WIĘZIENNY ŚWIAT KOBIET

O aferze w Areszcie Śledczym na warszawskim Grochowie pisałem w tym roku w „Reporterze”. Według relacji osadzonych kobiet miało tam  dochodzić do wykorzystywania seksualnego skazanych przez personel więzienny. Klawisze mieli także organizować schadzki dla osadzonych  mężczyzn i kobiet. Według moich rozmówczyń skorumpowani strażnicy więzienni zezwalali na łamanie prawa. Jak się okazało, był to jedynie wierzchołek nielegalnego procederu, który przedstawiam w książce „Więzienny świat”. 

Wydaje się, że polskie więziennictwo jedną nogą nadal tkwi w minionej epoce, co potwierdzają więzienne historie kobiet osadzonych w Areszcie Śledczym Warszawa Grochów. Opowiedziały mi one o patologicznych praktykach, do jakich miało dochodzić w tej placówce penitencjarnej. Ich relacje szokują, przywołują momentami obraz więzień w Ameryce Południowej. Jak twierdzą, areszt na Grochowie to miejsce, w którym można kupić praktycznie wszystko: narkotyki, alkohol, seks, a nawet wolność. Można też stracić życie.

Moje ustalenia w znacznej części potwierdziła prokuratura. Toczy się w tej sprawie śledztwo.

Odwet oddziałowej

O pobycie w Areszcie Śledczym na Grochowie – zwanym „Kamczatką” – rozmawiam z Lidią W., dla której była to pierwsza w życiu odsiadka. Dziś kobieta jest już na wolności.

– Oddziałowa, z którą miałam na pieńku, od dawna chciała się mnie pozbyć. Ona współpracowała z jedną z osadzonych, która pracowała ze mną w tym Domu Pomocy Społecznej, na wolności. Wydzwaniały do siebie na okrągło. Cały czas się kontaktowały. Obie mnie nie lubiły. Zatem wymyśliły, że mi podrzucą telefon. I tak się stało. Ta oddziałowa pojechała do tego DPS i rzekomo znalazła ten telefon w mojej szafce. Nikt nigdy nie chciał mi go pokazać. Nawet gdy wychodziłam na wolność, to też mi go nie oddali. Chociaż, skoro miał być rzekomo mój, to powinni tak zrobić. Po prostu ten telefon nigdy nie istniał. A mnie ukarano za coś, czego nie zrobiłam. Po wcześniejszych dziewięćdziesięciu wnioskach nagrodowych dostałam dwa tygodnie izolatki. W całej tej sprawie potraktowano mnie okrutnie. Nie pokazano mi bowiem dowodu rzeczowego. Ponadto za coś takiego nigdy nie karano izolacją. To był odwet za to, że doniosłam na tę oddziałową. A ona zemściła się tak na mnie. W sumie telefon można było sobie bez problemu załatwić u tej właśnie oddziałowej.

– Jakie były niedogodności przebywania w izolatce? – dopytuję Lidię W.

– Najgorsze było to, że wpakowano mnie do izolatki na oddziale męskim. Tam cały czas mężczyźni chodzili koło mojej celi, zaczepiali mnie. Non stop mnie podglądali, jakieś listy podrzucali, to było okropne. Nie miałam czym zębów umyć, bo nie dali mi szczoteczki i pasty. Dopiero wychowawca mi przyniósł, gdy o to zawalczyłam. Zabrali mi wszystkie moje karty, koperty i znaczki – nie miałam jak wysyłać listu do domu. Nie powiadomiono mojego męża o tym, że jestem w izolatce. On jeździł po całej Warszawie, po znajomych, i usiłował się czegoś dowiedzieć. W areszcie go okłamywali, twierdząc, że nie może się do mnie dodzwonić, bo nie mam karty. W końcu się jakoś dowiedział, co się ze mną dzieje. Wtedy napisał skargę. Ten świński numer zrobili mi tylko dlatego, że doniosłam na skorumpowaną oddziałową.

Klaudia K. została skazana za udział w zorganizowanej grupie przestępczej działającej metodą na wnuczka. Ona także trafiła do męskiej izolatki. Podobnie jak Lidii, podrzucono jej telefon.

 KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

– Pobyt w izolatce to był dla mnie koszmar. Toaleta była bez żadnej zabudowy, czyli jak chciałam się umyć, to świeciłam tyłkiem na kamerach służby więziennej. Mężczyźni byli mną bardzo zainteresowani, więc leciały w moją stronę wulgaryzmy, było pukanie do drzwi – wspomina kobieta. –  Ja nawet nie chcę tego powtarzać, jakie tam padały słowa. To było czternaście dni gehenny: bez czajnika, bez ciepłej wody, a picie było tylko dwa razy w ciągu dnia przy posiłku; rano była kawa, której nie piłam, i wieczorem kubek herbaty. Zatem dwa tygodnie byłam na wodzie z kranu.

– Jak odnosiły się do was oddziałowe?

– Poniżały nas. Opowiem na moim przykładzie. Była sytuacja, że weszłam do pokoju przeszukań i oddziałowa kazała mi się rozebrać do „rosołu”, stałam przed nią nago. Ale to nie było zgodne z procedurami, gdyż najpierw powinno się ściągnąć spodnie, potem je założyć i zdjąć górę. Tymczasem musiałam rozebrać się do naga, po czym oddziałowa nie pozwoliła mi się ubrać, tylko komentowała mój wygląd, w tym moje tatuaże i to, że mam wstawione implanty piersi. Komentowała mój wygląd dziesięć minut, przyglądała mi się nachalnie. Po czym kazała mi się ubrać i wrócić pod celę. To była oddziałowa Barbara, ona, jak wiele innych ma ciągutki do kobiet.

– Czy tworzyły się relacje o charakterze intymnym między osadzonymi kobietami a służbą więzienną? – upewniam się.

– Tam było to na porządku dziennym.  W nagrodę za seks wchodziły paczki, wnioski nagrodowe i awansowanie na podgrupy wyżej, dostawały jakieś tam przepustki czy prace wolnościowe. Dyrekcja wiedziała, co się dzieje, tylko to tuszowano. Były też liściki pisane przez osadzonych do oddziałowych. Jedna z dziewczyn została przewieziona do innego aresztu, ponieważ ujawniła erotyczną korespondencję z oddziałową. Jednak dyrekcja, zamiast przeciwdziałać patologii, natychmiast przetransportowała ją do innego więzienia – twierdzi Klaudia.

Praca za seks

Anna H. została skazana za udział w morderstwie. Przebywając w grochowskim areszcie, pracowała w kantynie. Ale, jak twierdzi, wyrzucono ją stamtąd bez powodu.  Potem wywieziono ją do Zakładu Karnego w Grudziądzu.

– Szef kantyny proponował mi seks, na który się nie zgodziłam i dlatego zostałam zwolniona z pracy. – twierdzi  kobieta. – Mówił, że żyje dobrze z wychowawcą z pierwszego oddziału, a tamten dużo może. I jeśli zgodzę się na seks, to mogą mi w czymś pomóc, na przykład w warunkowym zwolnieniu. Nie zgodziłam się na to. Bywały też takie sytuacje, że funkcjonariusze przychodzili do kantyny i zamawiali na przykład jakiegoś kurczaka. A ten kierownik prosił, żebym karmiła ich ręką. Tego typu były propozycje. Później on awansował na zastępcę dowódcy ochrony.

– Były jednak dziewczyny, które ulegały.

– No tak. Ja nie uległam i dlatego straciłam pracę – twierdzi Anna H.

– Co można było dostać za seks? – pytam Justyny M.

– Czekoladę, papierosy, dłuższą rozmowę telefoniczną – wylicza kobieta, która na Grochowie spędziła 4 lata. – Natomiast Olga, kierowniczka magazynu, szantażowała dziewczyny. Podobno ma bardzo dużo filmów i zdjęć. O tym też wie inspektorat więziennictwa, bo dziewczyny, gdy były przesłuchiwane, wprost mówiły o konkretnych filmikach. Ponoć  w telefonie Olgi był filmik, na którym kwatermistrz Mietek prowadzi na smyczy od BDSM Monikę Sz. Nie wiem, czy ona była ubrana, czy nie.

W rozmowie ze mną Monika Sz. odnosi się do tej sytuacji: – Olga ubrała mnie kiedyś w jakieś erotyczne akcesoria osadzonej, w jakieś rzeczy ze skóry, i przykuła kajdankami do szafki metalowej, gdzie trzymamy paczki. Nałożyła mi jakiś rzemień czy smycz. Nie wiem, czy to było nagrane. Ja po prostu się rozpłakałam, gdy nie mogłam już wyjąć ręki z kajdanek. Powiem panu szczerze, że wyparłam część zdarzeń, ale te kajdanki pamiętam. Zdarzało się, że taśmą klejącą przywiązywała nas do krzeseł, a jak ją zdejmowała, to razem z włosami.

Anna W. to osadzona, która jako pierwsza złożyła zawiadomienie do prokuratury w związku z łamaniem prawa za murami aresztu na Grochowie. To ją szczególnie upodobała sobie kierowniczka magazynu depozytowego.

– Czy miała pani z tego tytułu jakieś przywileje? – dociekam.

– Miałam przyzwolenie na korzystanie z różnych rzeczy. Olga przynosiła mi zakupy, zezwalała na schadzki i sama je organizowała. Ale ona najpierw coś dała, na coś pozwoliła, a potem oczekiwała, że się odwdzięczę w specyficzny sposób.

– Ponoć kierowniczka magazynu molestowała panią? – pytam wprost.

– Tak, ale nie tylko mnie. Ogólnie to ona wszystkie nas lała. Rzucała różnymi przedmiotami, kopała, kajdankami przykuwała. Bardzo dużo jest takich przykładów. Oczekiwała od nas wykonywania konkretnych zachowań seksualnych.

Jak twierdzi Anna W., schadzki były organizowane w każdym miejscu zatrudnienia: – Czy to na magazynie, kuchni, czy w pralni – wylicza i dodaje: – Chłopaki z remontówki byli wpuszczani wszędzie i hulaj dusza, piekła nie ma! Na magazynie żywnościowym H. uprawiała seks z M. wprost na ziemniakach. Tam nawet schadzki lesbijskie się organizuje. Oddziałowa Monika, zwana „Didiloczek”, organizowała Agacie B. spotkania z Iwoną K. w pokoju przeszukań na oddziale siódmym. Zgłosiłam to kierownikowi ochrony, ale powiedział, że jemu to nie przeszkadza – twierdzi Anna W. –  Kierownik żywnościówki oczekiwał od H. zapłaty w naturze w zamian za zezwolenie na spotkania z M. To nie było tajemnicą, bo o ich romansie cały kryminał huczał podkreśla moja rozmówczyni.

Aśka, nie symuluj śmierci!

 Pytam kobiety z Grochowa, jak funkcjonuje za kratami służba zdrowia w areszcie. Odpowiedź jest jedna: nie funkcjonuje.

– Tam ze wszystkim jest problem. Moja koleżanka umarła na Grochowie – wspomina Klaudia K. – Joanna nie wiedziała, że ma tętniaka i ona bardzo źle zaczęła wyglądać, źle się czuła, strasznie schudła, skarżyła się na bóle głowy. Cały czas prosiła o pomoc, o wykonanie badań, o możliwość spotkania się z lekarzem. W dniu, kiedy zmarła, już po prostu nie wstała z łóżka. Tam to wygląda tak, że jak jest rano apel, to wszystkie osadzone muszą stać, nie może być tak, że ktoś leży. Ale Asia już nie była w stanie stać. Dziewczyny dzwoniły na domofon i informowały, że Asia źle się czuje, ale oddziałowa weszła i mówi: „Aśka, ty kurwa nie udawaj, że się źle czujesz”. To była Monika, jedna z trzech sióstr, które tam pracowały. Asia godzinę później zmarła w karetce, miała trzydzieści siedem lat.

– Z tego, co wiem, były też inne przypadki śmierci – zauważam.

– Tak. Wilga H. poderżnęła sobie gardło. Ona była tymczasowo aresztowana. Wilga miała zły artykuł, tam chodziło o dzieci. Miała bodajże zarzut molestowania i przymuszania dzieci do palenia marihuany, a po jej śmierci okazało się, że to było pomówienie, bo te dziewczynki przyznały się, że to wszystko wymyśliły. Ona nie miała żadnej pomocy, miała nieciekawie na celi i zgłaszała to wychowawcy. W areszcie była kilka miesięcy, może pół roku, i nie dawała sobie rady. Dzień przed tym, jak poderżnęła sobie gardło, została przerzucona na inną celę. Po śniadaniu poszła do toalety i poderżnęła sobie gardło – przypomina Klaudia. – Była jeszcze śmierć Agnieszki P. Ale mnie w tym okresie nie było w więzieniu. Słyszałam o tym od dziewczyn. Agnieszka też nie miała żadnej opieki medycznej. Dziewczyny zgłaszały, że bardzo źle się czuje, że nie może wstać z łóżka. Ale lekarz powiedział, że symuluje i nie warto jest jej pomagać, bo ona sobie wymyśla choroby. Było ponoć tak, że oddziałowa odprowadzając ją do lekarza, kopała ją na schodach, bo Agnieszka nie miała siły iść. Ona miała coś z nogami, nie wiem, czy tam jakiejś zakrzepicy nie było. W każdym razie ona zmarła. Jej mama została o tym powiadomiona dopiero na drugi dzień, gdy przyszła na widzenie. Wówczas wyszedł klawisz i oznajmił, że córka nie zostanie doprowadzona, bo wczoraj zmarła.

Niewątpliwie wpływ na stan zdrowia osadzonych mają warunki panujące w areszcie. A te pozostawiają wiele do życzenia. Na Grochowie problem stanowią szczury.

– Zdarzyła się taka sytuacja, że szczur w nocy zaczął sobie klapę od kibla otwierać i zgłosiłyśmy to oddziałowej, oraz do dyrektora. Potem była jakaś kontrola i nie dowierzali, że są szczury, w szoku byli po prostu. Powiedziałam dyrektorowi, że szczur ma dużo zarazków, infekcje przynosi. Jeśli zobaczę szczura w celi, to będę żądać odszkodowania. Wtedy on do mnie powiedział, że jestem roszczeniowa – wspomina Oliwia.  – One naprawdę przez deskę klozetową wychodziły. Tak było do czasu, gdy zaczęłyśmy stawiać miski z wodą na desce. Ale szczur od spodu walił o deskę i chciał się wydostać. Mogło nawet być tak, że któraś z nas by usiadła, to on ugryzł by ją w tyłek.

– Co administracja aresztu z tym zrobiła? – drażę ten wątek więziennej rzeczywistości.

– Właśnie o to chodzi, że nic. Gdy wyszłam w marcu 2021 roku, to szczury wciąż tam były. Do tej pory są na tym pawilonie, my go nazywałyśmy taborem cygańskim, bo tego inaczej się nie da nazwać. Z dachu kapie na głowę, wiadra są podwieszone pod sufitem. To się nie nadaje do mieszkania. Jak poszłam tam na łaźnię, to był pierwszy i ostatni raz. Z tego względu, że wodę trzeba było zbierać ze ścian. Ciśnienie jest takie, że nawet się umyć nie da. Woda leci po ścianie. W misce. Gotowało się wodę w czajniku i myło się w toalecie, w misce. Tam była wielka tragedia. Tynki odpadały, był grzyb na grzybie. Kaloryfery były w zimę wyłączone albo nieodpowietrzone. Spałyśmy w kurtkach. No, to jest typowa „Kamczatka” – kwituje Oliwia.

– Na Grochowie od około roku nie pierze się poduszek. Od czasu, gdy pralnia została przekształcona na sortownię, nie została wyprana nawet jedna poduszka. Pranie odbiera Areszt Śledczy Białołęka, ale bez poduszek. Notorycznie byłam zmuszana wydawać nowym osadzonym, przyjętym do jednostki – pobrudzone wszystkim, co możliwe, krwią, moczem – poduszki oraz koce – twierdzi osadzona zatrudniona w magazynie.

Monika W. utrzymuje natomiast, że osadzeni na Grochowie notorycznie chodzą głodni, bo albo jedzenie jest popsute, albo surowe. I nikt go nie chce jeść.

–  Kierownictwo kuchni kompletnie nie interesuje się, co wychodzi z kuchni do jedzenia. Przez osiem miesięcy gotowałam na tak zwanych dietach i nikt nigdy nie skontrolował jakości wychodzących posiłków. Bo, po co? Ważniejsze były dania dla dowództwa, przygotowywane z produktów przeznaczonych dla osadzonych. Praktycznie co dzień musiałam pichcić im obiadki i to nie mogło być byle co. Wszystko w myśl zasady: szlachta się stołuje, a plebs głoduje! Jakość produktów zwykle pozostawiała wiele do życzenia. Notorycznie był spleśniały chleb, także mycie kiełbasy, aby pozbyć się nalotu, jest na porządku dziennym. Jedna z osadzonych tak się naćpała, że zwymiotowała do kotła z ziemniakami. Kierownik kazał te ziemniaki wydać na oddziały, jakby nigdy nic się nie stało – relacjonuje moja rozmówczyni.

– Na Grochowie problemów się nie rozwiązuje. Problemy się wywozi lub przekupuje. Takich przypadków jest multum – dodaje Anna W. – Tę jednostkę należałoby zamknąć. Z niej nikt nie wychodzi zresocjalizowany. Tylko bardziej zdemoralizowany. Funkcjonariusze wykorzystują położenie osadzonych i wymuszają na nich popełnienie przestępstw. Nadużywanie stosunku zależności jest na porządku dziennym, bo klawisze czują się bezkarni. Do końca życia mundur Służby Więziennej będzie mi się kojarzył z przemocą, agresją, szantażem oraz molestowaniem.

Przez kilka miesięcy napływały do mnie informacje o więziennym świecie. Odbierałem dziesiątki telefonów, maili oraz obszernych listów, napisanych zwykle starannym pismem.  Książka  „Więzienny świat”, to kilkadziesiąt historii osób, które opisują życie za kratami i to, jak się tam znalazły. Nie jest to laurka wystawiona polskiemu więziennictwu, ani opowieść o ludziach, którzy siedzą „za nic”. To brutalny obraz polskich więzień i aresztów, gdzie przemoc, korupcja, przemyt, gwałty, kradzieże i wszelkie inne formy łamania prawa są niemal codziennością.

Janusz Szostak

 

 

 

 

 

1 Komentarz

  1. Doprawdy, picie wody z kranu przez dwa tygodnie musiało być traumatyczne.
    Skoro tak źle w tych więzieniach, to może lepiej żyć tak, żeby do nich nie wracać? Ale co ja tam wiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*