżawcą dobrze prosperującego, nowoczesnego młyna na Wołyniu. Interes przynosił przyzwoite dochody, cała rodzina żyła na wysokim poziomie i bez obaw spoglądała w przyszłość. Nie dostrzegali gromadzących się na horyzoncie czarnych chmur.

Hoffman nie wiedział, że właściciel młyna ma długi. Na poczet jego zobowiązań finansowych młyn został zajęty przez komornika, a następnie na mocy wyroku sądu przeszedł w posiadanie Skarbu Państwa. Dla Hoffmana nie było to wielkim zmartwieniem. Spodziewał się, że nowy właściciel nie będzie szukał nowego dzierżawcy. Spotkała go jednak przykra niespodzianka. Młyn został wydzierżawiony komuś innemu. Hoffmanowi nie zaproponowano żadnego stanowiska. Został na lodzie.

Uznał, że zrobiono mu świństwo, zabolało go to, ale nie wpadł w czarną rozpacz. Był doświadczonym fachowcem, spodziewał się, że najdalej za parę miesięcy znajdzie nową dzierżawę lub podejmie pracę w swoim zawodzie za odpowiednie wynagrodzenie. Niestety trwał kryzys gospodarczy. Ofert dzierżawy młynów nie było, a jeśli chodzi o pracę, to częściej z niej zwalniano, niż do niej przyjmowano.

Hoffmanowie znaleźli się w trudnej sytuacji. Związany z nią stres powodował, że między małżonkami dochodziło do nieporozumień. Mąż zarzucał żonie, że wydaje za dużo pieniędzy, a ona nazywała go nieudacznikiem, który nie potrafi zarobić na utrzymanie rodziny. Po głośnych sprzeczkach i wzajemnych oskarżeniach następowały ciche dni. Coraz dłuższe i coraz częstsze. Coraz rzadziej natomiast potrafili się pogodzić.

Hoffman uznał, że ich małżeństwo legło w gruzach. Niczego nie uda się już posklejać. Wyprowadził się z domu. Poznał Olgę Łubę i związał się z nią. Tęsknił jednak za dziećmi. Na początku sierpnia 1934 roku zażądał od żony, by pozwoliła mu zabrać Stasię i Janka na wakacje. Pojechał z nimi i Olgą do Lublina. Zamierzał pod miastem kupić bądź wydzierżawić jakiś młyn. Słyszał, że na Lubelszczyźnie ta branża się rozwija.

Niestety, znowu spotkał go zawód. Niczego nie udało mu się kupić ani wydzierżawić. Zdesperowany gotów był w tej sytuacji przyjąć najlichszą nawet posadę. Ale pracy także nie znalazł. Pieniądze kurczyły się w przerażającym tempie, zostało ich ledwie na kilka tygodni. Widmo nędzy stawało się coraz wyraźniejsze.

Wyjaśnił w liście, że z tego powodu zdecydował się zabić dzieci i kochankę, a potem skończyć ze sobą. Ustalono, że gdy spali, sięgnął po rewolwer (zabrał go w podróż do Lublina dla ewentualnej obrony własnej) i spełnił ten koszmarny zamiar.

Ustalono, że najpierw strzelił do córki, potem do syna i kochanki, a na koniec wypalił sobie w skroń. W ostatnich słowach listu pożegnalnego prosił, żeby nikogo nie winić za to, co się stało.

Dziedzicznie obciążony

Ze Starej Rafałówki sprowadzono żonę Hoffmana na identyfikację zwłok. Pani Hoffmanowa łamiącym się głosem powiedziała, że gdyby wiedziała, że z Antonim jest tak źle, nie puściłaby z nim dzieci na wakacje.

– Kłóciliśmy się. Powodem był brak pracy męża i obawa przed biedą. Było w tym dużo mojej winy, on bardzo przeżywał tę sytuację, a ja nie potrafiłam go zrozumieć. Miałam jednak nadzieję, że jakoś się ułoży między nami. Dlatego pozwoliłam mu zabrać dzieci. Nigdy nie były w Lublinie – mówiła.

Wiedziała, że związał się z inną kobietą, ale wybaczyłaby mu zdradę. Nie była natomiast w stanie pojąć, jak mógł pozbawić życia dzieci. Przecież je kochał, zawsze był dla nich dobry. Stasia i Janek także przepadały za swoim tatą.

– Jedynym chyba wytłumaczeniem tego potwornego czynu była chęć ukarania mnie. Zabijając nasze dzieci, Antoni musiał wiedzieć, jak bardzo będę cierpieć. Że po takim ciosie nigdy się już nie pozbieram. To by jednak znaczyło, że mnie nienawidził – łkała zrozpaczona kobieta.

Później policja dowiedziała się, że bracia Hoffmana również dokonywali w przeszłości samobójczych zamachów. Ten fakt mógł dowodzić dziedzicznego obciążenia psychicznego w tej rodzinie. Ale sprawdzenie, czy Antoni Hoffman istotnie cierpiał na jakieś schorzenie psychiczne i pod wpływem tej dolegliwości dopuścił się potrójnej zbrodni, a następnie popełnił samobójstwo, było oczywiście niemożliwe.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*